logo



FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
ProfilProfil  Nie masz wiadomościNie masz wiadomości  Wyloguj [ Arch ]Wyloguj [ Arch ]

Poprzedni temat «» Następny temat
Eksperyment    Ignoruj ten temat
Autor Wiadomość
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-03-12, 23:44   Eksperyment

Jak nazwa wskazuje postanowiłem napisać coś w trochę innym kierunku niż dotychczas. Wstawiam z nadzieją na jakieś sensowne opinie które będą podstawą do dalszego pisania bądź też przerwania pracy.

Budzę się w środku nocy zlany potem. Wstaję z łóżka. Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? Za cholerę nie mogę sobie niczego przypomnieć. Dookoła ciemność. Wstaję i włączam światło. Skąd wiedziałem gdzie jest włącznik?! To było naturalne, jakbym już tu mieszkał. Ale przecież nie mieszkam, prawda?...
Rozglądam się z przymrużeniem nieprzyzwyczajonych do światła oczu. Stoję dwa mety od łóżka, tuż przy drzwiach. Niebieskie tapety sprawiają wrażenie jakby były tak jasne specjalnie mi na złość. Gdzieniegdzie wiszą plakaty. Co to za kolesie na nich widoczni? Nie mam pojęcia. Na lewo ode mnie stoją bębny. Że co?! Jakie bębny?! Ogarnął mnie lęk. Co ja do cholery tutaj robię? Nad łóżkiem widać dość sporą kolekcja filmów ułożoną na półce, a zaraz obok okna przysłonięte żaluzjami. Przynajmniej tak mi się wydaje. Na prawo jakaś szafa i biurko. Na nim komputer. I dopiero teraz spoglądam na siebie. Jestem facetem około trzydziestki, ubranym w jakąś idiotyczną pidżamę. Strasznie oszołomionym facetem. Co tu jest grane? Pierwsza myśl – uciekaj. Wydostań się stąd. Więc odwracam się i ciągnę nerwowo za klamkę. Lecz drzwi z litego drewna nadal stoją zamknięte. Zaczyna ogarniać mnie panika. Podbiegam do okna i szybko odsłaniam żaluzję. Niewiele widzę oprócz ulicy i dość dużego drzewa. Spostrzegam że jestem na piętrze. Uspokój się. Myśl trzeźwo. Zasłaniam żaluzję. Podchodzę pośpiesznie do drzwi raz jeszcze. Zamek znów nie zamierza mnie oswobodzić. Zamknięte na klucz. Spoglądam na sufit wyłożony kasetonami i myślę… Próbuję wszystko poukładać, lecz nie mogę. To nie trzyma się kupy. Nawet nie wiem dlaczego, ale czuję że tak jest. Bo właściwie co tu jest nie tak? Skąd wiem że to wszystko jest nienaturalne? Siadam na łóżku. Puchaty dywan łaskocze moje stopy. Orientuje się że na stole jest zegarek. Zwykły zegarek na rękę. Sprawdzam która godzina – 02:36. To by tłumaczyło uczucie dwustu termitów pod czaszką. I co dalej? Mam iść spać? W miejscu którego nie znam? Mam spokojnie położyć się spać podczas gdy nawet nie wiem jak mam na imię? Nie, bez sensu. Jestem strasznie senny ale i zbyt zdenerwowany aby po prostu odpocząć. Zastanawiam się. Jak stąd wyjść? Zamknięte na klucz, skok z piętra odpada jako że fajnie by było mieć nogi. Lecz skoro wiedziałem gdzie jest włącznik światła to może wiem gdzie jest klucz? Próbuje sobie przypomnieć. Jeśli nie to gdzie jest klucz, to chociaż cokolwiek innego. Ale w głowie tylko okropna pusta. Postanawiam przeszukać pokój. Podchodzę do biurka. Leży na nim telefon komórkowy. Jak mogłem go nie zauważyć? Czym prędzej go chwytam i klikam przycisk służący włączaniu telefonu. Skąd wiedziałem jak go włączyć?! Lecz widzę komunikat o rozładowanej baterii i prośbę o PIN. Nie mam pojęcia jaki mam PIN. Sięgam ręką do szuflady po ładowarkę. Znów odruch był silniejszy ode mnie i użyłem podświadomej wiedzy. Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu kontaktu. Jest jeden na ścianie obok łóżka. Podłączam ładowarkę do telefonu i stawiam na małej ławie obok łóżka. Skoro nie pamiętam PIN'u to postanawiam kontynuować poszukiwania. Zbliżam się z powrotem do szuflady z której wziąłem ładowarkę. Leży tam portfel i jakiś zeszyt. No, nareszcie się czegoś dowiem. Pierwszy złapałem zeszyt. Lecz były tam same niezrozumiałe dla mnie notatki. Niespójne. Obok napisu "Masło" dało się wyczytać ozdobnymi literami wypisane "FOR THE HORDE". Boże, chyba ze mną naprawdę źle. Odkładam zeszyt i łapię za portfel. Przecież muszę mieć jakiś dowód osobisty, prawda? Lecz w środku są same pieniądze. I to nie jakieś drobne. Znajduje się tam ledwo mieszczący się plik banknotów a każdy o nominale dwustu... Co za dziwna waluta. Gdzie są dolary? Czemu ta waluta wydaje mi się dziwna?... Szybko przeliczam pieniądze. Dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy w prostym portfelu z wygrawerowanym napisem "Jam jest eleminator, pan milionów". Nie wiem co bardziej mnie przeraża. Ów napis czy kosmiczna suma pieniędzy. Może jestem złodziejem? Może pobliski bank padł moją ofiarą a ja jakby nigdy nic idę i kładę się do swojego mieszkania? A może to w ogóle nie jest moje mieszkanie? Pośpiesznie zabieram portfel i zamykam szufladę. Komputer! Tam musi coś być. Schylam się i wciskam przycisk odpowiedzialny za uruchomienie urządzenia. I nic. Nie działa… Cholera jasna. Spoglądam powyżej biurka. Leży tam dvd i trochę wyżej parę książek. Autorów w ogóle nie kojarzę. Obok odtwarzacza jest też kupa rozmaitych pierdół. Lecz wydaję mi się że nie ma tam nic wartego uwagi. Z naciskiem na „wydaje mi się”. Rozglądam się po pokoju i nie widzę już nic ciekawego. Ani śladu klucza. Zauważam tylko jakieś nuty na biurku i na statywie przed bębnami. Ponieważ ból głowy coraz bardziej mnie męczy postanawiam zgasić światło. Może choć trochę pomoże. Podchodzę do włącznika i gaszę światło. Co robić? Czuje straszną bezradność. Siedzę w pokoju nic nie wiedząc o sobie i otoczeniu. Zaczyna kręcić mi się w głowie. Kontury rzeczy przed momentem jeszcze widocznych przewijają mi się przed oczami. Zaczynam się chwiać aby w końcu z hukiem upaść na ziemię. Czuję tylko jak tracę kontrolę nad ciałem i upadam na puchaty dywan. Ból i… ciemność.


Znowu się budzę i czuję znajome uczucie. Okropny ból głowy. Deja vu? Mój oddech nie jest swobodny, czuję jak coś mnie dusi. Dopiero za chwilę zdaję sobie sprawę że leżę gębą w puchatym dywanie nie odkurzanym chyba z ładnych parę lat. Próbuje czym prędzej wstać lecz stan w jakim jestem nie pozwala na gwałtowne ruchy. Tak więc podnoszę się powoli z ciemnego dywanu, przecieram oczy. Panuje półmrok, zasłonięte żaluzje blokują dostęp promieni słonecznych. Zauważam szczegóły które wcześniej mi umknęły: rozrzucone na stole liczne przedmioty, długopisy, jakiś śrubokręt, dziwne pisma (nie, nie pornograficzne) i parę innych raczej nie wartych mojej uwagi rzeczy. Podchodzę do okien i odsłaniam żaluzje, najpierw przy jednym a potem przy drugim. Na dworze też jakby o wiele więcej rzeczy niż wcześniej. Pora około popołudniowa, tak mi się wydaje. Teraz dopiero dostrzegłem że za drzewem i ulicą jest ciągnące się chyba w nieskończoność pole. Gdzieś na horyzoncie rysują się drzewa, nad nimi prawie niewidoczny dym. Co dziwne na ulicy nie panuje żaden ruch. To chyba jakaś wiocha, tak, na pewno. Słońce świeci na tyle mocno że asfalt błaga o litość. Droga jest bardzo zniszczona. Tylko to dziwne drzewo sprawia wrażenie szczęśliwego. Dobra, chyba za bardzo to analizuję. Chyba wypadałoby poszukać jakiejś drogi wyjścia, zorientować się co jest grane. Czuję się dziwnie wyluzowany, niezbyt przejmuję się tym że nie wiem praktycznie nic. Pamiętając moją wczorajszą walkę z drzwiami zastanawiam się co mogło by być wystarczająco dobrym argumentem żeby drzwi stały się posłuszne. W tym toku myśli nic nie przychodzi mi do głowy więc spoglądając na komputer postanawiam go włączyć. Idiota! Kabel był odłączony. Schylam się pod biurko i go podłączam. Zaraz potem wciskam przycisk który powinien wystartować system. I znów znajoma cisza, nie działa. Okej, dajmy spokój komputerowi. Wstaję i sprawdzam godzinę. Druga w południe. Dobra, czas ponownie pomyśleć nad sposobem na ewakuację. Dostrzegam w rogu gaśnicę. Ehh, mój zmęczony umysł i to poprzednio pominął. Podchodzę w róg pokoju, zabieram gaśnicę na której ktoś wypisał mazakiem „Tylko, no, weź oddaj, bo to pożyczona jest, nie, od siostrzeńca” i udaję się w kierunku drzwi. Trzask! I pokaźny wgniot widnieje zarówno na narzędziu do gaszenia pożarów (chociaż i tak nie zliczyłbym, ile zastosowań prawdopodobnie to kiedyś miało) jak i na drzwiach. Zaskakuje mnie trochę moja siła. Ale zaraz… Zamiast głuchego odzewu drewna usłyszałem brzdęk. Jeszcze jeden cios gaśnicą w niewinne drzwi. Teraz brzdęk był wyraźniejszy, a kawałek drewna odrąbał się i upadł na ziemię. I dopiero teraz można było dostrzec że drzwi to kawał litej stali wierzchnie okryty warstwą drewna nie grubszą niż pół milimetra. Ja pier**** czy wszystko musi działać przeciwko mnie? Miotam ze złości gaśnicą w kąt w którym leżała wcześniej. Kawałek ściany się odkrusza a gaśnica upada z głuchym brzdękiem. A ból głowy postanawia właśnie zaznaczyć swoją obecność. Osuwam się powoli po drzwiach na ziemię. Nigdy stąd, cholera nie wyjdę! Siedzę chwilę oparty o drzwi przygnębiony nawałem myśli i uczuciem wiercenia czaszki. Myślę. Pewnie prędzej zdechnę z głodu niż stąd wyjdę. Tak zdesperowany przyjmuję za odpowiednią chyba najbardziej paradoksalną idee jaką mogłem przyjąć. Postanawiam poprawić pościel. Czuję się tak bezradny, że wydaje mi się to całkiem sensownym posunięciem. Usiłując wstać łapię za klamkę powyżej głowy i co się dzieje? Klamka pod moim ciężarem porusza mechanizm i metalowe drzwi ze skrzypem uchylają się. No nie, nie wierzę. W ogóle jak to… Przecież w nocy jeszcze były zamknięte! Z resztą to teraz nieistotne. Chcę wreszcie wydostać się na zewnątrz, porozmawiać z kimś i dowiedzieć się czegokolwiek. Gdy wstałem i otworzyłem drzwi, uświadomiłem sobie co to jest szok.
Jak daleko sięgam wzrokiem rozciąga się pole, i to nie takie jak w smerfach. Prawdziwy krajobraz bitwy, pełno trupów, wszędzie poburzone budynki zgliszcza i ślady po działalności ognia. Smród rozkładających się zwłok był wprost uderzający. A najlepsze jest to, że przede mną stoją tylko prowizoryczne zbite z czegoś schody, nic więcej. Jeden pokój na wielkim polu, wokół wszystko poburzone. A ziemia? Czerwona. Nie wiem jakim cudem, lecz zyskała czerwonawy odcień. Tak samo jak niebo. Było całkiem przekrwione. Boże! Z niedowierzaniem podbiegam do okna. I o dziwo z tej strony wszystko wygląda w miarę normalnie – po prostu jakbym patrzył przez szary brzydki pryzmat codzienności. A od strony drzwi jakby Rosjanie zdecydowali się przeprowadzić jakąś eksterminację. Dobra, czas zbadać gdzie ja jestem. Ale na wszelki wypadek wezmę ze sobą portfel, może się przyda. Podchodzę do biurka, sięgam do szuflady po portfel. Nie zmienił miejsca pobytu. Chwytam go i chowam do kieszeni. Zaraz, przecież ja stoję w pidżamie! Dopiero teraz to do mnie dotarło. Otwieram szafę obok biurka. W środku pełno tylko trzech rodzajów rzeczy – ciemnych jeansów, czarnych t-shirt’ów i skórzanych kurtek. Każdego z razy dziesięć. W rogu leżała również bielizna i glany. Lepiej się przebiorę. Zamykam drzwi i w tempie ekspresowym zmieniam ciuchy. Gdy spoglądam do szafy aby wrzucić tam pidżamę zauważam ukrytego wcześniej za skórzaną kurtką M4. Karabin maszynowy. Sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Czy ja jestem mordercą? Lecz nie rozwodząc się nad tym długo zakładam broń na ramię, chwytam za portfel i już mam zamiar wyjść kiedy mi wpada do głowy że dobrze by było zabrać ze sobą dziennik, ten z idiotyzmami. Może ktoś go pozna, lub chociaż zrozumie, kto wie? Więc wracam się i zabieram dziwny zeszyt. Podchodzę do drzwi wolnym krokiem i czuję każde uderzenie serca jakby ktoś za mną stał i walił w moją głowę młotkiem. Otwieram drzwi. Widok znów ten sam. Przygnębiająca panorama. Dobra, weź się w garść. Czas zbadać okolicę. Wychodzę z trzaskiem zamykając drzwi, zupełnie nie spodziewając się tego, co miało nastąpić…


Przy schodzeniu ze schodów towarzyszy mi skrzyp starego drewna. Idąc wolnym krokiem przyglądałem się okolicy. Przede mną i na boki jak daleko wzrok sięga trupy, zgliszcza, poburzone budynki, kawałki rąk i innych części ciała, o których pochodzeniu wolałbym nie wiedzieć. W momencie kiedy mój but sięgnął ziemi odwróciłem się. I to był naprawdę niezły widok.
Dom z którego wyszedłem – właściwie nie wiem jakim cudem – stoi podparty jedynie na czterech kolumnach w opłakanym stanie. Kiedyś chyba były białe, lecz czasy swej świetności już dawno miały za sobą. Ozdobione były dość ciekawymi freskami, nie były gładkie i betonowe – na pierwszy rzut oka na myśl przyszedł mi marmur.
Lecz najciekawsze i tak kryło się za nimi – rzucająca się w oczy zwykła rzeczywistość. Żadnych trupów, nic. Tylko widziana przeze mnie wcześniej ulica, drzewo, pole. Wszystko jakby normalne. I linia która odgradza te jakby dwa światy biegnie dokładnie pod moim domem i dalej poza horyzont. Czerwonawa ziemia w jednym miejscu zmieniała się w zwyczajne podłoże. Po drugiej stronie zanikały rozpadliny i zgliszcza. Do tego część na której przebywałem sprawiała wrażenie znacznie ciemniejszej, mroczniejszej, jakby była tutaj inna pora dnia. To było niesamowite.
Chyba nie muszę mówić, który krajobraz wydał mi się odpowiedniejszy na miejsce pobytu. Biegnę w stronę zwyczajnej codzienności, która wydawała się tak piękna. Przebiegam pod domem, dobiegam to granicy i… bum. Ze znacznym impetem uderzyłem o granicę między pejzażami. Słychać przy tym głuchy brzdęk, jak gdyby ktoś kopnął słoik po ogórkach. Upadam na ziemię. Odruchowo łapie się za nos który zdaje się ucierpieć najbardziej. Leci z niego delikatna smużka krwi. Cudem zęby są całe. Co jest, w co ja uderzyłem?
Czuję swąd ziemi i trupów który stawia mnie na nogi z pozycji leżącej. Wstając postanawiam zbadać źródło swoistej porażki. Wyciągam rękę do przodu lecz nim rozprostowuję ją zupełnie uderzam ponownie w dziwną granicę. Efekt dźwiękowy ten sam co wcześniej. Przykładam drugą rękę i przesuwam ją po niewidzialnej ścianie. W dotyku jest zupełnie gładka – jakbym przesuwał rękę w powietrzu, z tą różnicą że powietrze naciskane nie daje oporu.
Czuję się coraz bardziej zdezorientowany, chociaż nie przypuszczałem że jest to jeszcze możliwe. Ręce bezwładnie opuszczam wzdłuż ciała, wzrok opada na ziemię. Chyba nie mam wyboru, muszę zawrócić. W tym momencie już chyba nic nie jest dla mnie dość dziwne, aby uznać to za nienormalne. Po prostu przeszedłem już tyle, że raczej nie ma rzeczy której bym nie mógł zaakceptować i uznać za całkiem prawdopodobną.
Obróciłem się. Nadzieje na to że w tym momencie obudzę się w jakimś cieplutkim domku w Kalifornii, żona przyniesie mi śniadanie do łóżka a wszystko okaże się złym snem niestety się nie sprawdziły. Widok uderzający – nadal ten sam- trupy, rozwalone budynki, przekrwiona ziemia zasiana rozpadlinami i to niebo… A do tego ten smród zwłok…

Krok do przodu. Za chwilę kolejny. Solidne skórzane obuwie prowadzi mnie do nikąd. Nie chcę już nawet myśleć o tym wszystkim dookoła, głowa pęka od pytań i efektów niesprawnej dedukcji. Każde przemyślenie obecnej sytuacji rodzi jeszcze więcej pytań które miażdżą mnie niczym nawał kul wypuszczanych z karabinu maszynowego. Nie myśleć, wyłączyć umysł, zaakceptować wszystko takim jakim jest. Równie proste w teorii co trudne w praktyce.
Leniwie poruszam się do przodu krok za krokiem. Już przez podeszwę czuć twardą ziemię. Rozglądam się dookoła nie przerywając marszu, jak dziecko w całkiem nowym, nieznanym mu świecie. Lecz wodzenie wzrokiem po horyzoncie nie przynosi właściwie efektów, mój mózg ledwo jest w stanie identyfikować otaczające mnie przedmioty. Mijam schody wracając drogą którą przyszedłem. Idę jeszcze kawałek naprzód i zatrzymuję się. Obracam głowę spoglądając za siebie. Może powinienem zostać? Może opuszczając swoisty azyl jedynie się pogrążam?... Nie, dajmy sobie spokój z myśleniem. Chwytam mojego kompana w postaci karabinu i bardziej zdecydowanym krokiem prę naprzód.
Nie odchodząc bardzo daleko od domu znalazłem się między uliczkami zniszczonego miasta. Zimne ściany spoglądają złowieszczo, całymi sobą krzyczeć „Odejdź, uciekaj, ratuj się” . Zawiał zimny wiatr który wywołał dreszcz na plecach. Wzdrygnąłem się i zatrzymałem. Powietrze jakby się zagęściło. Intuicyjnie podrywam karabin do biodra. Słyszę jakiś szmer w budynku obok co kieruje całą moją uwagę na obiekt. Tętno przyspiesza, czuję jak z każdym uderzeniem serca rośnie napięcie a adrenalina wyostrza zmysły. Powoli podchodzę do okna konstrukcji która wydaje się na mnie za chwilę zawalić. Z każdym krokiem pierwotne instynkty przejmują nade mną coraz większą kontrolę. Zaczynam szybciej oddychać nieustannie się zbliżając. Staję przy oknie i delikatnie wychylam się patrząc co się dzieje wewnątrz. Na widok który ukazał się moim oczom zareagowałem jedynie otwarciem ust i wgapianiem się jak idiota.
To czego się nie dało przegapić to człowiek. Chociaż to określenie to zbyt wiele, bo wyglądał raczej jak worek flaków. A najgorsze jest to, że to nie było obiektem mojej uwagi. Nad nim schylała się dziwna istota pomlaskując raz po raz. Chwila… Czy to co ona trzyma w gębie to jelita?! Stoję jak wryty wpatrując się w bestię. Nie wiem ile miało kończyn, lecz były one rozmieszczone całkiem nieregularnie. Tułów był podłużny niczym u jakiejś larwy a pysk przypominał mi hienę. Stworzenie było bardzo wychudzona, przez bladą skórę wyraźnie było widać kości i kręgi. Wszystkie te myśli zajęły jakieś dwie sekundy, po czym ocknąłem się z pierwszego szoku i poderwałem odruchowo broń wyżej, na muszce trzymając stwora. Na moje nieszczęście gwałtowne podniesienie broni zwróciło jego uwagę. Szybkim ruchem obrócił głowę (lub coś w jej deseń) i spojrzał mi prosto w oczy. To było jakby ktoś wbijał mi szpilki w już tak poraniony mózg. Wzrok tak przerażający, wzbudził we mnie lęk. Chęć ucieczki. Czuję jak coś mnie obezwładnia psychicznie.. Istota otwiera powoli paszczę demonstrując imponujące uzębienie, chociaż właściwie sam nie wiem, co tam dokładnie było. Za chwile słychać okropny i przerażający krzyk. Krzyk złości. Dopiero po chwili orientuję się że to ja. Za chwilę palec odruchowo pociąga spust i potwór pada pod gradem kul. Odrzut znacząco szamocze ramieniem a dudniące odgłosy wystrzału brutalnie kończą błogą ciszę raz po raz przerywane moim krzykiem. Stoję tak zupełnie się nie kontrolując i strzelając bezustannie. Przerywa to dopiero głuchy klark oznaczający pusty magazynek. Karabin wypada z rąk. Upadam na kolana całkiem wyczerpany. Za chwilę wszystko robi się rozmazane. Nadmiar emocji niszczy doszczętnie moją psychikę i układ nerwowy. Tracę przytomność. Walka z samym sobą okazała się tak wyczerpująca że nie pozwoliła przekroczyć dystansu stu metrów. Upadam na twarz. Ból nie jest już odczuwalny tak jak zawsze, mózg ledwie funkcjonuje. Delikatne ciepło bijące od ziemi to ostatnie co pamiętam…

- Jak myślisz, żyje jeszcze?
- Nie wiem. Lepiej by było gdyby był trupem. Mniej gęb do wykarmienia, a poza tym szczurze mięso już mi się przeżarło.
- Czekaj, chyba się budzi.
Dialog słyszałem jak przez mgłę. Nawet nie myślałem o jego sensie. Ból głowy jak zwykle towarzyszył mi w znaczącym stopniu. Do tego znajomy smród zwłok i gnijącej ziemi. Zaczynam się przebudzać. Słyszę szum jakby niedawno przy mnie wybuchł granat. Powoli podnoszę rękę i flegmatycznie przecieram oczy. Leżąc na plecach zauważyłem jedynie dach z jakiegoś niekolorowego materiału. Gdy pochylam głowę poprzez przymrużone oczy dostrzegam dwóch mężczyzn. Spoglądają na mnie z góry jak na coś dziwnego, przyglądają się. Ja leżę na ziemi. Oglądam otoczenie. Jestem w jakimś namiocie, chyba wojskowym, zważając na rozmiary. W tle widać jakiś stół na którym leży lampa naftowa. Wszędzie znana mi już wcześniej delikatna mgła. Prócz tego dość pusto. Czuję się coraz bardziej przytomny. Plecy bolą jakbym ostatnie stulecie leżał na łóżku usłanym kolcami. Podnoszę się z pozycji leżącej i siadam powoli. Towarzysze cały czas milczą i patrzą. Podnoszę na nich wzrok, i ukazują się szczegóły. Facet po prawej wyglądał jakby urwał się z horroru o psychopatycznym rzeźniku. Był dość gruby, rysy twarzy miał bardzo niesympatyczne. Patrzył na mnie jak myśliwy na swoją zdobycz. Fryzurę kryła prezentująca się dziwnie kucharska czapka. Za jego pasem przypięty był tasak, ubrany był w biały fartuch, gdzieniegdzie poplamiony krwią. Skórę miał strasznie popękaną i suchą jakby nigdy nie widział wody. Nie wzbudzał sympatii.
Ten z mojej lewej wyglądał całkiem inaczej. Na jego widok przypomniał mi się mój wujek Rascolov. Typowy Rosjanin. Rysy niemniej ostre niż u towarzysza, twarz była bardzo koścista. Człowiek dość solidnej budowy ciała, z krótkimi ciemnymi włosami. Stał patrząc na mnie i trzymając w ustach papierosa. W rękach za to miał kałasza. Ubrany był w skórę, strasznie zużytą, lecz podejrzewam, że dla właściciela stanowiła niemalże relikt. Gdzieniegdzie dziury po kulach i dziwna naszywka na ramieniu. Na głowie czapka którą znam z filmów o marines’ach. Wystarczyło jedno jego spojrzenie i wiadomo było że nie jest mu obce piekło wojny. Pod kurtką widoczna była kewlarowa kamizelka, za pasem skórzanym spodni można było dostrzec nóż. Pod jego glanami ziemia wydaje się odstępować. Lecz wewnętrznie sprawiał wrażenie bardzo zrównoważonego człowieka który widział już niejedno.
Stoimy tak wgapiając się w siebie. Ja jestem kompletnie otumaniony i zdezorientowany. A oni patrzą na mnie cały czas spokojnie. Tylko ten rzeźnik jakby był jakiś nadpobudliwy. Jakby miał na coś szczerą nadzieję. W końcu odzyskuję świadomość na tyle, że wychodzę z inicjatywą:
- Kim wy jesteście?...
Lecz odpowiedzi brak. Na twarzy grubasa pojawił się dziki uśmiech. Wyjął powoli tasak i zamachnął się. Odruchowo zasłaniam się rękami, czekam na cios i ból. Ale nic się nie dzieje. Rozkładam ręce a facet po prawej stoi jedynie zamachnięty. Spogląda z zawodem na Rosjanina, który gestem ręki powstrzymał go przed rozlewem krwi. Zawiedziony opuścił tasak lecz pozostawał w pełnej gotowości.
Szczuplejszy mężczyzna spokojnie rzucił papierosa i go przydepnął. Za chwile rzekł:
- Nie jesteś stąd, prawda? – słychać było jego mocno rosyjski akcent.
Pytanie wprowadziło mnie w zakłopotanie. Zdaję sobie sprawę że jeśli powiem coś nie tak, skończę jako obiad.
- Nie, nie jestem… - odpowiadam po krótkim namyśle.
Rozmówca spojrzał na swojego kompana i za chwilę znów wbił we mnie wzrok.
- Należysz do Karadishinów?
- Nie mam pojęcia o czym mówisz…
Na jego twarz coraz bardziej wdawało się zaciekawienie.
- Wiesz że powinieneś być martwy?
Spojrzałem na niego wzrokiem małego dziecka, od którego wymaga się zbyt wiele, które dowiedziało się czegoś bardzo ważnego. Siedziałem osłupiały.
- Więc jak się tu dostałeś?
Odpowiedzi nie byłem pewien. Mówić mu o amnezji, w co nie uwierzyłby nawet 5-cio latek? Wtedy najpewniej dostanę kulkę w łeb. Albo tasak.
- Przyszedłem z bardzo daleka. – odrzekłem najpewniej jak potrafiłem.
Rosjanin spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- A konkretniej skąd przybywasz, i co cię sprowadza?
- Jestem wędrownym łowcą, nie mam stałego miejsca zamieszkania… Szukałem tutaj pożywienia i czegoś do upolowania…
Na to obaj towarzysze zareagowali śmiechem.
- Szukasz szczęścia na skażonej ziemi? – szyderczo spytał mężczyzna z kałaszem.
- Nie wiedziałem co tutaj jest… Wędrowałem przed siebie… Bez konkretnego celu podróży…
Obaj patrzyli to na mnie to na siebie.
- Dobrze by smakował w potrawce. – grubas już szykował tasak.
Lecz mniej porywczy z dwójki odpowiedział:
- Nie. Mówi że jest łowcą. Damy mu karabin i wrócimy do obozu. Okaże się jaki z niego dobry strzelec. Może okazać się pomocny.
- A potem go zgrillujemy… - zaciera ręce grubas.
Ale drugi z nich tylko spojrzał zniesmaczony gasząc jego entuzjazm. Dodał jeszcze:
- Wyruszymy wcześniej. Reszta będzie zależała od tego jak się spisze. I schowaj ten tasak, weź karabin.
- Nie podoba mi się to… – powiedział do siebie po czym wyszedł na zewnątrz.
- Żyjesz tylko dlatego, że coś mnie w tobie intryguje. Z resztą każdy karabin się przyda. Przygotuj się, zaraz wyruszamy. Broń leży tuż za tobą. I żadnych pytań. – zwrócił się do mnie Rosjanin.
Nie zdążyłem nic powiedzieć a ten już odszedł. Teraz już kompletnie nic z tego wszystkiego nie rozumiem, ale wyłączenie myślenia idzie mi coraz lepiej. Walczę z moją naturą filozofa. Pytania odkładam na później. Założeniem na teraz jest przeżyć. Bujda którą mu wcisnąłem była tylko efektem improwizacji, nie mistrzowskim przekrętem i nie sądzę aby mi uwierzył. Wszystko zależy ode mnie i mojego karabinu. Muszę się spisać. Pozostając bez wyboru chwyciłem za M4 i poszedłem w stronę nowopoznanych…

Stawiam wolne kroki w kierunku wyjścia. Namiot jest dziwnie pusty, jakby czegoś brakowało. Lecz nie rozglądając się długo wychodzę. Krok na zewnątrz i czuję dreszcz na całej długości pleców. Znów poburzone budynki, zgliszcza, smród, zwłoki, jednym słowem piekło. Przez głowę przebiega myśl, że może lepiej by było gdybym był martwy. Od razu na lewo przy wejściu do namiotu stoi malutka ława, przy niej krzesełko. Na stoliku jakaś niedopita brudna kawa. Nie przyglądając się dłużej kieruję wzrok na prawo i widzę Rosjanina - jak zwykle opanowanego – który rozmawia z zapoznanym wcześniej rzeźnikiem. Ten drugi gestykuluje, sprawia wrażenie zdenerwowanego, podczas gdy jego rozmówca stoi zupełnie niewzruszony i pali papierosa. Czy on nigdy nie przestaje palić?
Stoję i patrzę na nich przez jakiś czas aż w końcu ten mniej chaotyczny spogląda mi prosto w oczy. Jego wzrok mnie przeszył do głębi – wyrażał więcej niż dwustronicowy poemat. Coś mi podpowiadało że pod maską opanowanego, wiecznie rozsądnego dobrego strzelca kryje się ktoś skrzywdzony, bezradny. Słaby i wyniszczony. Ktoś kto nie szanuje już własnego życia, ponieważ stracił wszystko, co było mu drogie.
Podchodzi w moją stronę na odległość z której bez problemu dało się go usłyszeć i mówi:
- Chodź. Czas nagli. Wyruszymy przed zmianą, żeby Cię nie widzieli.
Przyzwyczajony już do nie zadawania pytań jedynie za nim ruszyłem w milczeniu. Ten wziął swój karabin z pleców na ręce i skinął głową na rzeźnika aby ten podążał za nami. Grubas wyciągnął spod fartucha Kałasznikowa i niczym mała armia ruszyliśmy w nieznanym mi kierunku.
Idziemy już jakiś czas, lecz nic się nie zmienia. Cały czas milczenie i ruch naprzód. Krajobraz inny lecz cały czas ten sam. Wiatr złowieszczo świszcze, i to jedyne co słychać. Co jakiś czas pomruki dziwnie wyglądającego na tym tle towarzysza, który chciał mnie za wszelką cenę skrócić o głowę. Oglądam się przez ramie – namiot już ledwo leży w zasięgu mojego wzroku. Ściskam moje M4 jak ostatnią deskę ratunku. A może tak by ich rozstrzelać?... Najpierw Rosjanina, bo jest wyraźnie bardziej doświadczony. Z rzeźnikiem nie powinno być większych problemów. I co dalej? Pójdę w nieokreślonym kierunku? Na razie zdam się na nich. Gdyby chcieli mnie zabić, zrobiliby to dużo wcześniej. Może o coś spytam? Właściwie to co mi szkodzi. Pochopnie odzywam się:
- Dokąd idziemy?
Bardziej opanowany z dwójki odwraca się i spogląda z pogardą:
- Ty nie jesteś tutaj od pytań. Zamknij się i maszeruj.
Postanowiłem go posłuchać. Bo nic innego mi nie pozostaje. Modlę się do Boga, żebym tylko nie miał okazji użyć mojej broni. Żeby to się jakoś skończyło… Sam nie wiem co myślę. Mam totalny mętlik i bajzel w głowie. Wypełniam ich rozkazy jak machina, chociaż być może idę jak owieczka na rzeź. Hej, a może warto by nad tym pomyśleć? Pomyśl nad tym co robisz! Nie możesz wszystkiego brać jakie jest, bez przemyślenia. Dokąd ty idziesz? Wiesz w ogóle czy postępujesz słusznie? Człowieku zastanów się! Tylko po co? Zadręczanie siebie nie daje rezultatów a już na pewno nie w tej sytuacji. Jedynie wyniszczam sam siebie tymi myślami. Burzę od wewnątrz. A odpowiedzi rodzą tylko kolejne pytania, przygniatające gorzej niż cokolwiek materialnego. Tak rozdarty idę przed siebie, nie bardzo wiedząc co robię.
Wydaje się że idę przed siebie już miesiąc. Mijam następne zniszczone budynki, metry wypalonej ziemi. Buty wydają jednolity dźwięk który powoli doprowadza mnie do szału. Przede mną maszeruje Rosjanin niewzruszony niczym. Co jakiś czas zza jego głowy wylatuje chmura dymu z papierosów. Do tyłu nawet się nie odwracam, bo patrzenie na twarz tego psychopaty nie należy do przyjemności. Już nawet nie czuję zapachu gnijących zwłok, przyzwyczaiłem się. Widok jelit rozciągniętych przez dwadzieścia metrów nie wzbudza już odruchu wymiotnego, bo zbyt wiele tego widziałem. Krok, krok, i kolejny… Wchodzimy w kolejną zniszczoną, wąską alejkę… Monotonia… Czy to ma w ogóle jakiś sens… A może lepiej po prostu przyłożyć karabin do skroni i…
- Stój! – mężczyzna przede mną delikatnie przykuca i podnosi prawą rękę ku górze, aby zasygnalizować że mamy się zatrzymać. Odruchowo my dwaj postępujemy w ślad za nim i także zmieniamy pozycję. Zdaje się że czuję wszystkie moje żyły, w ciągu sekundy wszystkie zmysły znacznie się wyostrzyły. Adrenalina rozsadza głowę. Lecz dowodzący naszego „oddziału” jedynie trwa w pół przysiadzie i rozgląda się bacznie kałaszem śledząc wzrok, i wodząc nim po budynkach. Rozglądam się. Pod stopami mam drogę jakby z kamieni – przynajmniej kiedyś nią była. Po obu stronach chodniki i wysokie, wąskie, zniszczone budynki. Przede mną droga do przodu i zakończenie alejki. Rozglądam się po budynkach z bronią w ręku. Czuję jakby moje żyły miały za chwile eksplodować. Jedno okno, drugie okno, trzecie… W środku same zgliszcza. Żadnego ruchu, zagrożenia, niczego. Powoli napięcie zaczyna opadać, gdy śledzę wzrokiem kolejne fragmenty ściany. Kiedy pochopnie skończyłem przeglądać budynek po lewej stronie, obracam się w odwrotnym kierunku. Przeraźliwy, donośny krzyk i nim dostrzegłem budynek coś się na mnie rzuca. Odruch, pociągnięcie za spust, działają instynkty. Czas zdaje się zwolnić. Istota jeszcze w powietrzu dziurawiona jest przez grad moich kul. Leci w moim kierunku w nienaturalnie długim skoku. Pysk trzyma otwarty, wyraźnie z celem zabicia. Pazurzaste łapy wysunięte do przodu. Ląduje na mnie nadziewając się na bagnet i przygniatając mnie. Puszczam spust. Cichy jęk potwora i cisza. Odczuwam jego znaczny ciężar i zimną krew. Czarny płyn wylewa się ze stwora prosto na mój brzuch. Natychmiast podbiegają towarzysze i ściągają ze mnie monstrum. Leżę tak przez chwilę w delikatnym szoku, a oni spoglądają na mnie z góry.
- Niezły refleks, jak na pierwszy raz. – rzekł Rosjanin i podał mi rękę. Teraz nie miałem żadnych wątpliwości że mnie przejrzał, a przynajmniej nie uwierzył w moją wersję. Chwytam go za dłoń i wstaję przy jego pomocy. Otrzepuję się, i dostrzegam plamę na ubiorze. Ohydny smród – nic nowego. Bez słowa znów ruszamy w dalszą podróż, jakby nic się nie stało…

Nie wiem jak oni to wytrzymują, ale mi nie idzie to tak dobrze. Wielogodzinny marsz przez stepy przeplatane zniszczonymi miastami i krótkie przerwy na sen, to mnie wykańcza. Coraz bardziej zaczynają mnie gnębić pytania o to, czy powinienem się słuchać Rosyjskiego kompana. Mimo iż mnie oszczędził, co na pozór wydaje się nawet gestem przyjaźni – może zrobił to tylko dlatego abym zapewnił mu ochronę, a potem, o zgrozo, pożywienie?
Lecz myśli zawsze trafiają jak pięść w betonowy mur, gdzie murem jest realizacja. Tak naprawdę niezależnie od tego co uważam mam bardzo nikłą możliwość wyboru. Mogę robić to, co oni by chcieli abym robił, albo spróbować uciec niewiadomo dokąd, jeszcze dalej od cywilizacji, której wydawało się tu w ogóle nie być, a na dodatek prawie na pewno zginąć.
Obie opcje nie przedstawiały się zbyt kolorowo, ale pierwsza jednak bardziej mi odpowiadała. I tym sposobem w bezwładności krok za krokiem podążałem za moimi ciemiężcami…
Właśnie byliśmy w jednym ze zrujnowanych miast, a właściwie na jego skraju. Wyszedłem za Rosjaninem zza budynku i ujrzałem coś, czego nie zapomnę do końca życia.
Za miastem było ogromne pole, które jeszcze zmniejszyło moją chęć na podróż. Ale uwagę przykuwało to, co ujawniał horyzont. Dziwna bariera, którą widziałem już wcześniej, która wydawała się nie mieć końca. Rozciągała się kilkanaście kilometrów od nas, ale była dziwnie doskonale widoczna.
Na szerokość i wysokość ciągnęła się poza widnokrąg. Wyglądała bardzo dziwnie. Niby przeźroczysta, ale doskonale ją widziałem. To co za sobą skrywała, wyglądało jak piękno w najczystszej postaci, jakby ktoś postawił barierę między piekłem a niebem, a mnie umieścił niestety po tej gorszej stronie. Jednak nie widziałem za barierą zupełnie niczego. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Była jednocześnie przeźroczysta i nieprzeźroczysta, tak, że nie widziałem za nią nic, lecz podświadomie wiedziałem co znajduje się po drugiej stronie.
Otwieram szeroko usta w wyrazie zachwytu i zaskoczenia. Mimowolnie wypowiadam słowa:
- Co do…
- Angoria… - rzekł Rzeźnik szeroko się uśmiechając.
- O tym porozmawiamy innym razem. Zamknijcie się i maszerujcie. – odpowiedział nam Rosjanin, paląc papierosa.
Za chwile otrząsnąłem się z delikatnego szoku i odwróciłem głowę w przeciwną stronę. Powypalane ziemie, stepy, ruiny, upadła cywilizacja, widok żałosny i napełniający strachem. Chociaż wiedziałem że będę jak mucha uderzająca bezradnie w szybę, pragnąłem jedynie iść w stronę bariery. Byłem jak narkoman, któremu pokazano strzykawkę heroiny tylko po to, aby móc ja potem zabrać i parsknąć śmiechem w twarz.
Mimowolnie łza zakręciła się w moim oku i wzrok wbiłem w ziemię. Lecz idę do przodu, to jest teraz moja filozofia…
Gdy już oddaliliśmy się od miejsca, gdzie przeżyłem chwilową psychiczną ekstazę, dotarliśmy do kolejnego zniszczonego miasta. Były one zazwyczaj bardzo małe, na krańcach tylko fundamenty, zostały tylko zniszczone centra. Idąc kolejną kamienną aleją w betonowej dżungli wypadł mi portfel. Ten skórzany portfel z grawerem oraz z dziesięcioma tysiącami, co o dziwo nie okazało się zbyt ważne. O wiele ważniejszą rolę odegrał napis na nim grawerowany.
Przedmiot który mi upadł nie narobił dużo hałasu, ale moi kompani pośród przenikliwej ciszy i wycia wiatru usłyszeli to niczym młot pneumatyczny.
Rosjanin odwrócił się i szeroko otworzył usta tak, że papieros wypadł mu na ziemię. Broń delikatnie opadła na dół w wyrazie niesamowitego zaskoczenia, czego zupełnie bym się nie spodziewał jako reakcji człowieka zupełnie stonowanego na zwykły portfel.
Rzeźnik zatoczył się i niemal upuścił tasak. Co jest, o co im chodzi?
- Skąd to masz?! – krzyczy bardziej trzeźwy towarzysz.
- Zginiemy, mówię Ci, zginiemy! – panikuje drugi z nich.
- Ja… ja go znalazłem…
- Gdzie, gdzie go znalazłeś?! – przywódca kieruje na mnie wzrok tak, że nie jestem w stanie kłamać.
- Nie wiem, w domu… w domu na filarach… marmurowe filary, tak… i dziwne schody…
Na twarzach moich towarzyszy rysuje się przerażenie. Moje słowa wprawiły ich w głęboki szok.
- O co wam chodzi, co jest z nim nie tak? – pytam zdziwiony.
Odpowiedzi brak. Schylam się i podnoszę portfel.
- To tylko portfel, zwykły, skórzany portfel!
- Nie masz pojęcia co to! – wykrzyknął w panice rzeźnik.
- Owszem, to jest zwykły portfel. Ale właściciel jest zupełnie niezwykły. To jest portfel Azreal’a. – rzekł Rosjanin który nieco się opanował.
- A kto to? – pytam zupełnie nieświadom.
Chwila ciszy. Kompani trwają w głębokim zastanowieniu i przerażeniu.
- Jesteś głupszy niż myślałem. Oddaj mi ten portfel.
Lecz wcale nie chcę mu go oddawać. Wysportowany mężczyzna o surowych rysach twarzy wyciąga do mnie rękę i oczekuje aż podam mu skórzany przedmiot. Może i nie posiadam wiedzy, ale czuję że to coś ważnego. Nie mogę go oddać. To coś więcej niż dziesięć tysięcy w gotówce.
- Nie mogę. – odpowiadam po chwili namysłu.
Adresat tych słów głęboko się zdziwił, chociaż tego nie okazał po sobie. Nie przypuszczał że mogę być nieposłuszny.
- Dobrze więc. Miło było cię poznać. Lecz nam się spieszy na obiad.
Po tych słowach Rosjanin szybkim i sprawnym ruchem sięga po broń. Lecz ja, chyba zupełnie nieświadomie, robię to samo i to niewiarygodnie zręcznie.
Kula z mojego karabinu wylatuje jeszcze zanim przeciwnik wystrzelił. A ślepy traf chciał, aby trafiła dokładnie w lufę jego broni. Rozległ się brzdęk metalu i karabin wygina się pod siłą pocisku. Zaraz potem Kałasznikow upada na ziemię.
Nie nadążam oddać kolejnego strzału a już zwalniam spust i schylam się. Także odruchem. Nad głową świstem przecina powietrze tasak. Rzeźnik był tak zdesperowany że rzucił karabin i zaatakował mnie kuchennym narzędziem.
Rzucam się przed siebie, koziołkuję po czym obracam w stronę przeciwnika. Palec znów mimowolnie ciągnie za spust sprawiając że fartuch grubasa czerwienieje od jego własnej krwi.
Przeciwnik osuwa się na ziemię, a ja wstaję i rozglądam się. Znów jestem osłupiały i zupełnie nie rozumiem jaka siła mną pokierowała, jakim cudem zdołałem to zrobić. Obaj napastnicy leżą. Rzeźnik obficie krwawi, jeszcze bardziej zmieniając odcień podłoża. Rosjanin nie ma wokół kałuży krwi, ale także leży jak martwy.
Nie zastanawiając się długo wbiegam za róg zniszczonego budynku, a potem do środka. Znowu jestem osłupiały. Spałem tylko po 3 godziny przez ostatni czas. Chowam się między betonowe zgliszcza i kucam ściskając portfel. Czuję na ramieniu ciężar odruchowo zarzuconego karabinu. Serce mocno bije w piersi. Wpatruję się w skórzany przedmiot przez dłuższy czas, nie wiedząc nawet jak długo, zatracając się... Pogrążam się w myślach, jakie znaczenie może mieć ten zwykły schowek na pieniądze? Czuję jak krew powoli zwalniam, kończy się przypływ adrenaliny... Zupełnie tracę rachubę czasu... Ciężar powiek wzrasta, a ja sam zasypiam w tym dziwnym, obcym miejscu…

Odzyskując świadomość czuję znajomy zapach. Duszący wręcz kurz, pochodzący z nie odkurzanego przez zbyt długi czas dywanu. Otwieram powoli oczy. Leżę na brzuchu głową obróconą w bok. W pokoju panuje półmrok, lecz mimo to poznaję pomieszczenie. Widok który znam trochę mnie uspokoił. Widzę łóżko, biurko, wszytko to co widziałem tak niedawno, lecz tak długi czas temu.
Głowa strasznie mnie boli, do czego już prawie się przyzwyczaiłem. Podpieram się rękoma o dywan i próbuję wstać… Wtedy uświadamiam sobie że nie jestem w stanie tego zrobić. Nagle czuję uderzający chłód i dreszcz na plecach, jakby bijąca aura. Uczucie podobne do polewania kwasem gołej skóry, paraliżujące strachem.
Moją głowę przeszywa coś jakby piorun. Dopiero teraz uświadamiam sobie że ktoś przydeptuje mnie do podłogi. Czuje się jakby górną część mojego ciała gniotła prasa hydrauliczna.
- Wracaj… wracaj skąd przybyłeśśś… - tajemniczy głos prawie wyszeptał to zdanie tonem, który przywodził na myśl senne koszmary.
Chciałem coś powiedzieć, lecz nie byłem w stanie. Wszystko co wytwarzała ta istota, paraliżowało mnie.
- Zginiesssz… Już niedługo… Twój czasss się kończy… - słyszę jak głos stopniowo się ulatnia… Nagle wybucha głośny, okrutny krzyk. Wrzask, jakiego jeszcze nie znałem. Rozwarły mi się oczy i usta, tęczówki rozszerzyły i…
Obudziłem się w miejscu gdzie straciłem przytomność. Poderwałem się na równe nogi dziwnym odruchem chwytając za karabin i mierząc przed siebie. Serce wali w piersi, adrenalina rozsadza mnie od środka. Za chwilę orientuję się że jestem tu sam. W jednym ze starych, zniszczonych budynków. Powoli się uspokajam… To był tylko sen, tylko sen… Nie. To nie był sen. Wszystko wydawało się tak realne, obecne… To było bardzo dziwne uczucie. Jakby ktoś odkrył przestrzeń między snem a jawą i weń mnie wtrącił. Czułem się jeszcze bardziej skołowany niż dotąd. Siadam łkając i łapiąc się ręką za głowę. Łzy mimowolnie spływają po policzkach, jakoby tęsknota za czymkolwiek, co dałoby mi chociaż namiastkę szczęścia…
Lecz po tym czuję się lepiej. Jakby czystszy… Odnowiony. Przecieram twarz i myślę. Co teraz mogę zrobić? I wtedy przypominam sobie o skórzanym portfelu przez który straciłem kompanów. Ten dom. To tam go znalazłem. Tam się obudziłem. Wydaje się on być wręcz epicentrum moich problemów. Wstaję, nabieram powietrza w płuca i wybieram się w powrotną podróż, w poszukiwaniu własnego przeznaczenia…
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
Ostatnio zmieniony przez Peace 2010-10-27, 18:36, w całości zmieniany 40 razy  
 
 
     
UNEM 
MENU



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 22
Dołączył: 19 Lut 2010
Posty: 44
Skąd: Żywiec
Wysłany: 2010-03-13, 07:36   

Nie wiem jaki innym, mi się podobało. Trochę to dziwne i pokręcone, a nawet śmieszne ale mi się takie podobają :wink:
Ostatnio zmieniony przez UNEM 2010-03-13, 07:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Gauri 
WHY HELLO THERE



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: ZE: 2.65.2
Wersja gry S3: FE
Platforma S3: PC
Wiek: 23
Dołączył: 22 Kwi 2008
Posty: 252
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2010-03-13, 11:18   

Hmm.
Trochę nienaturalne wydaje mi się zachowanie bohatera. Po pierwsze - budzi się gdzieś i chce uciekać, rozumiem. Bo nie wie, gdzie jest. Ale skoro tak bardzo chce uciec, to czemu powstrzymują go drzwi? Przecież jest okno, można rozbić szybę, może po prostu utworzyć i wtedy uciec, bo chyba w bloku nie jest, skoro w nocy widzi ulicę i drzewo. Wnioskuję po tym, że jest gdzieś na prowincji, bo w środku miasta drzew za bardzo nie ma.
A w dodatku, zaraz po tym, jak okazuje się, że jest zamknięty, bohater... idzie spać. No kurczę. Facet z amnezją (najwyraźniej), w blisko-obcym miejscu, idzie spać po tym, jak się dowiedział, że jest uwięziony. Oj, nie wiem, nie wiem. Na jego miejscu bym nie zasnął.

Ogólnie jak na początek to całkiem fajne ^^ Tylko postaraj się wczuć w rolę bohatera, idzie wtedy o wiele lepiej. Weny życzę i powodzenia, pisz jak najwięcej :P Dawaj drugą część :wink:
_____________________________________________________________________
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-03-13, 14:02   

Fakt faktem że historia z kimnięciem jest wyssana z palca.
To się postaram zaraz poprawić.
A i on jest na piętrze tylko zapomniałem napisać : F
Tak już jest jak mi się zachciewa pisać po północy :roll:

Ale poprawi sie.

Edit: Okej, napisałem tak że brzmi bardziej... prawdopodobnie.
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
Ostatnio zmieniony przez Peace 2010-03-13, 14:51, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
     
Tocza xD 


Wersja gry S1: S+: 1.8.81
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 05 Lut 2010
Posty: 0
Skąd: Ruda Śląska
Wysłany: 2010-03-13, 15:06   

Dobre! Brzmi jak koszmar, nie wiesz gdzie jesteś, KIM jesteś, zero pomysłów na dalsze działanie w tym obcym miejscu. Wydaje mi się,że bohater mógłby "poszperać" w podświadomości ( wyłączyć się i czekać, aż zrobi coś odruchowo). Pisz dalej!
A, jeszcze jedno. Czemu nie wołał ?Może ktoś by go usłyszał?
_____________________________________________________________________
"W zgodzie z naturą czyli nie otwieraj grobów idioto"
_____
Wybaczcie klasyczne słownictwo. :)
 
     
Gauri 
WHY HELLO THERE



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: ZE: 2.65.2
Wersja gry S3: FE
Platforma S3: PC
Wiek: 23
Dołączył: 22 Kwi 2008
Posty: 252
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2010-03-13, 15:15   

O, już o wiele bardziej realistycznie, idzie się wczuć. Naprawdę dobre. Oby tak dalej! Pisz szybko, bo już na drugą część czekam :)
_____________________________________________________________________
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2010-03-28, 19:18   

Pomijając dostateczną ilość błędów i trochę nieprzyjemne rozłożenie (a właściwie brak rozłożenia) tekstu, to ciekawe.
Brzmi jak początek nieco psychodelicznej przygodówki (jak ktoś grał w Overclocked, to wie, o czym mówię).
Jakby udało ci się wymyślić więcej (tak kilkaset stron maszynopisu xD ) i utrzymać klimat, to możesz śmiało walić do jakiegoś wydawnictwa z gotową fabułą gry i fundusze na studia masz zapewnione ;)
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-03-29, 15:03   

[quote="Kalia"]Pomijając dostateczną ilość błędów i trochę nieprzyjemne rozłożenie (a właściwie brak rozłożenia) tekstu[/quote]
Dostateczną ilość błędów, gdzie?
I co Ci w rozłożeniu nie pasuje? : p
[quote="Kalia"]Brzmi jak początek nieco psychodelicznej przygodówki (jak ktoś grał w Overclocked, to wie, o czym mówię).[/quote]
No mniej więcej tak miało brzmieć, chociaż nie wiem co mi do głowy podczas pisania wpadnie : )
[quote]Jakby udało ci się wymyślić więcej (tak kilkaset stron maszynopisu xD ) i utrzymać klimat, to możesz śmiało walić do jakiegoś wydawnictwa z gotową fabułą gry i fundusze na studia masz zapewnione ;) [/quote]
:lol:
Póki co pisze dla przyjemności własnej, to fajna odskocznie od rzeczywistości i sposób na relaks, więc nie bardzo mi zależy : )

Coś tam dopisałem przez godzinkę, "pod ręką" Guns N'Roses : ]
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
Ostatnio zmieniony przez Peace 2010-03-29, 17:45, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2010-03-29, 21:20   

[quote="Peace"]Dostateczną ilość błędów, gdzie?[/quote]
Wszyndzie :P Literówki - braki ogonków, pozjadane literki.
[quote="Peace"]Owy napis[/quote]
Chyba lepiej brzmiałoby 'ów'.
Nic poważniejszego nie wykryłam, ale przy tym poziomie tekstu takie głupotki kłują w oczy ^^

[quote="Peace"]I co Ci w rozłożeniu nie pasuje?[/quote]
No właśnie jego brak. Czytanie wielkich bloków jednostajnego tekstu męczy oczy (bo nie mają 'punktów charakterystycznych', na których mogłyby się 'zaczepić' i po pewnym czasie - tym krótszym im ktoś ma słabsze oczy i im mniej lubi czytać z monitora, a ja np. należę do obydwu tych grup - poszczególne wersy zaczynają się nieco zlewać, przez co co jakiś czas trzeba zwalniać tempo czytania żeby znaleźć miejsce, w którym się zgubiło - a szkoda, bo jak się skupiasz na samym tekście to wypadasz z klimatu), a przez to czytelnika.
[quote="SoulHunteR"]Co Kalia miała na myśli?
Więcej akapitów rób.[/quote]
Ot, dokładnie.
[quote="Peace"]Z resztą ważniejsza jest raczej treść niż sam dizajn.[/quote]
Powiem tak - najlepsza potrawa podana niechlujnie będzie smakować nie lepiej niż zwyczajny domowy obiad. Tak się składa, że w przypadku sztuki (wszelkiego rodzaju, również pisarstwa) estetyka ma znaczenie.
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-03-29, 22:44   

[quote="Kalia"]Wszyndzie :P Literówki - braki ogonków, pozjadane literki. [/quote]
Od literówek mam swoich ludzi, korektorów :lol:

Bym musiał poszukać ale word nic nie chce pokazać.

[quote="Peace"]Tak się składa, że w przypadku sztuki (wszelkiego rodzaju, również pisarstwa) estetyka ma znaczenie.[/quote]
No tak, ale wolę mieć "źle podane" wypociny które da się czytać niż dobrze poukładanego gniota.

Z resztą akapity zawsze można wprowadzić ;)

[quote="Kalia"]Czytanie wielkich bloków jednostajnego tekstu męczy oczy (bo nie mają 'punktów charakterystycznych', na których mogłyby się 'zaczepić' i po pewnym czasie - tym krótszym im ktoś ma słabsze oczy i im mniej lubi czytać z monitora[/quote]
Taa, dlatego nie jestem zbytnio zwolennikiem czytania na kompie, tym bardziej jeśli chodzi o dłuższy tekst, to tylko książka.
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
Ostatnio zmieniony przez Peace 2010-03-29, 22:47, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2010-03-29, 22:49   

[quote="Peace"]Bym musiał poszukać ale word nic nie chce pokazać.[/quote]
:?
[quote="Peace"]robie[/quote][quote="Peace"]cholere[/quote]
Pierwszy 'akapit'. Może włącz sprawdzanie pisowni w Wordzie? xD
[quote="Peace"]wolę mieć "źle podane" wypociny które da się czytać niż dobrze poukładanego gniota.[/quote]
Chwali się. A akapity i tak porób. Przyda ci się wprawa na wypadek gdybyś kiedyś musiał napisać przejrzysty tekst :P
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-03-29, 22:54   

"Cholere" podkreślił, ale "robie" już nie wiedzieć czemu nie :P A to pierwsze zostawiłem specjalnie bo z ogonkiem jakoś mi to nie brzmi :lol:

Podkreślenia wyłączonego nie mam, bo podkreślił np. robocze "Drugi rozdział or somfing lajk dis"

Może zrobie jutro akapity, dziś już mi się nie chce :P
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
Ostatnio zmieniony przez Peace 2010-03-29, 22:56, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2010-03-30, 22:16   

[quote="Peace"]bo z ogonkiem jakoś mi to nie brzmi[/quote]
Szkoda, bo taka jest prawidłowa pisownia...
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Król 
Władca Mrocznych Elfów



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 30 Mar 2010
Posty: 6
Skąd: Zhurag-Nar
Ostrzeżeń:
 1/7/9
Wysłany: 2010-03-31, 14:41   

Fajne opowiadanko!Pisz więcej!
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2010-04-12, 15:23   

Trochę dodałem i zredagowałem nieco wcześniejszego tekstu. Nowego nie za wiele, jakoś wena postanowiła sobie pójść w najmniej oczekiwanym momencie, toteż zamiast ciągnąć na siłę do końca skończyłem wcześniej niż zamierzałem.
W nowym "rozdziale" akapity porobiłem, ale forum wredne jest, spację na początku tekstu ignoruje.
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Możesz zmieniać swoje posty
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Możesz załączać pliki na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Powiadom znajomego o tym temacie
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Śledź odpowiedzi w tym temacie
Oznacz temat jako nieczytany

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,61 sekundy. Zapytań do SQL: 12