Alcalata
Death and Glory


Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Klan S1: Freedom
Wersja gry S2: Nie mam gry
Klan S2: Freedom
Wiek: 22 Dołączył: 18 Mar 2008 Posty: 172 Skąd: Ancaria
|
Wysłany: 2011-11-15, 23:11 Śmierć to dopiero początek I v. 2.00
|

|
|
Jest to przerobiona wersja części pierwszej tej serii. Proszę o ocenę i krytykę.
...i Shaddar poznał wroga swego, a wielki był jego gniew...
-Myślisz, że wrócą? - zapytał elf wyróżniający się niskim wzrostem.
-Tak sądzę. To nie koniec, lecz początek. - odrzekł dowódca komanda.
Widok przed nimi mógłby pozbawić odwagi niejednego mężnego wojownika. Setki ciał leżących na ziemi, z kończynami powyginanymi pod dziwnymi kątami. Z niektórych wystawały miecze, włócznie - inni przypominali poduszkę na szpilki, biorąc pod uwagę ilośc strzał wbitych w ich ciała. Sporadycznie można było znaleźć tam samotne kończyny, jednak prawdziwą rzadkością były odcięte głowy.
Martwi byli wyraźnie podzieleni na dwie rasy elfów: skóra pierwszych była ludzka, nie wyróżniająca się niczym specjalnie, oczywiście na pierwszy rzut oka, ale nawet dziecko wiedziało, że to dzięki niej elfy tak szybko regenerują swoje rany. Skóra drugich elfów była jakby lodowa, bowiem w istocie te elfy nazywano lodowymi, ich oczy były pozbawione źrenic, a włosy były białe.
Zwycięzcy zaczęli zbierać zmarłych i kopać im pochówek. Wtem ozwał się dowódca:
-Przerwijcie natychmiast! Nie możemy sobie pozwolić na tracenie choćby minuty. Tymi zwłokami zajmą się zwierzęta, w tym czasie potrzebni jesteśmy w obozie! Nie postawie losu zmarłych wyżej nad żywymi!
-Ależ, Panie! Religia nakazuje, aby pochować zmarłych! Nie ważne czy to my giniemy, czy oni - zmarli powinni zaznać wiecznego spokoju! W przeciwnym wypadku zaznamy gniewu bogów... - odrzekł mag, kapłan towarzyszący w bitwie.
-Chędożyc bogów! To nie dzięki nim dziś zwyciężyliśmy, tylko dzięki naszym staraniom, naszej krwi tu przelanej! W rzyć sobie wsadź taką przychylność bogów. Ruszamy do obozu.
Po tych słowach kapłan tylko pokręcił głową i z miną skazańca ruszył za resztą komanda.
Elfy z Tyr-Haddaru powszechnie uznawane były za stworzenia spokojne, nie mieli naturalnych wrogów w Ancarii, jak i również nie byli w wojnie z żadną inną rasą. Były to istoty wieczne, pozbawione brzemienia upływu czasu, mogące delektować się życiem wiecznym i poświęcać się swoim pasjom. Śmierć mogła nastąpić tylko poprzez gwałt na najważniejszym prawu natury - prawu do życia, strata każdego z tych przedstawicieli pradawnej rasy była druzgocąca dla ich społeczeństwa, ponieważ pośród leśnych elfów posiadanie potomstwa uchodziło za rzadkość. Był to lud bardzo cierpliwy, ich złość można było wywołać tylko w jeden sposób - ścinać drzewa, które należą do równiny Tyr-Haddaru, a ponieważ drzewo Tyr-Haddaru było pod wieloma względami wyjątkowe to zdarzało się to dość często i kończyło zawsze tak samo - strzałami wbitymi w serca. Oczywiście inne powody można było skreślić, bo żaden władca nie był na tyle nierozważny, aby wypowiedzieć otwartą wojne leśnym elfom.
Obszar Tyr-Haddaru obejmował najbardziej równinny skrawek Ancarii, w prawdzie nie był on duży, gdyby był pozbawiony drzew można by go przebyć w niecały dzień, jednak niemalże całą jego powierzchnie porastały bujne lasy, łąki i mokradła. Było to miejsce w istocie bardzo piękne, przywodzące na myśl raj. Gdzie okiem nie sięgnąć tam widać kwitnącą naturę - było to jedyne miejsce w Ancarii, w którym warunki do życia były ciągle takie same, brak pór roku, lub jakby to lepiej nazwać: obecność jednej pory roku (wiosny) pozwalał roślinom urosnąć do niespotykanych rozmiarów. Również zwierzęta były większe - królowały tu niedźwiedzie, które na czterech łapach były wysokości rosłego mężczyzny, a jednym uderzeniem miażdżyły wilkom karki. Jedynym przejawem obcującej tam od wieków pradawnej społeczności elfów była ścieżka, którą nieuważne oczy mogły przegapić - wejście do królestwa Leśnych Elfów. W czasach pokoju elfy skore były do wpuszczania ciekawskich ludzi, serafii, a nawet dyplomatów mrocznych elfów i orków.
Jednak te czasy minęły, elfy straciły swoją cierpliwość wieki temu, a stało się to za sprawą nowej rasy, a raczej podrasy. To Lodowe Elfy - fanatycy starający podporządkować sobie wszystkie rasy elfów wtargnęli do lasu Tyr-Haddaru w celu wypełnienia swojej "świętej misji" - jak sami to nazywali. Nowa podrasa elfów była bardzo podobna do starych Mrocznych Elfów zamieszkujących Wschodnie części Ancarii, jednak ich kultura opierała się na czci bogów światła - takich, jakie czciły serafie. Były to w istocie wspaniałe stworzenia, pełne gracji, wdzięku i oddania swoim celom. Być może na początku kierowały się dobrem, wypełniały rozkazy bogów, jednak z biegiem czasu stawały się coraz bardziej bestialskie w sposobach walki i dorównywały niemal Mrocznym Elfom. To Lodowe Elfy jako pierwsze przełamały wstępne linie obrony Tyr-Haddaru i przesuwały szturm w stronę fortecy Leśnych Elfów. Na przestrzeni lat szala zwycięstwa przechylała się z jednej na drugą stronę, jednak w dzisiejszych czasach miało dojść do ostatecznej bitwy, która miała przesądzić o istnieniu obu ras.
Komando wracało. Na ich twarzach dominował przejmujący smutek, rozsiewali wokół siebie aurę przygnębienia. Strażnik stojący przy bramie zawołał do dowódcy elfów, idącego na czele oddziału:
-Lauraninie, królowa Cie wzywa, kazała wysłać po Ciebie dużo wcześniej, ale dostrzegliśmy, że bitwa nadal trwa.
-Udam się tam bezzwłocznie. - odrzekł Lauranin.
Dowódca i strażnik wymienili ukłony.
Lauranin wszedł do pałacu. Poczekał aż straż przyboczna królowej zapowie jego wejście i natychmiast udał się do sali tronowej.
Było to piękne pomieszczenie. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol, na którym było usytuowane wiele świec. Światło, padające na przedmioty nadawało im nastroju tajemniczości, wyostrzało kształty. Samo pomieszczenie było słabo oświetlone, z powodu małych okien - idealnych do obrony. Na środku stał wielki stój, wyciosany z litej skały; na nim śnieżnobiały obrus. Wokół stołu stały krzesła rzeźbione przez najlepszych elfickich artystów. W powietrzu unosił się zapach leśnych kwiatów. Przy prawej ścianie, na szczycie schodów stał tron, na którym siedziała królowa elfów. Przez wielu uznawana była za najpiękniejszą z elfek, liczyła sobie tysiące lat i była biegła w magii.
Lauranin przeszedł przez całe pomieszczenie niewzruszony jego pięknem i klęknął u stóp schodów.
-Pani wzywałaś mnie do siebie. Oto jestem.
-Tak, Lauraninie, wzywałam Cie. Starczy tego, dość miłych słówek i naszej słynnej grzeczności. Przejdzmy do sedna sprawy. Po raz kolejny wysyłam Was na patrol, a Wy po raz kolejny wdajecie się w walkę z tymi barbarzyńcami. Jaki powód skłonił Cie do złamania mojego bezpośredniego rozkazu? - Galadiel zmarszczyła czoło - Rozumiem, że jesteś młody i chcesz walczyć za nasz kraj, ale utrata kogokolwiek może oznaczać klęskę.
Lauranin wstał i spojrzał na królową.
-Pani, uznałem mój wybór za słuszny, ponieważ mój oddział znalazł lodowe elfy wycinające najstarsze drzewa tego lasu. Nasze wielkie drzewa, dające nam naszą magię. Przecież to właśnie ich strzeżemy własnym życiem, gdybyśmy pozwolili je ściąć, odczułabyś to, Pani, na własnej skórze. Ostrzelaliśmy ich ostrzegawczo, dobrze pamiętam każdą próbę dyplomacji - tu wskazał na swoją bliznę przecinającą twarz na skos - i wiem, że jedyną możliwością była walka. Zginęło sześciu naszych elfów, jednak siedmiokrotnie tyle zabiliśmy.
Galadiel znów zmarszczyła czoło zastanawiając się w duchu. [i]Po raz kolejny jego wybór był trafny, będzie z niego wspaniały dowódca, gdy jego umysł wyciszą wieki istnienia...[/i]
-Lauraninie, postąpiłeś słusznie. Gdybyśmy nie mogli władać magią lodowe elfy zgładziłyby nas w ciągu paru dni. Jednak nasi szpiedzy donoszą, że czas ostatniej bitwy nadszedł, drzewa szepczą, że lodowe elfy zebrały armie i ruszyły do desperackiego ataku. Jutro ruszamy na pole bitwy, właśnie tam, gdzie walczyliście dziś. Zarządź pobór rekruta, niech każdy elf zdolny trzymać miecz, czy napiąć cięciwie stawi się do zbrojowni. Kobiety i dzieci wyślij w głąb lasu. Dzień rozstrzygnięcia nadszedł.
-Tak jest, Pani. - odrzekł Lauranin, jeszcze raz się pokłonił i wyszedł.
Następnego dnia....
Wiatr pachniał krwią poległych poprzedniego dnia. Armia licząca około tysiąc leśnych elfów stała dumnie na wzgórzu obserwując bacznie teren przed nimi. Wyglądali iście majestatycznie: miecznicy nosili pozłacane zbroje wykonane z najtwardszych metali, misternie rzeźbione rękojeści mieczy, hełmy lśniły złotem i srebrem, tarcze z wygrawerowanymi runami w pradawnym, ancaryjskim języku; łucznicy mieli lekkie zbroje, niekrępujące ich ruchów, pozbawieni byli hełmów, które tylko ograniczałyby ich widoczność. Na czele armii stała Galadiel i Lauranin. [i]Gdzie ciała poległych... widocznie niedźwiedzie miały wspaniałą ucztę...[/i] Pomyślał Lauranin.
-Nadchodzą - rzekł Lauranin, dostrzegając ruch pośród drzew.
W szeregach armii elfów zapanowało poruszenie, żołnierze stanęli na baczność, gotowi do walki.
-Przygotować strzały! - krzyknęła Galadiel.
Łucznicy wyciągnęli strzały z kołczanów. Lodowe elfy ustawiały się w regularne szeregi, nie przerywając marszu. Nawet najgorszy strateg oceniłby przebieg bitwy, biorąc pod uwagę samą przewagę liczebną lodowych elfów, jako klęskę tych drugich. Galadiel nerwowo poruszyła głową.
-To nie tylko lodowe elfy, wyczuwam serafie! Tak! To wszystko tłumaczy - dlatego tym barbarzyńcom udało się złamać naszą obronę! - krzyknęła Galadiel.
Armia lodowych elfów promieniowała błękitną poświatą, wokół serafii roztaczał się korowód światła. Większość lodowych elfów dzierżyła w dłoni bicze elektryczne: broń otrzymaną z rąk samych bogów, jednak prawdziwi ich wybrańcy, najwięksi fanatycy władali mieczami świetlnymi, które siały postrach w armii każdego wroga; wielu miało ze sobą boskie tarcze, jednak pozbawieni byli ciężkich zbroi, przykładając większą wagę do zadanych obrażeń. Lodowe elfy zbliżały się.
-Przygotować się do strzału! - krzyknęła po raz drugi Galadiel.
Na tę komendę łucznicy nałożyli strzały na cięciwy i wycelowali je w stronę przeciwnika. Lodowe elfy z marszu przeszły do biegu, dzikiej szarży, mającej zmiażdżyć przeciwnika. Gdy byli już w odległości kilkudziesięciu stóp Galadiel wykonała skomplikowany gest rękoma i wypowiedziała zaklęcie.
Przed lodowymi elfami wyrósł mur zbudowany z roślin, krzewów i pnączy, uniemożliwiający im przedostanie się dalej.
-Strzelać! - krzyknęła po raz trzeci Galadiel.
Łucznicy oddali równy strzał. Po kilku sekundach powietrze wypełniło się krzykami agonii lodowych elfów. Kolejny strzał i do krzyczących dołączyły nowe głosy. Łucznicy oddali jeszcze dwa strzały, gdy serafie sforsowały swoją magią mur dzielący ich od armii Galadiel. Lodowe elfy kontynuowały szarżę na przeciwnika ostatecznie zrównując się z nim.
Błyskawicznie, z siłą tarana łamiącego bramę, fanatycy wbiegli w gotową już do walki armię leśnych elfów. Niemal natychmiast obie armie wymieszały się. Bratobójcza wojna rodów elfickich miała się rozstrzygnąć na tym polu...
Bitwa rozgorzała, łucznicy sięgnęli po miecze i dołączyli do walki w zwarciu. Galadiel kładła jednego wroga po drugim, za pomocą swoich wymyślnych czarów natury. Lecz, gdy walczyła z jedną z serafii jej magią przestała działać. Ujrzała tylko snop iskier i padła na ziemi.
Lauranin widząc to, rzucił się na zabójczynię swojej królowej i zabił ją jednym krótkim cięciem.
-Do mnie! Wszyscy do mnie! - krzyczał, ile sił w płucach.
Resztki armii Galadiel zaczęły go otaczać, lodowe elfy zdobywały wyraźną przewagę.
-Skupcie się na jednym, wspólnym ataku! Pamięć, o tym co tu się wydarzyło przetrwa wieczność! Stańcie dumnie, elfy szlachetnego rodu! Jeszcze nie nastała godzina, gdy zabraknie nam odwagi! Stańcie do walki, elfy z zachodu!
Po tych słowach leśne elfy rzuciły się, jak jeden mąż przebijając się przez ich przeciwników, jak wściekły niedźwiedź przez wilki. Walczyli dzielnie, wykorzystując pradawną magię natury, obecność wielkich drzew zdołały tą garstką przechylić szalę zwycięstwa na własną stronę.
I gdy zwycięstwo było niemalże realne, stało się coś strasznego: niebo przepełnił krzyk niepochodzący z tego świata, otworzyła się ziemia, a z niej zaczęły wychodzić trupy poległych w bitwie. Obie rasy elfów w panice padły na ziemie, zakrywając uszy przed strasznym krzykiem, przypominającym im najgorsze wspomnienia z życia. Lauranin również zaczął tracić zmysły, jednak nie poddawał się. Stanął na przeciw jednego zombie, odciął mu rękę, potem ciął na odlew za siebie, pozbawiając kolejnego głowy, jednak panika w jego umyśle narastała z każdą sekundą. Zdał sobie sprawę, że to gniew bogów, kara za nieokazanie szacunku zmarłym.
Poczuł przeszywający ból w karku i padł na ziemie. Elfy nie potrafiły walczyć z gniewem bogów... Nie da się walczyć nienawiścią z nienawiścią. |
_____________________________________________________________________ Nigdy nie zapomnij, skąd pochodzisz, bo zapomnisz, gdzie już byłeś.
[img]http://miniprofile.x...sznka.png[/img]
[img]http://img266.imageshack.us/img266/9518/sznka.png[/img]
[img]http://www.ubar.pl/img_1171_normal.gif[/img]
[img]http://www.ubar.pl/img_14651_normal.gif[/img]
Najlepsza Leśna Elfka w Tabeli
Triumph or Agony - Top 5 HC ladder
Szukam hostera na S:UW - kontakt w profilu |
|