|
|
|
|
Bohaterowie Ankarii  |
| Autor |
Wiadomość |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1945 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2010-05-09, 21:46 Bohaterowie Ankarii
|

|
|
Otóż o napisanie tego opowiadania poprosił mnie daaaaaaawno temu Pitero. Przyznam, że nie miałam na nie zbyt wielu pomysłów - jest tu wielu bohaterów (jednocześnie), co utrudnia nieco prowadzenie akcji i dialogów, bo nie chciałam robić jednego głównego (choć i tak tak wychodzi). Dodatkowo jest to pierwszy tekst, który piszę nie całkowicie z własnej głowy, a 'na zamówienie' i trochę pod wytyczne zamawiającego.
Opowiadanie nie jest nawet w 1/3 skończone (w zasadzie nie wiem, w jakim stopniu jest skończone, bo nie mam dla niego konkretnego zakończenia - ot, taka kompozycja otwarta), ale postanowiłam w końcu zamieścić co mam, bo ostatnio mało piszę, a skupiłam się na rysowaniu. Jak mnie znowu najdzie na pisanie, to będę uzupełniać.
Miłego czytania
Btw - jak ktoś ma lepszy pomysł na tytuł, to propozycje mile widziane
[center]********************[/center]
- Pamiętaj moja droga, jesteś córką szlachetnego narodu i córką magii – starszy elf o długich do ramion szarych włosach i szlachetnych rysach, znamionujących dobre pochodzenie, wystąpił krok do przodu, spoglądając na stojącą przed nim absolwentkę studiów tajemnej sztuki magii. Nie był potężnym czarodziejem. Tytuł arcymaga otrzymał jedynie dlatego, że zgodził się zostać opiekunem Wieży Celiota – odosobnionego miejsca gdzie uczniowie przybywali w ostatnich latach nauki by w spokoju i ciszy doskonalić wybrane przez siebie dziedziny Sztuki. Na tym etapie studiów aspirujący do tytułu maga młodzi elfowie byli wyjątkowo nerwowi i sprawiali najwięcej problemów zarówno swoimi humorami jak i eksperymentami z coraz niebezpieczniejszymi zaklęciami.
- Twoje zdolności i osiągnięcia były bacznie obserwowane przez cały czas twojego pobytu w Akademii. Jesteś gotowa by przejść swój ostateczny sprawdzian. Zmierzysz się z jednym z młodych magów stacjonujących w Wieży. Nie musisz się obawiać, nie zrobi ci krzywdy. To tylko test twoich umiejętności skutecznego budowania czarów i koncentracji w walce.
Młoda elfka o gęstych ciemnoblond włosach upiętych wysoko na głowie i oczach mocno podkreślonych makijażem z roztartych pereł sprowadzonych specjalnie z Aerendyr wydęła pogardliwie wargi. Już od jakiegoś czasu oczekiwała takiej decyzji i przygotowywała się na tę okazję. Była więcej niż gotowa.
- Zaczynajmy więc... mistrzu.
- Wiedziałem, że nie zaskoczę cię tą wieścią – elf był naprawdę uradowany. Była jego ulubienicą, choć często nie okazywała mu szacunku – Twój partner już czeka. Stańcie naprzeciw siebie. Zaczynajcie.
Na dziedzińcu na tyłach Wieży zgromadziło się kilku ciekawskich uczniów oczekując obiecującego pokazu zaklęć. Ciemnowłosy magik o nieco zarozumiałym wyrazie twarzy skłonił się szyderczo młodszej elfce.
- Nie bój się, Hiétie, położę cię tak szybko, że nie poczujesz.
- Spróbuj – parsknęła. Od dawna go nienawidziła. Był słabszy od niej, a mimo to traktował ją jakby była początkującą nowicjuszką. Należy mu się nauczka.
Młody czarodziej od niechcenia zbudował malutką kulkę ognia, którą ledwo mógłby spalić muchę. Nawet nie zadała sobie trudu by uniknąć upokarzającego pocisku. Ogień musnął jej nagie ramię. Zapiekło. Naigrywał się z niej. Już niedługo. Skupiła się na otaczającej ją energii ciepła – ciekawskich widzów, rozgrzanych kamieni, promieni słońca – czuła jak w jej wnętrzu gromadzi się moc. Uniosła dłoń, poruszyła dłonią nadając energii kształt zaklęcia. To nie był płomyczek jak ten wypuszczony przez jej przeciwnika. To była kula ognia. Prawdziwe zaklęcie. Zaklęcie bojowe. O pełnej mocy płynącej z długo pielęgnowanej nienawiści.
Eksplozja odrzuciła elfa do tyłu. Upadł nawet nie krzyknąwszy, w jego piersi wypalona była potężna dziura. Na dziedzińcu zapadła cisza, zdezorientowani widzowie stali oszołomieni.
- Tak szybko, że nie poczujesz... szkoda – cichy szept Hiétie przerwał ciszę, która momentalnie eksplodowała krzykami paniki i tupotem stóp uciekających w przerażeniu młodszych uczniów. Na pobojowisku zostało tylko dwoje elfów, wdychając mdlący smród spalonego ciała – zapach, który nigdy dotąd nie zakłócił cudownych aromatów niezliczonych kwiatów rosnących wokół Wieży Celiota.
- Coś ty zrobiła? - głos elfa drżał. Nagle wydał się starszy o kilkadziesiąt lat – Jak mogłaś ?! Morderczyni! - krzyknął, jakby nagle zdał sobie sprawę, że to, co widzi wcale nie jest koszmarnym snem – Po tym wszystkim, czego cię uczyłem... Nie mogę pozwolić ci odejść – uniósł dłonie by rzucić zaklęcie.
Hiétie była szybsza. Nienawiść, zazdrość i rozkoszne uczucie potęgi wciąż płonęło w jej żyłach. Wystarczył drobny ruch ręki by kolejny ognisty pocisk poszybował przez powietrze, dopadając swoją ofiarę. Ciało mężczyzny uderzyło ciężko o kamienie dziedzińca. Nie zginął jednak tak łatwo jak poprzedni przeciwnik młodej magiczki. Miał w sobie jeszcze dość siły by wyszeptać:
- To mój błąd... Nie powinienem był cię uczyć... Wiedziałem... - jego usta znieruchomiały, oczy zapatrzyły się w nieskończony przestwór nieba.
Elfka stała samotnie wpatrując się w trupa. Jej usta znów wygiął pogardliwy uśmiech.
- Nie musisz się obwiniać, staruszku. Prawdę mówiąc nie nauczyłeś mnie niczego.
Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała do swojego pokoju. Przerażeni uczniowie Wieży uciekali przed nią, magowie-rezydenci schodzili jej z drogi. Nareszcie traktowali ją z należytym szacunkiem. Zabrała niewielki bagaż, uprzednio spakowany i oczekujący na posłaniu, z szuflady biurka wyjęła mapę Ankarii. Kupiła ją już dawno, wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie. Była wolna. Nareszcie mogła opuścić Wieżę, opuścić Akademię i ruszyć na poszukiwanie wiedzy i potęgi, której od dawna tak pragnęła. Jej pierwszym celem było Thylysium – wspaniała stolica Wysokich Elfów, której biblioteki kryły w sobie niezliczoną ilość ksiąg i starożytnych manuskryptów. Z pewnością tam też znajdzie się ktoś odpowiednio bogaty, by mógł zapłacić za jej niemały talent. Niedługo cała Ankaria usłyszy o arcymagini Hiétie.
[center]***[/center]
Opuściła Wieżę wczesnym popołudniem, mając nadzieję wieczorem dotrzeć do Wolnybrodu. Marsz w terenie okazał się jednak zdumiewająco męczący, tym bardziej, że tego dnia przegapiła obiad i dwukrotnie rzuciła silne zaklęcie. Po jednym krótkim postoju i posiłku zdała sobie na dodatek sprawę, że zabrany prowiant nie wystarczy nawet na dwa dni, zaś brak miękkiego posłania będzie jej doskwierał o wiele bardziej niż to sobie wyobrażała. Nie mogła jednak zawrócić. Nie chodziło o lęk przed kara, jaką z pewnością wymierzyliby jej starsi magowie teraz, gdy już ochłonęli po porannych wydarzeniach, lecz o dumę, która nie pozwalała jej przyznać się do porażki już na samym początku. Nie mogło jej się nie powieść. W końcu była najpotężniejszą magiczką w szkole od wielu lat.
Wszyscy tak mówili.
Przed wieczorem zaczęło padać. Nie był to poważny deszcz, jedynie denerwująca mżawka - prawie nieodczuwalna, jednak już po kilku minutach przemaczająca całkowicie ubranie. Hiétie w swoich delikatnych, skąpych szatach niemal natychmiast zaczęła drżeć. Nie chciała zużywać i tak nadwątlonych sił na czary rozgrzewające, a opuszczając Wieżę nie pomyślała o zabraniu płaszcza czy peleryny. W końcu była już późna wiosna, lecz pogoda na Wybrzeżu bywała kapryśna.
Tuż po zachodzie słońca szczęście jednak uśmiechnęło się do elfki. Przez zamglone od wciąż padającej mżawki powietrze dostrzegła przytłumiony błysk ognia. Gospoda. Karczma. Cokolwiek. Hiétie myślała już tylko o tym, by moc wreszcie usiąść w suchym pomieszczeniu i ogrzać się przy trzaskającym kominku. Ruszyła do zabudowań najszybciej jak mogła, starannie omijając kałużę wyrobioną przed drzwiami przez końskie kopyta i obute nogi. Katem oka spojrzała na szyld nad drzwiami i wiedziała już, gdzie jest. Szczerbata pila wbita w przewrócony pień drzewa. Obozowisko ludzkich drwali-niewolników. Jak to możliwe, że przez cały dzień przeszła tylko tyle?! Musiała zgubić drogę w tej przeklętej mżawce.
Obecnie miała jednak większe zmartwienia niż niewielki dystans przebyty tego dnia. Szarpnęła za prymitywna klamkę i w jej twarz uderzyło duszne ciepło, przesycone obrzydliwą mieszanką smrodu spoconych ludzi, tłustego jedzenia, mokrych ubrań i kiepskiego alkoholu. W tej chwili jednak najważniejsze było dla niej ciepło, jakie dawał kominek, płonący jasno pod jedną ze ścian. Nie zwracając uwagi na pozostałych gości tawerny - krzepkich drwali o potężnych ramionach i spalonych słońcem twarzach - ruszyła w kierunku przyjaznego ognia.
Nie uszła więcej niż kilka kroków gdy drogę zastąpił jej ciemnowłosy człowiek. Nie był wyższy od elfki, lecz jednocześnie niemal trzykrotnie szerszy w barkach, o przedramionach prawie tak grubych jak jej udo. Nie golił się chyba od trzech dni, a wnętrze jego olbrzymich dłoni pokrywały zgrubienia - ślady długiej pracy przy wyrębie drzew. Jak na elfie standardy był obrzydliwy, a na dodatek paskudnie szczerzył zęby. Dopiero w momencie gdy za plecami usłyszała radosny okrzyk i wtórujący mu wybuch śmiechu zrozumiała co się dzieje. Oto weszła - zgrabna elfka w przemokniętych szatach - prosto w grupę ludzkich samców, którzy zapewne od miesięcy nie widzieli kobiety. Serce podeszło jej do gardła, jednak nie chciała aby zauważyli, że się boi. Najspokojniej jak mogła skręciła i chciała ominąć blokującego jej drogę, jednocześnie odgradzając się od niego szerokością stołu. Podskoczyła i omal nie krzyknęła, gdy ktoś z tyłu złapał ją za nadgarstek i obrócił. Stala twarzą w twarz z wyższym od siebie człowiekiem, którego chwyt przypominał siłą ścisk kowalskich obcęg, i bardzo starała się nie drżeć.
- No proszę, szanowna magiczka z czarodziejskiej wieży raczyła odwiedzić nasz skromy obóz - mężczyzna wyszczerzył się podobnie jak jego towarzysz, bezczelnie wpatrując się w jej piersi, do których przylgnął mokry materiał - Może pokażesz nam jakieś swoje... czary?
Pozostali goście karczmy, a razem z nimi sam karczmarz, odpowiedzieli zgodnie, choć nieskładnie - jedni gwizdem, inni okrzykami, jeszcze inni śmiechem. Hiétie wiedziała, że jest w potrzasku. Wyrywanie się nie miało sensu, próbowała więc wezwać swoją magię, lecz bezskutecznie. Wyczuwała energię wirującą wokół, ale nie mogła jej chwycić, nie mogła się skoncentrować na zebraniu mocy i zbudowaniu zaklęcia. Przerażenie sparaliżowało ją tak, że mogła tylko biernie, jakby dotyczyło to kogoś innego, przyglądać się, jak jej oprawca wyciąga rękę, by zedrzeć z niej ubranie. Zamknęła oczy. Czekała na szarpniecie, które nie nadeszło. Zamiast tego wokół zrobiło się dziwnie cicho. Odważyła się rozchylić powieki. Zobaczyła rękę drwala, wciąż wyciągniętą, lecz unieruchomioną przez zaciśniętą na jej przegubie dłoń kogoś z boku. Powoli, jakby bojąc się tego, co zobaczy, przeniosła wzrok na siedzącego na ławie pod ścianą człowieka. Wcześniej w ogóle go nie zauważyła. Nie śmiał się wraz z pozostałymi ani nie ruszał ze swojego miejsca. Teraz też jego twarz była spokojna, pozbawiona emocji, jakby w ogóle nie obchodziło go, że właśnie ratuje jej życie. Tylko w oczach widać było płonący gniew. Nie na tych drwali, nie na nią. To był wieczny, niegasnący gniew, jakby zajrzała w płonące serce Piekieł. Hiétie zadrżała i odwróciła wzrok. Głos mężczyzny był jednak równie wyprany z emocji co jego twarz.
- Nie sądzę, aby ta pani miała ochotę na jakikolwiek pokaz. Lepiej odejdź - powiedział, nie spuszczając oczu z twarzy napastnika. Ten na chwilę stracił rezon, lecz zaraz odzyskał panowanie nad sobą. W końcu był na swoim terenie, otoczony towarzyszami, zaś ten jeden obcy, choć miał postawę wprawnego wojownika, był sam - nie licząc zestrachanej magiczki - i nie miał szans.
- Może to ty powinieneś odejść, panie wybawicielu dam w opresji! Zanim będziemy musieli pozbyć się twoich zwłok - warknął drwal. Chciał szarpnięciem wyrwać rękę z uścisku nieznajomego, a niewiele brakowało, a wyrwałby ja sobie ze stawu. Równie dobrze mógłby siłować się z kamieniem, a przecież był jednym z najpotężniejszych mężczyzn w obozie. Szarpnął ponownie, lecz obcy pozostał równie niewzruszony jak poprzednio. Drwal poczuł, że ogarnia go panika i szybko przekuł ją we wściekłość - Puszczaj, ty diabelski psie, puszczaj, ty podnóżku czarowników, puszczaj, bo...
- Bo co? - wojownik przerwał mu litanię wyzwisk i gróźb. Unieruchomiony mężczyzna w końcu przypomniał sobie, ze ma druga rękę. Puścił Hiétie, która do tego czasu zupełnie zapomniała, że to ona miała być ofiarą, nie jej oprawca, i biorąc mocny zamach chciał sierpowym posłać przeciwnika na ścianę. Nieznajomy okazał się jednak przygotowany i o wiele szybszy niż wskazywało na to jego spokojne zachowanie. Chwycił nadlatującą pięść, a chrupniecie, które rozległo się chwilę później, słychać było wyraźnie w całym pomieszczeniu. Drwal wrzasnął i upadł na kolana, a po chwili - wypuszczony z uścisku - na bok, tuląc do brzucha zmiażdżoną dłoń.
W sali zapadła cisza. Nim kompani powalonego mężczyzny zdążyli zrozumieć, co się dzieje, karczmarz wykazał się refleksem i zdolnością dbania o swój interes, gdyż podbiegł do dwójki - jak się okazało niebezpiecznych - obcych.
- Proszę państwa o wybaczenie. Nie chcę tu kłopotów. Przepraszam za moich gości, nie wiedzieli, że państwo podróżują razem - zaczął płaszczyć się przed nieznajomymi, jakby sam nie uczestniczył w niedawnej radości - Naprawdę przepraszam. Chciałbym to państwu wynagrodzić. Zapraszam na kolację, a na noc dostaniecie państwo nasz najlepszy pokój. Oczywiście za darmo, wszystko na mój koszt! - dodał pospiesznie widząc, ze elfka marszczy nos, a człowiek robi powątpiewająca minę.
- Nie chcę twojego pokoju. I nie podróżujemy...- zaczął wojownik, ale magiczka mu przerwała.
- Zgoda. Pod warunkiem, że nikt więcej nie będzie nas niepokoił. Ach, i mam nadzieję, że masz coś mniej tłustego w spiżarni. My, elfy, nie jadamy tak jak wy, ludzie. A do picia podaj wino - każde jej słowo karczmarz przełykał jak grudę końskiego nawozu, lecz jedynie skłonił się i odszedł wypełnić polecenia jaśnie pani. Zbytnio obawiał się jej ludzkiego towarzysza, który mógłby zapewne w przypływie szału roznieść w drzazgi cały dorobek życia jego i jego ojca.
Po kolacji, która nie była tak zła, jak Hiétie się obawiała, gospodarz zaprowadził dwoje przygodnych towarzyszy do swojego najlepszego pokoju. Zapomniał jednak wspomnieć, że był to jednocześnie jedyny pokój w gospodzie, gdyż budynek nie stał przy żadnej uczęszczanej drodze i bardzo rzadko ktokolwiek tu nocował. Było tu też tylko jedno łóżko, lecz problem ten rozwiązał się zanim jeszcze powstał, gdyż mężczyzna - milczący od czasu bojki - po prostu podszedł do stojącego przy stole zydla i usiadłszy na nim, oparł się plecami o ścianę i wbił wzrok w pustkę.
- Nie musisz trzymać warty, karczmarz obiecał, że będziemy mieli spokój - Hiétie rzuciła swój skromny pakunek obok łóżka i zabrała się za zdejmowanie butów. Była tak wyczerpana marszem i strachem, że myślała już tylko o spoczynku – nie obchodziła jej nawet wątpliwa świeżość materaca czy obecność tego dziwnego mężczyzny. Sądząc po wyglądzie i postawie jej wybawiciel był wojownikiem, lecz było w nim coś niepasującego do reszty. Co prawda włosy miał ścięte krotko, na żołnierską modłę i dodatkowo unieruchomił je skórzaną opaska, zaś potężna muskulatura musiała być efektem długotrwałych ćwiczeń. Miecz przy jego pasie też nosił ślady długiego i intensywnego użycia, jednak czarodziejka czuła w nim czy wokół niego dziwną energię, której nigdy wcześniej nie poznała. Wydawała się zimna i stateczna jednak nie mogła jej dotknąć,
lecz wymykała się ona jej próbom pochwycenia niczym mgła - A przy okazji, jak się nazywasz? Chcę widzieć jak mam się do ciebie zwracać w drodze.
- Nie podróżujemy razem - odparł mężczyzna, nawet na nią nie spojrzawszy.
- Bzdura - fuknęła, oburzona tym, że próbuje z nią dyskutować - Nawet gdybyś nie chciał, idziemy w tym samym kierunku. Stąd nie ma innych dróg, jak tylko na wschód, więc podróżujemy razem. Moje czary mogą nieraz uratować ci życie, uwierz mi.
- O tak, dzisiaj spisałaś się świetnie - parsknął, choć jego twarz wciąż nie wyrażała żadnych emocji.
- Ja...- Hiétie zająknęła się, poczuła, że twarz zaczyna ją palić - Nie chciałam spalić gospody. To cały majątek tego człowieka. Bo widzisz, specjalizuje się w zaklęciach opartych na energii ognia, a poza tym... Och, nie wiem, jak ci to powiedzieć żebyś zrozumiał... Używam tak zwanej piromantyki, co w mowie prostych ludzi określane jest chyba jako magia ognia, prawda? No więc używam magii ognia, czasem wody, a czasami magii istot eterycznych... przepraszam, magii duchów - skończyła wyliczanie, zadowolona, że udało jej się nie tylko wybrnąć z sytuacji, ale tez zaimponować prostemu człowiekowi.
- W takim razie chwała ci za twoją wielkoduszność. Nie mam jednak zamiaru ciągnąć ze sobą nieopierzonej magiczki, która panikuje gdy ktoś złapie ją za rękę, a mądrzy się jakby zjadła wszystkie rozumy. Lepiej idź już spać - dodał gdy elfka nabierała powietrza by kontynuować sprzeczkę - Nie ujdziesz daleko z taką zdolnością koncentracji w walce i do tego jeszcze niewyspana.
Hiétie chciała coś odpowiedzieć, ale gdy zastanowiła się chwilę nad słowami wojownika zrozumiała, że ma on racje. Cokolwiek czekało ją jutro w podróży wolała być wypoczęta i gotowa do drogi. I niezależnie od tego, co wyobrażał sobie ten gburowaty człowiek, pójdzie z nim - jego towarzystwo zapewniło jej dziś bezpieczeństwo i względnie wygodne łóżko i nie zamierzała rezygnować z szansy utrzymania takich warunków podróży przez dłuższy czas. Ułożyła się najlepiej jak mogła w kiepsko wywietrzonej pościeli i po chwili już spała.
Obudziła się mocno zdrętwiała. Materac był twardy, a pierza w poduszce chyba nikt nigdy nie zmieniał. Zdecydowana poleżeć jeszcze chwile i pozwolić wszystkim mięśniom na rozluźnienie, przesunęła leniwie wzrokiem po pokoju i zerwała się na równe nogi, całkowicie rozbudzona. Miejsce przy stole było puste, zniknął również niewielki dobytek człowieka. Najszybciej jak potrafiła naciągnęła buty, chwyciła swój pakunek i pędem wypadła z pokoju. Izba na dole była pusta. Coraz bardziej zdenerwowana Hiétie zawołała karczmarza, który wyłonił się z zaplecza z wyraźnie niezadowoloną miną.
- Mój towarzysz... ten człowiek, wojownik... jak dawno wyszedł?
- Wasz towarzysz, pani? O nikim takim mi nie wiadomo - mężczyzna wyglądał jakby miał ochotę splunąć.
- Jak to? Mężczyzna, który w nocy połamał palce jednemu z waszych ludzi? Gdzie on jest?
- Powiedział, że nie podróżujecie razem... pani.
- Och, on... często tak mówi. A wczoraj się pokłóciliśmy - odparła czarodziejka, pilnując by głos nie zdradzał jej zdenerwowania - Możesz mi teraz powiedzieć, jak dawno wyszedł?
- Niedawno, może z godzinę - karczmarz znów się skrzywił.
Nie kłopocząc się podziękowaniem elfka pobiegła do drzwi, zaś mężczyzną wrócił do swoich zajęć mamrocząc przekleństwa pod adresem pokręconych czarowników i ich demonicznych pupilków o płonących oczach. Hiétie - skrzętnie omijając błoto powstałe wskutek całonocnej ulewy - biegła w kierunku drogi, mając w duchu nadzieję, że jej 'przyjaciel' nie zdecydował się na wędrówkę dzikimi szlakami. Tuż przed bramą obozu niemal wpadła na człowieka, jednak nie tego, którego szukała. Mężczyzna obrzucił ja nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Znowu się widzimy, wiedźmo - to był ten sam, który w nocy pierwszy ją zaczepił - Ale teraz nie ma twojego piekielnego przyjaciela i zapłacisz nam za to, co zrobiliście Renowi - drwal zrobił krok w jej stronę, z krzaków przy drodze wyłonił się jeszcze jeden z tych, którzy wieczorem byli w karczmie.
- Idziesz czy nie? Nie będę dłużej czekał - głos za plecami zbirów sprawił, że zatrzymali się jak porażeni piorunem. Powoli spojrzeli za siebie, po czym, jakby na komendę, obydwaj rzucili się do ucieczki. Tymczasem wojownik odwrócił się i zaczął odchodzić, nawet nie sprawdzając, czy elfka idzie za nim.
- A ja prawie uwierzyłam, że naprawdę pójdziesz sam. Cieszę się, że przemyślałeś to jeszcze raz i podjąłeś mądrą decyzje - Hiétie dogoniła go i w marszu zajęła się poprawianiem krzywo ułożonej pelerynki i kosmyków włosów, które wysunęły się z wysokiego upięcia.
- Nazywam się Regland - były to ostatnie słowa, jakie usłyszała od niego przez resztę dnia.
[center]***[/center]
Pierwszy etap wspólnej podróży upłynął na tyle spokojnie, na ile pozwalał brak doświadczenia Hiétie w kontaktach z naprawdę dziką przyrodą i jej rezydentami. Regland sądził, że zebranie drobnego drewna i rozpalenie niewielkiego ogniska nie powinno być zadaniem przekraczającym jej zdolności zarówno surwiwalistycznych jak i magicznych. Kiedy jednak oprawiając schwytanego szaraka usłyszał przeraźliwy wrzask, zaczął poważnie zastanawiać się, czy pozostawianie jej w obozie drwali nie byłoby lepsze zarówno dla niej, jak i dla jego nerwów. Rzucił niedokończoną pracę i pobiegł w kierunku, z którego dochodził nieprzerwany, choć dziwnie modulowany krzyk. Roztrącając gałęzie przedarł się przez niewielki zagajnik, w pobliżu którego zatrzymali się na noc, by wejść do miasteczka, czy właściwie większej wioski, następnego dnia. Widok za krzakami wprawił go w całkowite osłupienie. Z trudem opanował narastającą wściekłość.
Wśród rozrzuconego naręcza chrustu, u stóp niewielkiego drzewka siedziała elfka, z najczystszym przerażeniem wpatrując się w siedzącego naprzeciw pod krzakiem kobolda. Obydwoje darli się wniebogłosy i wojownik nie potrafił powiedzieć, które robi gorszy hałas. Jego cierpliwość była jednak na wyczerpaniu. W dwóch krokach znalazł się przy wrzeszczącym karzełku i mocnym kopnięciem zwrócił na siebie jego uwagę. Stworzenie zamilkło na sekundę, po czym krzyknęło znowu i czmychnęło między gałęzie.
- Następnym razem drzyj się, gdy dopadnie cię uzbrojony oddział orków. Nie wcześniej - warknął, odwróciwszy się w kierunku, z którego przybiegł.
- Wi-widziałeś TO?! - Hiétie musiała wesprzeć się na drzewku aby moc ustać na trzęsących się nogach - To było okropne... Niosłam drewno, gdy TO coś wylazło spod krzaka... - drżącymi rekami zaczęła zbierać rozsypane patyki - Nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak obrzydliwego... Ten pysk... I ślepia... I...- elfka zdała sobie sprawę, że mówi do szeleszczącej ściany zielonych liści. Chwyciła jeszcze jeden kawałek drzewa i pobiega w ślad za swoim towarzyszem.
W nocy Hiétie nie zgodziła się pójść spać póki Regland pięciokrotnie nie zapewnił jej, że będzie trzymał wartę. Był już na skraju wściekłości, doprowadzony do szaleństwa jej paplaniem, ale w końcu położyła się. Nie miał zamiaru dotrzymywać głupiej obietnicy – koboldy nie podchodziły tak blisko osiedli, a poza tym znał o wiele przyjemniejsze sposoby wykorzystania nocnego czasu. Położył się, rozluźniając mięśnie, by odpoczęły przed kolejnym dniem niańczenia elfki, i zapatrzył się w rozgwieżdżone niebo.
Ranek wstał o wiele za wcześnie dla Hiétie. Spanie na ziemi nie dawało jej odpoczynku, zaś nieodespane emocje poprzednich dni zaczęły dawać się jej we znaki. Nie miała nawet ochoty narzekać na zimne resztki posiłku z poprzedniego wieczoru, które stanowiły śniadanie. Jej cisza za to zdecydowanie poprawiła humor mężczyzny, który nawet zwolnił nieco tempo marszu by mogła nadążyć.
Wolnybród, do którego przybyli wczesnym rankiem, był urokliwą zbieraniną kilku domów i tawerny, z grubsza skoncentrowanych wokół niewielkiego ryneczku, na którym stało kilka barwnych płacht – zapewne straganów kupieckich. Regland zamierzał zajrzeć na ten miniaturowy targ – jakakolwiek droga leżała przed nim, zawsze wolał być dobrze wyposażony. Tym razem szczególnie zależało mu na czymś, co pozwoli mu uniknąć obrażeń spowodowanych przez nieszczęśliwie rzucony czar, przede wszystkim z dziedziny ognia.
Nie dotarli jednak do placu, gdy z pola dobiegło ich wołanie. Na spotkanie im szedł jasnowłosy elf, najwyraźniej właściciel pobliskiego gospodarstwa.
- Nareszcie, jesteście. Tiana miała jednak rację, a nie chciałem jej wierzyć. Będę musiał ją przeprosić.
- Kim jest Tiana? - Hiétie niemal natychmiast ożywiła się. Nigdy nie przepuściła okazji by dowiedzieć się czegoś nowego, szczególnie o kimś, kto najwyraźniej wiedział, że przybędą.
- Tiana? Jest Serafią, przybyła niedawno do miasta, szukając pomocy. Chyba nikt nie dawał wiary jej słowom, kiedy mówiła, że znajdzie tu ludzkiego wojownika i elfią magiczkę. Nasz kapitan, najlepszy z okolicznych żołnierzy, jest elfem, a mieszkający niedaleko czarodziej nie jest kobietą. A jednak miała rację. Tak więc pomożecie mi? - dokończył jakby to był logiczny wniosek z całego wywodu.
- Nie mam cza... - Regland, jak zwykle ostatnimi czasy, zaczął, lecz mu przerwano.
- W czym? - wzmianka o czarodzieju rozbudziła ciekawość Hiétie.
- Dziękuję, rzeczywiście będę musiał przeprosić Tianę. 'Nasz' czarodziej zawsze był dziwny, nikt nawet nie zna jego imienia, jednak ostatnio przekroczył dopuszczalne granice. Kiedyś zdarzało się, że ginęły koty czy psy, lecz teraz zniknęło kilka krów i córka ogrodniczki zarządcy. Obawiamy się, że za to wszystko odpowiedzialny jest właśnie mag – skórki niegdyś zaginionych zwierzątek widziałem u niego w chacie. Tym razem posunął się za daleko. Porozmawiajcie z nim – wszyscy w mieście obawiają się jego magii, boją się, że oszalał, a Tiana powiedziała, że nie pójdzie, bo to wasza droga.
- Nie lubię czarnoksiężników – warknął Regland, a w jego oczach błysnął gniew – Gdzie mieszka ten parszywiec?
- Pójdźcie ścieżką za moją zagrodą, na pewno traficie. Ale, panie... - farmer zająknął się, widząc nagłą zmianę postawy wojownika – nie zabijajcie go, jeśli nie musicie. Chodzi tylko o to, żeby wypuścił dziecko i oddał krowy. To jedyny mag mieszkający w okolicy...
Regland jednak go nie słuchał. Wspomnienia utraconego spokoju uderzyły ze zdwojoną siłą. To przez takich jak ten magik był tutaj. Odpłaci im. Wszystkim.
Ścieżka poprowadziła człowieka i elfkę przez kawałek zagajnika, do niewielkiego strumienia, przez który przerzucono wąski mostek. Za nim widać było mały domek. Tuż przy dróżce prowadzącej do budowli leżało truchło krowy, mocno nadgryzione przez wilki. Zwierzę nie było oskórowane, pocięte, czy wydrenowane. Zostało zabite dla samego czynu. Istotnie, mag musiał oszaleć. Regland, który zawczasu kazał Hiétie trzymać się z tyłu, zwolnił, podchodząc do schodków przed drzwiami. Niedaleko leżał kolejny trup – tym razem zmasakrowane ciało elfa. Dziwne, że farmer nie wspomniał nic, o zaginięciu kogoś jeszcze.
Zbliżając się do drzwi wyczuwał coraz mocniejszy smród. Znał go aż zbyt dobrze. Wyczuwał aurę wokół tego miejsca. Znał ją aż zbyt dobrze. Nekromancja, nieumarli... Czas rozpocząć zemstę. Pchnął drzwi, niemal wyrywając je z zawiasów, i wpadł do środka. Powitał go paskudny , nieznikający uśmiech, przytwierdzony do obrzydliwej twarzy przez odgniłe wargi. Zombie zwrócił się ku niemu. Z zapadniętego gardła dobiegł ledwo zrozumiały bulgot.
- Wyessssey mięssssaaaa... - nieumarły ruszył niezgrabnie przed siebie, unosząc pordzewiały miecz.
Regland sparował, natychmiast wyprowadzając kontrę w ramię przeciwnika. Jego cios mógłby pozbawić monstrum ręki gdyby nie to, że nie miał miejsca, by się zamachnąć. Mężczyzna skoczył z powrotem na schody, niemal przewracając Hiétie, która próbowała zajrzeć do środka, zasłaniając sobie usta i nos dłonią.
- Co?... - tym razem to jej nie było dane dokończyć.
- Zombie – odparł tylko wojownik, uznając to za wystarczające wyjaśnienie sprawy.
Odpowiedź nie musiała też długo czekać na potwierdzenie. Stwór wylazł na zewnątrz, a krótki rzut okiem na twarz elfki powiedział mężczyźnie, że w tej walce prawdopodobnie już jest, albo za chwilę będzie, sam. Skoczył więc na martwiaka, wykorzystując szybkość przeciw jego niezdarnym, lecz silnym, atakom. Ostrze miecza wojownika wielokrotnie przeorało gnijące ciało. Każdy żywy przeciwnik byłby już martwy, a przynajmniej niezdolny do walki z powodu bólu i utraty krwi, lecz nieczuły nieumarły wciąż parł przed siebie. Regland szykował się do kolejnej szarży, lecz został uprzedzony. Ku jego (dla odmiany w miarę pozytywnemu) zdziwieniu, obok jego ramienia przemknął strumień zimna, trafiając w bark trzymającej miecz ręki potwora. Magiczny mróz natychmiast ściął i unieruchomił kończynę, jednak nie czujący bólu stwór już po chwili zaczął odzyskiwać władzę w zamrożonym kawałku ciała.
- Nie lodem, dziewczyno! - warknął skacząc do przodu, by wykorzystać chwilę, zanim przeciwnik odzyska sprawność ruchową – Przypal go!
Zwarli się na krótko, po czym mężczyzna znów odskoczył, by poczuć podmuch ciepła na swoim boku. Kula ognia wybuchła na piersi nieumarłego, wyrywając sporą dziurę. Zombie zachwiał się i całkowicie odsłonił. Ta krótka przerwa w defensywie wystarczyła wojownikowi. W kilku szybkich krokach dopadł chwiejącego się umarlaka i pchnął prosto w wyrwę w jego kadłubie, po czym szarpnął mieczem w górę, rozrywając kręgosłup i odrywając głowę od tułowia. Ponownie martwe ciało padło z obrzydliwym mlaśnięciem na ziemię.
- Tym razem było nieco lepiej, ale musisz się jeszcze sporo nauczyć, dziewczyno. Przede wszystkim tego, że z nieumarłymi walczy się ogniem, nie lodem – odwrócił się do elfki. Ta stała niczym zahipnotyzowana i błędnym wzrokiem wpatrywała się w powalone monstrum. A potem zemdlała.
Obudziła się pod wpływem regularnych podrygiwań podłoża, na którym leżała. Nie, nie leżała, a wisiała. Przewieszona przez szeroki bark towarzysza. Poruszyła się i niemal natychmiast wylądowała na ziemi. Zakręciło jej się w głowie i poczuła, że znowu traci równowagę, więc chwyciła się ramienia człowieka. Regland stał przez chwilę, czekając, aż jej przejdzie, po czym podjął marsz, jak zwykle nie oglądając się za siebie.
- Jesteśmy już na drodze do Wolnybrodu – zauważyła Hiétie, choć mówienie przychodziło jej z pewnym trudem, a język nieco się plątał.
- Tak – mężczyzna nie uważał za konieczne rozwodzenie się na ten temat.
- Musimy powiedzieć temu farmerowi o zombie i walce... - urwała, zdając sobie sprawę, że koniec potyczki nie był w jej przypadku zbyt chwalebny.
- Już powiedziałem.
- Zaniosłeś mnie tam kiedy byłam nieprzytomna?!
- Mogłem cię zostawić.
Hiétie umilkła. Miała nadzieję wrócić jako bohaterka, a wróciła jak ostatnia niedołęga. Nigdy więcej – postanowiła. Jest w końcu magiem bojowym, nie może mdleć po każdej walce, niezależnie jak ciężka by była. Teraz jednak była zmęczona – dwa silne zaklęcia pod rząd wyczerpały ją niemało. Zastanawiała się właśnie, czy miejscowa gospoda jest równie paskudna, co ta poprzednia i doszła do wniosku, że nie ma to znaczenia – chciała po prostu odpocząć – gdy jej uszu dobiegł niezwykły odgłos kroków. Był czymś między stukotem podkutych żołnierskich butów a dźwięczeniem srebrnych dzwoneczków poruszanych wiatrem. Elfka podniosła głowę i poczuła, że znów robi jej się słabo.
Zawsze uważała się za bardzo atrakcyjną – gęste ciemnoblond włosy, szczupła sylwetka i wąska, proporcjonalna twarz miały niewiele konkurentek wśród wszystkich znanych jej elfek. Jednak kobieta, która szła w jej stronę, sprawiała, że czuła się nie bardziej urodziwa niż ludzka niewolnica zmywająca podłogi w pokojach elfiej służby na dworze jej rodziny. Włosy lśniące niczym najczystsze złoto, jasna, niemal biała skóra, perfekcyjnie wykrojone usta i idealna figura Serafii roztaczały wokół niej niemal namacalny blask. Niebiańska istota poruszała się z gracją, jakiej nie spotyka się wśród śmiertelników. Zbliżywszy się, anielica uśmiechnęła się ciepło, a elfce zdawało się, że to ciepło rozchodzi się po całym jej ciele i, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, odpowiedziała uśmiechem. Regland jednak poczuł zawczasu wabiąco-kojący wpływ anielskiej obecności i stanowczo odciął się od niego. Nienawidził mrocznych magów za to, co mu zrobili, ale to nie znaczyło, że ufał tym 'dobrym'.
- Witajcie, czekałam na was – głos Serafii był melodyjny i nieco wibrujący, niczym dźwięczący kryształ – Nazywam się Tiana. Przybywam do was z polecenia Świetlistego i chcę prosić o pomoc.
- Mamy ostatnio niezwykłe powodzenie – mruknął Regland – Czego od nas chcesz? - sam ton jego głosu w normalnych warunkach wystarczyłby za odmowę współpracy. Ale warunki nigdy nie są normalne gdy rozmawia się z istotami nadprzyrodzonymi.
- Niczego nie żądam. Proszę jedynie o wsparcie w walce z terrorem sianym przez Inkwizycję. Do tej pory nie wychylali się poza Tyr-Lysię, lecz ostatnio ich chciwe łapy wyciągnęły się za Smoczą Gardziel. Próbują przejąć kontrolę nad ludźmi mieszkającymi w tamtych okolicach, a ci, którzy się im sprzeciwiają, są bezlitośnie mordowani. Świetlisty przemówił do mnie i kazał udać się tutaj, by odnaleźć was. Powiedział, że dzięki wam zdołam uciąć łeb tego jadowitego węża i zagnać jego pomiot z powrotem do jego nory.
- A cóż możemy zdziałać tam, gdzie potężna Serafia nie daje sobie rady? - najwyraźniej anielica, choć obdarzona talentem jasnowidzenia, pozbawiona była umiejętności odczytywania informacji subtelniej przekazywanych w rozmowie. Na przykład takich, że Regland nie miał zamiaru z nią iść. Nie chciał mieszać się w politykę, którą tutaj śmierdziało gorzej niż rozkładem od niedawno pokonanego zombie. Dodatkowo ta Inkwizycja wyglądała na potężną organizację, a on – mimo wszystko – miał zamiar jeszcze trochę pożyć.
- Inkwizytorzy są wyznawcami Ker Dręczycielki. Ich magia jest zaprzeczeniem mojej – Tiana albo znów nie zrozumiała jego odmowy albo celowo zignorowała sarkazm - Wyprawie na północ przewodzi potężny mag ich zakonu. Podczas gdy będę z nim walczyć, potrzebuję kogoś, kto odeprze jego strażniczki i pozostałych czarnoksiężników. A także ich nieumarłe sługi jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Nieumarłe sługi? Inkwizycja to nekromanci? - Regland poczuł jak krew burzy mu się w żyłach. Znowu oni. Byli jego przekleństwem, niezależnie co robił, ciągle ich spotykał. I zabijał. I będzie zabijał dopóki nie padnie ostatni z tych smrodliwych czarowników. Zacisnął pięści.
- Nie wszyscy. Jednak wielu z nich para się zakłócaniem spokoju zmarłych.
- Kiedy planujesz wyruszyć? - narastająca wściekłość ledwie pozwalała mężczyźnie mówić. Najchętniej poszedłby od razu, byle móc jak najszybciej dać upust swojej furii i nienawiści.
- Jak najszybciej – Serafia wcale nie była zaskoczona nagłą zmianą jego decyzji. Świetlisty powiedział, że tak będzie – Wcześniej jednak twoja przyjaciółka musi odpocząć. Pójdziemy za dwa dni.
- Ja nie idę – stwierdziła nagle nienaturalnie dla siebie milcząca dotąd Hiétie. Pierwszy szok spotkania z Serafią już minął i kiedy słuchała o jej planie ataku na Inkwizycję, była coraz bardziej spięta. Zbyt dobrze znała tę organizację i jej możliwości. Inkwizytorzy sprawowali rzeczywistą władzę w całym państwie, a ci, którzy byli podejrzani – nawet jeśli niewinni – po prostu znikali. Teraz, stojąc na środku głównego placu miasteczka, elfka miała wrażenie, że wszyscy wokół przysłuchują się ich rozmowie. Była niemal pewna, że zza któregoś domu czy przydrożnego krzewu wyłoni się szpieg-skrytobójca, by położyć kres tej małej rebelii. Nie, nigdzie nie idzie. Niech sobie nadstawiają karków jeśli chcą. Życie kilku ludzi nie było dla niej warte takiego ryzyka, tym bardziej, że nie wynikał z tego żaden zysk.
- I dobrze – fuknął Regland – Tylko byś nas spowalniała. I najpewniej narobiła dodatkowych kłopotów.
- Nie, musi pójść. Inaczej nie damy rady – Serafia pokręciła głową, nie spuszczając pozbawionych tęczówek i źrenic oczu z elfki.
- Przeceniasz jej umiejętności. Pochodzi z zachodu, a tam nie grozi ci nic więcej niż to, że wystraszony kobold sfajda ci się na buty – mężczyzna parsknął pogardliwie, dobitnie przypominając Hiétie incydent z poprzedniego wieczoru.
- Mylisz się, wojowniku – ku jego irytacji Tiana zaoponowała, wciąż patrząc na czarodziejkę – Zachód Tyr-Lysii też nie jest bezpieczny. Na wzgórzach w okolicy Miedzianych Szczytów pojawił się jakiś czas temu biały gryf. Od tamtej pory wielu rolników musiało opuścić te tereny gdyż bestia polowała zarówno na zwierzęta gospodarskie, jak ich właścicieli. Wiem, że została nawet wyznaczona nagroda za zabicie potwora, a jego pogromca okryje się wieczną chwałą.
Wieczna chwała. Ciekawe co ta anielica wie o wieczności, skoro całe swoje – nieważne jak długie – życie spędziła w Ankarii. Regland nie miał jednak ochoty dyskutować na ten temat. W tej chwili jego cel był jasny. Skoro zostawiają marudną magiczkę, będą mogli wyruszyć następnego dnia. Chciał tylko zajrzeć na stragany kupców i był gotowy do drogi.
Tymczasem Hiétie była rozdarta. Słowa mężczyzny uraziły ją, choć – jak zdała sobie ze zdziwieniem sprawę – nie obraziła się. Tylko dzięki Serafii. I to bynajmniej nie jej czarom czy wsparciu, ale temu, że przykuła jej uwagę. Nie chodziło o to, dlaczego to powiedziała, ale CO powiedziała. Biały gryf. Legendarna istota, której lotki miały ponoć niezwykłe magiczne właściwości. W czasie całego jej pobytu w Akademii nie słyszała aby komukolwiek udało się zdobyć choć jedną do badań. No i wieczna chwała. Tego właśnie było jej potrzeba. Musi znaleźć sposób by zdobyć chociażby kilka piór. Najprostszym wyjściem było poprosić dwójkę rozmówców, by towarzyszyli jej w polowaniu. Wtedy jednak Serafia z pewnością zażąda, by w zamian poszła z nimi ratować ludzi. Choć, jeśli im się powiedzie, będzie miała pretekst, by zostać i zbadać zdobycz. Z przekonaniem anielicy nie będzie miała problemu, ale pozostawał mężczyzna...
- Zgoda, mogę pójść, jeśli wcześniej ty pomożesz mi – zwróciła się do Tiany, starannie opracowując plan działania.
- Jeśli tego wymaga twoja zgoda – rozmówczyni zdawała się i na to być przygotowana.
- Przepędźmy tego gryfa. Ale tak skutecznie, żeby nie wrócił. Więc pewnie będzie trzeba go zabić. Ale zwrócimy farmerom ich ziemię, i zażegnamy niebezpieczeństwo, i... - Hiétie zająknęła się, trzeci argument wyleciał jej z głowy – I to chyba będzie dobrze – dokończyła szybko.
- Masz rację, córko magii. Dwa dobre uczynki zawsze są lepsze niż jeden. Jeśli wyruszymy jutro rano, zdołamy dokonać obydwu – Serafia dała się złapać na haczyk. Albo sama to zaplanowała. Była taka spokojna, jakby o wszystkim została uprzedzona.
- Czy nie możemy jutro ruszyć po prostu na północ, z pominięciem uganiania się za pierzastymi szkodnikami? - warknął Regland. Każde potencjalne opóźnienie irytowało go coraz bardziej – Szybciej będzie, jeśli zostawimy ją tu, niech poszuka jakichś myśliwych i z nimi pójdzie polować na wróble.
- Musi pójść z nami – Serafia nie dawała za wygraną.
- Och, nie przejmuj się nim, Tiano – Hiétie przybrała najbardziej protekcjonalny ton, jaki potrafiła z siebie wykrzesać – Zapewne niewiele wie o gryfach. Studiowałam te stworzenia i wiem, jak z nimi walczyć. Nie można go winić, że tchórzy... przepraszam, traci pewność siebie, gdy przychodzi mu się zmierzyć z nieznanym.
Jej krótki popis umiejętności aktorskich przyniósł spodziewany efekt. Wojownik spiął się i zgrzytnął zębami.
- Nie tchórzę – warknął na elfkę – Po prostu nie chcę przez ciebie znowu marnować czasu. I wiem o gryfach wystarczająco wiele. Jak również o walce w ogóle. Jeśli chodzi o tchórzenie, to nie chciałbym ci przypominać, kto...
- A więc zgoda – Hiétie wpadła mu w słowo zanim zdążył powiedzieć więcej niż by sobie życzyła – pójdę z wami gdy gryf będzie martwy.
[center]***[/center]
Następnego dnia, tuż po świcie, niewielka drużyna była gotowa do drogi. Karczma w Wolnybrodzie okazała się o wiele wygodniejsza niż ta w obozowisku drwali i Hiétie – z niewielką pomocą uzdrawiającej magii Tiany – odespała spokojnie swoje wcześniejsze przygody. Regland, chwilowo uwolniony przez Serafię od konieczności opiekowania się elfką, przejrzał towary na kilku straganach, lecz nie znalazł wiele – większość oręża stanowiły łuki do polowań na mniejszą zwierzynę (ewentualnie do opędzania się od koboldów) i noże do oprawiania zdobyczy, zaś najmocniejszy dostępny pancerz stanowił skórzany kaftan, który miejscowy kowal wzmocnił kilkoma metalowymi ćwiekami. Czego innego zresztą mógł się spodziewać w takim sielankowym miasteczku? Skóra jednak była mocna i powinna zapewnić przynajmniej minimalną ochronę – dobrze wiedział, że nie ocali go przed dziobem gryfa (ani zabłąkaną ognistą kulą), jednak była szansa, że szpony bestii choć trochę ześlizgną się po wyprawionej powierzchni. Uzbrojony w prymitywny napierśnik, wysłużony miecz i nadzieję, że od teraz magiczka będzie włazić na głowę komu innemu, ruszył śladem Serafii drogą prowadzącą na północ i zachód od Wolnybrodu, w stronę Miedzianych Szczytów.
Przez całą drogę elfka trajkotała jak najęta i Regland nieraz musiał przypominać sobie, że jego prawdziwym celem są nekromanci Inkwizycji, a nie denerwująca czarodziejka. Tiana z kolei znosiła wszystko z anielską wręcz cierpliwością, odpowiadając na wszystkie pytania Hiétie, dotyczące Serafii i magii. Pomimo swojej irytującej paplaniny magiczka spisywała się jednak coraz lepiej. Niedługo przed zmierzchem, już u podnóża gór natknęli się na zorganizowaną bandę koboldów.
Może 'zorganizowana' to zbyt wielkie słowo jak na te istoty, niemniej – był wśród nich przywódca, który w jakimś stopniu zarządzał całą grupą. Nie czekając na zaproszenie Regland rzucił się w środek grupy, starając się spłoszyć (co nie było trudne) i rozproszyć jak najwięcej karzełków. Za sobą słyszał świst bliźniaczych mieczy Serafii, wykonującej kolejne kroki śmiertelnego tańca – każdy pełen gracji ruch oznaczał śmierć lub nietrafiony atak dla pechowego przeciwnika. Hiétie zaś, pozostawiona bez osłony, stoczyła swoją pierwszą prawdziwą walkę. Obwieszony mnóstwem obrzydliwości – nie wiadomo: talizmanów czy trofeów – wódz koboldów, jako najinteligentniejszy z grupy, unikał starcia z niebezpiecznymi wojownikami i ruszył na trzeciego członka grupy.
Dystans był zbyt mały by Hiétie mogła wykorzystać kulę ognia, nie ryzykując poparzenia się. Pierwszy cios krótkiego miecza czy sztyletu jakimś cudem odbiła swoją laską – otrzymała ją 'w spadku' po tragicznie zmarłym czarodzieju z Wolnybrodu, mieszkańcy wioski przynieśli ją poprzedniego wieczoru do jej pokoju w gospodzie w ramach wdzięczności za pokonanie zombie (widać człowiek wspomniał coś o jej zasługach w walce). Nie zdążyła jej jeszcze zbadać, lecz czuła, że kostur zawiera w sobie jakąś magię. Sprawdzi to jak tylko uwolni się od kłopotliwych towarzyszy. Chwilowo jednak miała większe zmartwienie (choć nie sięgało jej ono nawet do pasa). Karzełek zamachnął się po raz drugi. Uskoczyła w tył i wtedy wpadła [nie, nie do rzeki – przyp. autorki] na genialny pomysł. Wykorzystała przewagę zasięgu laski i zdzieliła nią kobolda po głowie. Stworzenie jęknęło, zachwiało się i z impetem siadło na tyłku. Tego Hiétie potrzebowała – czasu. Sięgnęła po krążącą wokół energię ciepła, chcąc usmażyć przeciwnika. Zadowolona ze swojego małego zwycięstwa nie spodziewała się jednak, że kobold był nie tylko sprytniejszy, lecz i silniejszy od pobratymców. Zebrał się z ziemi szybciej niż elfka zdążyła zbudować zaklęcie i z wyciągniętym do pchnięcia ostrzem rzucił się w jej stronę. Ze względu na niewielki wzrost nie celował wysoko, lecz magiczka wiedziała, że przecięcie tętnicy udowej jest równie skuteczne jak poderżnięcie gardła. Nie miała jednak szans uskoczyć, wszystko działo się jakby czas zwolnił bieg. Zobaczyła jak Regland kładzie (przed)ostatniego kobolda szerokim ciosem, przecinając stworzenie niemal na pół. Zobaczyła jak Tiana odwraca się gwałtownie i unosi rękę do zaklęcia. A potem wszystko zaczęło falować.
Poczuła szczypiące ukłucie w udo i usłyszała wrzask gdzieś na poziomie poniżej swojego pasa. Nacierający kobold uskoczył, a całe ramię, część tułowia i twarz miał pokrytą głębokimi oparzeniami. Nie cierpiał długo – kobaltowa błyskawica Serafii wyrzuciła go w powietrze tak, że znikł w szybko zapadającym podgórskim zmroku.
Hiétie stała, nieco zdezorientowana, przyglądając się zasłonie falującego powietrza, odgradzającej ją od reszty świata. Dziwne – choć najwyraźniej właśnie przysmażyła kobolda, nie dawała ciepła. Elfka z ciekawością wyciągnęła rękę. Nic, tylko delikatne łaskotanie magii. Dół zasłony jarzył się, jakby płonął tam ogień, powyżej powietrze falowało niczym nad rozgrzanym piecem, lecz nie czuła gorąca. Zrobiła krok i z zadowoleniem stwierdziła, że ognista ochrona przesuwa się wraz z nią.
- Czy jesteś ranna? - głos Tiany wyrwał elfkę z zamyślenia i przypomniał jej o piekącym rozcięciu na nodze.
- Tak, trochę... - umysłem wciąż była gdzie indziej. Wciąż starała się rozwikłać zagadkę pojawienia się ognistej ściany. Nie zauważyła nawet jak Serafia podchodzi i kładzie rękę na jej rozciętym udzie, szepcząc uzdrawiającą modlitwę. Ognista zasłona jej również nie zrobiła krzywdy.
- Laska! - wykrzyknęła Hiétie tak nagle, że Tiana poderwała się z klęczek a Regland obrócił gwałtownie, rozglądając za nowym niebezpieczeństwem.
- Mówiłem już, że możesz się drzeć dopiero gdy wpadniesz na oddział orków, prawda? - warknął wojownik, gdy zauważył, że nic im nie grozi.
- Przepraszam – czarodziejka była tak zaaferowana swoim odkryciem, że nie zwróciła uwagi na fakt, że przeprasza [i]człowieka[/i]. A więc to laska umożliwiła jej gromadzenie ognistej energii w postaci osłony. Ciekawe, będzie musiała poznać zasadę tego zaklęcia, aby móc je rzucić nawet pozbawiona broni.
- To chyba dobre miejsce na obóz – dobiegł ją głos Serafii – Jutro pójdziemy dalej.
Mrok zapadł już całkowicie, okolicę ukazywało tylko blade światło księżyca i gwiazd, jednak niezwykłym oczom Tiany zdawało się to w zupełności wystarczać. Anielica wskazywała na niewielką skalistą niszę nieco dalej w górę ścieżki prowadzącej między wzniesienia, osłoniętą od wiatru i ciekawskich oczu przez strome, szorstkie głazy.
Tej nocy Hiétie nie chciało się jednak spać. Długo siedziała, eksperymentując z zaklęciem laski i własnymi umiejętnościami. Nim zmorzył ją sen udało jej się samodzielnie wznieść ognistą zasłonę, która, choć nie była tak mocna jak ta tworzona z pomocą laski, okazała się skomplikowana w utrzymaniu i w dodatku utrudniała gromadzenie energii do zaklęć. Elfka jednak wierzyła w swoje umiejętności – trochę treningu i będzie mogła czarować bez przeszkód, jednocześnie będąc chronioną przez potężny żywioł.
Zwijając się na posłaniu zauważyła, że jej obydwoje towarzysze także nie śpią. Serafia siedziała, zapatrzona w ogień. Jako nieziemska istota mogła nie potrzebować snu, lecz człowiek również jedynie leżał bez ruchu, wpatrując się tym swoim zwyczajnym, beznamiętnym wzrokiem w gwiazdy.
„Ciekawe, skąd bierze tyle siły do walki skoro tak mało śpi” - przemknęło jej jeszcze przez głowę nim osunęła się w spokojną ciemność. |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
| Ostatnio zmieniony przez Kalia 2010-05-09, 21:53, w całości zmieniany 4 razy |
|
|
|
 |
Draco
Fan smoków ^^


Wersja gry S1: UW: 2.21
Wersja gry S2: Nie mam gry
Wiek: 20 Dołączył: 11 Gru 2009 Posty: 41 Skąd: Lublin
|
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1945 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2010-05-11, 07:56
|

|
|
Obawiam się, że trochę to może potrwać, ale dziękuję |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
Frogop12


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Dołączył: 02 Sie 2009 Posty: 6 Skąd: Police
|
Wysłany: 2010-08-12, 08:51
|

|
|
wyśmienite, możesz napisać od razu całą książkę, wspaniale się czyta i czekam na następną część |
|
|
|
 |
Alexner
Apage Satanas!


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Platforma S2: PC
Wiek: 19 Dołączył: 19 Sie 2009 Posty: 16 Skąd: Nilfgaard
|
Wysłany: 2010-09-08, 18:51
|

|
|
Po prostu cudowne! Świetnie się czyta! |
_____________________________________________________________________ Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka.
Józef Stalin |
|
|
|
 |
eldo
www.pobliska.tk


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączył: 30 Cze 2008 Posty: 6 Skąd: Miszkowice
|
Wysłany: 2010-10-25, 22:42
|

|
|
Również mi się podoba Bardzo umiejętnie nadałaś charakterystykę postaciom z Ankarii. Ciekawe - czytanie tekstu sprawiało mi przyjemność. Kilka związków wydało mi się nie naturalnych jak choćby "poważny deszcz" - trochę jak "ciężkie zadanie".
Gratuluje talentu, próbowałaś w jakimś wydawnictwie sił? |
_____________________________________________________________________ Mój serwer na hamachi S+, sprawdź kiedy gramy
http://forum.sacred.pl/viewtopic.php?p=95247#95247 |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1945 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2010-10-26, 13:53
|

|
|
Dzięki
[quote="eldo"]próbowałaś w jakimś wydawnictwie sił?[/quote]
Szczerze mówiąc - jeszcze nie. I to jeszcze nie jest tam przez przypadek. Chciałabym kiedyś spróbować wydać jakiś zbiór opowiadań, ale musiałabym najpierw go dokończyć. Ze Ścieżek Przeznaczenia ukończyłam na razie tylko 'Nowy dzień' i 'Skorpiona i Skowronka', zostały jeszcze trzy, a i te ukończone domagają się (jak na mój obecny gust) przeredagowania. Tak więc może kiedyś się doczekacie takiego wydania, ale nie szybko |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
eldo
www.pobliska.tk


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączył: 30 Cze 2008 Posty: 6 Skąd: Miszkowice
|
Wysłany: 2010-10-26, 17:45
|

|
|
Moim zdaniem dobry start można osiągnąć poprzez cykliczne pisanie w gazecie. Tak jak robił to Aleksander Głowacki (dla niektórych znany jako Bolesław Prus), publikując "Lalkę". Wtedy możesz pisać i publikować, przynajmniej pierwsze opowiadanie |
_____________________________________________________________________ Mój serwer na hamachi S+, sprawdź kiedy gramy
http://forum.sacred.pl/viewtopic.php?p=95247#95247 |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1945 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2010-10-26, 19:00
|

|
|
Jakoś mi się nie chce, chociażby dlatego, że zmusiłoby mnie to do regularnej pracy nad opowiadaniami (żeby właśnie pisać cyklicznie), a obecnie mam dostatecznie dużo roboty na studiach żeby jeszcze sobie dokładać pisanie. Poza tym nie lubię pisać na siłę, a takie regularne publikacje zwykle się na tym kończą - a dodatkowo nie planuję kariery pisarskiej, o co mógłby mnie ktoś nietrafnie podejrzewać gdybym zaczęłą zbyt często objawiać się w formie tekstowej |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
| Strona wygenerowana w 0,6 sekundy. Zapytań do SQL: 12 |
|
|