|
|
|
|
Wrogowie moich wrogów.  |
| Autor |
Wiadomość |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-08-16, 16:54
|

|
|
Neveya już miała swoją rolę wielkiej, złej i wrednej. Poszukaj wcześniej.
Może i ciebie gdzieś upchnę.
To taki troszkę dłuższy kawałek.
C.D.
Demonica wstała trzymając się za ranny bok. Była niesamowicie blada.
Serafia odrzuciła topór i podniosła własny miecz.
Dwie kobiety przepełnione furią i bólem stanęły naprzeciw głównej przyczyny swojego stanu.
Albo on, albo one.
Wstał z tronu. Oczy zajaśniały chorobliwym blaskiem zielonego światła. Podszedł dwa kroki. W ich stronę.
- Pięknie! Co za spektakl. Będę miał co wspominać przez następne tysiąc lat! Będzie co moim pociechom opowiadać.
Zamyślił się na moment.
- Już wiem! Zachowam wasze głowy i powieszę nad wejściami, którymi przyszłyście.
Ale to będzie piękna ozdoba!
Trochę szkoda mi Fenia, bo znów będę musiał tworzyć nowego sługę, ale nawet było warto.
To co? Dacie się zabić, czy mam przestać być miły?
Uczynił nagły ruch z podłogi wyrosły ciemne macki, które złapały je za nogi i unieruchomiły w miejscu.
Przez moment się szarpały, ale stało się jasne, że więzy są za silne.
- Masz trochę mocy?
Spytała Demonica. Rana musiała jej bardzo doskwierać, bo była coraz bladsza i wyraźnie chwiała się na nogach.
- Trochę mam..
Usłyszał. Uniósł rękę i pokazał im dwa pierścienie.
- Widzicie! To moje dzieło! Dzięki nim nie muszę się bać ani Magii tej ognistej wiedźmy, ani świętych mocy tej nieopierzonej zakonnicy! Wystarczy, że nie podejdę a nic mi nie zrobicie.
Za to ja mam kilka niemiłych podarunków.
Serafia upuściła miecz na ziemię. Demonica chciała coś powiedzieć, ale ujrzała zaciętą minę Wendalin. Od razu zrozumiała, że świętoszka zaraz zrobi coś bardzo nieprzyjemnego.
- Jak masz jakieś zaklęcia nie oparte na ogniu, to dawaj.
Szepnęła cicho półgębkiem, a potem wystawiła przed siebie ręce, jakby chciała coś złapać.
Nekromanta dostrzegł jej gest.
- Co?! Siostrzyczka chce o coś błagać? Nic z tego. Zamierzam…
Nie zdążył dokończyć. Demonica ryknęła dziko i nagle jej ciało stało się kłębowiskiem fioletowych energii. Uniosła rękę i błyskawica pomknęła w stronę nekromanty.
Gauri odwrócił się szybko. Jego laska rozbłysła ogniem i otoczyła go tarcza z zielonkawego światła. Błyskawica rozbiła tarczę i wytrąciła mu laskę z ręki. Ale to był koniec. Demon stał się na powrót kobietą i zemdlała z wysiłku i bólu.
W tym samym czasie, srebrny głos wypowiedział słowo stworzenia. Moc przeniknęła zasłonę między światami i włócznia z bladego metalu, wyłoniła się z niebytu i opadła na ręce wojowniczki. Wendalin skierowała broń ostrzem ku Nekromancie. Oręż zapłoną bladym światłem i niezwykła magia posłała w stronę wroga serię błyszczących pocisków. Pierwszy i drugi ominęły go o centymetry. Uderzyły w ścianę z siłą, która poruszyła mury krypty. Kamienne ściany pękły i chmura gruzu rozsypała się wkoło.
Następne pociski uderzyły go w pierś i głowę. Dymiący korpus odrzuciło na ścianę. Gauri wrzasnął i padł dogoniony przez czekającą od lat śmierć.
Jakiś ocalały duch wyskoczył ze ściany wprost na nią, ale kolejny pocisk dosłownie go rozerwała na strzępy. Z chwilą śmierci Nekromanty, zniknęły więzy jakimi je spętał.
Przez chwilę szukała nowych celów, ale nie było już kogo zabijać. Kilka ocalałych zombie i szkieletów, ukrywających się w innych zakamarkach katakumb, zginęło, gdy ich pan padł martwy. Zabrakło energii wiążącej ich zbolałe dusze i zatriumfowały złamane prawa wszechświata.
Serafia zmęczona opadła na kolana i odesłała stworzoną broń, na powrót do wymiaru, z którego ją przywołała. Podeszła do Demonicy. Było z nią naprawdę nie najlepiej.
Przez chwilę czuła chęć, by ją zostawić, ale raz, że dała słowo. Dwa, że było to całkiem przeciwne jej naturze. Rozejrzała się po komnacie. Pod jedną ze ścian zobaczyła niewyraźny tobołek. Podeszła bliżej. To był plecak. Ktoś wyszył na nim runy, tworzące imię. Zlepek liter był strasznie pokręcony. Fetyrunie’unanx – Przeczytała. Ale gdy spróbowała to wymówić… Machnęła metaforycznie ręką i zajrzała do środka. To były rzeczy Fenia, z jakimi trafił do tej krypty. Znalazła nadpsuty już kawałek chleba, wysuszony kawał sera, sakiewkę z kilkoma monetami i … nagle zagrzechotały małe buteleczki. Wyjęła jedną. W środku przelewała się krwistoczerwona ciecz. Runa wyryta na okuciu buteleczki, mówiła wszystko.
Podbiegła do Demonicy. Uniosła jej głowę i wlała do ust kilkanaście kropel płynu. Demonica zakrztusiła się i otworzyła oczy. A potem złapała butelkę i łapczywie wypiła całość.
Potem znów opadła na podłogę, z zamkniętymi oczami. Oddychała bardzo szybko, ale na jej twarz powracały kolory.
Uspokojona Serafia wróciła do torby. Znalazła jeszcze jedną buteleczkę z czerwonym płynem i wypiła jej zawartość. Przez jej ciało przepłynął ogień, a potem lodowaty chłód wypędzający z żył zmęczenie i ból.
Usiadła na tronie Gauriego i zbierała siły.
Po paru minutach, Demonica ocknęła się i wstała powoli. Widać było, jak wiele sił straciła. Ale mimo to wstała i kuśtykając podeszła do trupa Nekromanty.
- Fiuuuu! Nieźle go urządziłaś Siostrzyczko.
Splunęła na osmaloną czaszkę, a potem kucnęła przy jego ręku. Rozległ się trzask pękających kości i za chwilę Wstała trzymając coś na ręku.
Wzięła z ręki jeden z pierścieni i włożyła go na palec.
Popatrzyła krytycznie.
- Ładny, ale chyba je popsułaś, tą swoją zabawką. Łap!
I rzuciła Serafi drugi pierścień. Oprawiona w srebrze perła lśniła. Włożyła go na palec.
Faktycznie nic nie poczuła. Pierścień jak pierścień.
Demonica wróciła się po upuszczony wcześniej miecz. Już miała go podnieść, gdy nagle zatrzymała się jakby zdziwiona i Nagle krzyknęła. Oczy błysnęły jej ogniem i pomarańczowa poświata otoczyła jej ciało.
Nim zdążyła coś zrobić, Wendalin sama poczuła łaskotanie ciała, a potem niesamowita moc spłynęła na jej ciało. Światło wypełniło jej duszę. Poczuła jak niebiańska energia opływa ją i wzmacnia. Nie wie ile to trwało, bo czas zamarł dla niej.
I stały obie. W pogiętych zbrojach, pogniecionych ubraniach, zachlapane krwią i obsypane kurzem. Lecz pełne mocy i siły. Narodzone na nowo i wzmocnione czystą siłą ich rodzimych wymiarów, która płynęła przez nie szerokim strumieniem.
Stały tam obie. Naprzeciw siebie. Gdy zniknął wróg, były tylko dwie wrogie strony.
Serafia pierwsza odpuściła.
- Umowa to umowa. Do końca dnia nie zamierzam z tobą walczyć. Chyba, że złamiesz umowę.
Srebrny błysk przemknął przez jej białawe oczy, dla podkreślenia obietnicy.
Demonica schyliła się się po miecz i schowała go do pochwy.
- Zgoda. Umowa nadal obowiązuje. Choć prawdę mówiąc, nie mam wielkiej ochoty na następną walkę z tobą. Blondi. Niezła z ciebie suka.
Uśmiechnęła się zawadiacko.
Serafia też się uśmiechnęła.
- Mam na imię Wendalin. Z ciebie też niezłe ziółko.
Demonica parsknęła.
- Rodzice musieli cię nie kochać. Jestem Yes’era s’gruch’ a’met’rgkien Była Pierwsza Dama Pałacu Śmiertelnej Rozkoszy z planu Wert’orksac. O ile wiesz co to znaczy…
Serafia roześmiała się serdecznie.
- Mnie nie kochali? A któż ci nadał takie imię!? Przecież to język można połamać. Dla mnie będziesz Yassamet. Brzmi o wiele ładniej. I dużo krócej.
Demonica zastanowiła się.
- Yassamet? Może być. Mów mi Yassamet.
- Dobrze. To chodźmy z tej zaplutej nory. Muszę jeszcze się przygotować do podróży.
- A gdzie wyjeżdżasz moja droga Wen?
Yassamet zapytała odruchowo, kopiąc przy okazji jakiś ładniejszy mieczyk, pochlapany posoką.
- Żadna tajemnica. Muszę porozmawiać z pewnym kapłanem, z Czerwonych Bagien. Wie coś, co ja chcę wiedzieć. Mam przy tym okazję, że będzie się opierał.
Yasaamet zesztywniała. Gdy Serafia przechodziła koło niej. Odwróciła się niczym żmija, złapała Wendalin za ramię i Pchnęła ją na ścianę.
- RODANT!
Wrzasnęła jej prosto w twarz.
- JEDZIESZ ZABIĆ RODANTA! MÓW! CO CHCESZ Z NIEGO WYDOBYĆ! MÓW!
Zaskoczona Serafia spojrzała w okrutne oczy zaskoczona nagłą napaścią. A potem uśmiechnęła się.
- Mam za zadanie zabić pewnego twojego znajomego. Pewnie o nim słyszałaś, bo to znana figura wśród demonów. Przybył do naszego świata i się rządzi. Rodant wie gdzie się on ukrywa. A ja muszę powstrzymać tego Demona. Podobno nazywa się Ankard’er!
I Wendalin przygotowała się do ciśnięcia w Demonicę błyskawicą, z całą swoją mocą.
Ale usłyszawszy to, Demonica puściła ją. Patrzyła zdumiona na Wendalin.
A potem się odwróciła i z całą siłą walnęła w ścianę pięścią. Szeroki kamień pękł od wściekłego ciosu. Kilka kropel ognistej krwi została na spękanym kamieniu.
Ogień w oczach Yassamet wirował wściekle.
- Ten Skru’zgrach! Wrk’gruch! Bakrograch! Jest tutaj!...
Wściekłość zamieniła twarz Demonicy w przerażającą maskę.
- To przez niego… Zabrał mi…
Spojrzała na Wendalin. Ogień gniewu rozpalał jej oczy.
- WYJDŹ! Muszę… muszę na moment zostać sama…
I odwróciła się do ściany.
Serafia spojrzała na nią i kobiecą intuicją zrozumiała. Wyszła. Kilkanaście kroków dalej usłyszała za sobą wściekły ryk, a z komnaty wylał się nagle pomarańczowy blask i żar ognia. Coś walnęło wściekle w ścianę, z siłą która wstrząsnęła ziemią. I znów rozległ się Wściekły ryk. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Blask ognia zniknął.
Po chwili Z komnaty wyszła Yassamet. i dumnie przeszła obok Wendalin.
- Jestem gotowa. Możemy iść.
Powiedziała ze sztucznym opanowaniem i ruszyła do wyjścia.
Wendalin popatrzyła za nią i wróciła się. Zajrzała do komnaty i gwizdnęła.
Ściany zeszkliły się od potężnego gorąca. Kamienie popękały. Zniknęły resztki zombie, jakby wyparowały. Na podłodze leżało kilka kupek zbielałego białego proszku. Tylko tyle zostało z kości szkieletów. Kilka stopionych plam metalu, unoszący się dym o mdłym zapachu i dogasająca wiśniowa barwa ścian świadczyły o furii jaką Yassamet tu wyładowała. Może poprosić ją, by zdjęła ten pierścionek?
Wyjście z krypty omal nie skończyło się wojną. Delikatnie mówiąc, na widok Sukkuba wychodzącego z krypty, czeladnicy i żołnierze zareagowali lekko gwałtownie. Cudem udało się Serafi uspokoić strażników. Właściwie wymagało to drobnego czaru nawrócenia, ale dzięki pierścieniowi ten drobny czar miał olbrzymią siłę,
Zresztą szybko przybyli mistrzowie, przez magiczne portale. Byli znacznie bardziej opanowani od swoich uczniów. Niezwykły duet wstrząsną nimi, ale uspokoili się, gdy dostali obietnicę, że Yassamet nie będzie rozrabiać w mieście i przed zachodem następnego dnia opuści miasto.
Co prawda nie było hucznego powitania. Władze miasta doskonale wiedziały, jak może zareagować plebs na demona. Lepiej załatwić sprawę po cichu. Wendalin udało się nawet upomnieć i dostać, obiecaną nagrodę. Czekała ją długa droga, a pochwałami się nie nakarmi.
Teraz siedziały w Sali gospody. Yassamet piła na umór, a w każdym razie próbowała. Była w podłym nastroju. Nic nie mówiła i nawet odpuściła karczmarzowi poranne sensacje.
Wendalin obserwował ją z drugiego końca jadalni. Demonica nie chciała mieć towarzystwa.
Ale widać było, jak się posypała. W tym stanie lepiej było do niej nie podchodzić.
Późnym wieczorem, kiedy ostatni klienci zaczęli opuszczać karczmę, a goście udawali się do pokojów, Yassamet wstała i chwiejnym krokiem skierowała się w stronę Serafi. Wendalin ukradkiem rzuciła spojrzenie na świecę zegarową koło wyszynku. Do północy brakowało tylko kilku minut. Ukradkiem poluzowała miecze w pochwach. Pamiętała o warunkach paktu.
Yassamet była widocznie pijana. Chwiała się na nogach, a jej ruchy straciły zwykłą precyzję.
Na jej stoliku stała cała bateria pustych butelek po winie i nawet trzy po miodzie pitnym.
Niezgrabnie klepnęła na ławę naprzeciw Serafi.
Przez chwilę siedziała nic nie mówiąc i gapiąc się w stół. Potem uniosła wzrok, rozejrzała się i dojrzała częściowo opróżnioną flaszkę z winem. Sięgnęła po nią i opróżniła duszkiem.
Na wyszynku marka godzinowa stuknęła o talerzyk. Północ. Pakt się skończył.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-16, 16:56, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Gauri
WHY HELLO THERE


Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: ZE: 2.65.2
Wersja gry S3: FE
Platforma S3: PC
Wiek: 23 Dołączył: 22 Kwi 2008 Posty: 252 Skąd: Wrocław
|
Wysłany: 2009-08-16, 18:11
|

|
|
Dziękuje bardzo za złą rolę, o która prosiłem |
_____________________________________________________________________
 |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-08-19, 06:44
|

|
|
C.D.
Demonica spojrzała mętnym wzrokiem na Serafię. Wendalin patrzyła na nią bez słowa i bez żadnego wyrazu na twarzy. Była spięta i gotowa do drugiej rundy. Niech no tylko ta wariatka coś wywinie. Ręce trzymała poniżej blatu.
Pusta butelka poszybowała przez salę i rozbiła o ścianę.
Yassamet znów spojrzała w stół.
- Mam to wszystko w Dr’uzh
Mruknęła cicho.
- Ten Kram’zgt zasłużył na to żeby wbić mu Fgr’tuga w Tra’fgrz i poprawić htrk’iho.
- Za to co mi zrobił…
- Wiesz, u nas to zawsze był interes, ale ja go naprawdę kochałam. Stałam u jego boku. Widziałam jego triumfy i porażki. Byłam z nim… A On… Najpierw zaczął kręcić z tą głupią Lir’khom! Z tą, Hrugrą! Z tą… jak to było u Elfów? Fielegorkom? Z tą wredną zdzirą Karku’gri! Darowałam mu to, w końcu to nie pierwszy raz. Ale On… Zaczął mnie odsuwać. To bolało. A wtedy… Tamtego dnia. Publicznie nazwał mnie… nazwał… A potem wygnał z pałacu. Mnie… Ale było mu mało. Oskarżył mnie o Gru’okz i wydał tym draniom. A potem, udawał, że mnie broni i że wywalczył dla mnie to cholerne wygnanie. A tu, nie miałam nawet połowy swojej mocy. Ale wiedziałam o co mu chodzi. Chciał żebym cierpiała żyjąc w poniżeniu. I przysięgłam sobie… Przysięgłam sobie że… Rozumiesz?
Wendalin skinęła głową. Rozumiała.
- Szukałam sposobu by go dopaść lub wrócić do siebie. Ale wrócić nie mogłam i już nie będę.
- Czekałam i zbierałam siły i informacje. I doczekałam się. Przybył tutaj. Z tą swoją dumą. Książe otchłani niech go wszystkie imr’pzg w Dr’uzh Gar’ukoz.
- Ścigałam go i Ścigać będę. Aż któregoś dnia stanę mu przed twarzą i spróbuję wydrapać mu swoje imię na jego zapchlonej twarzy i zrobić wszystko by go upokorzyć
- Ale… wiem, że mi się to nie uda. Nie mam szans by się z nim mierzyć. Zabije mnie.
- I pomyślałam sobie… że skoro i tak idziemy w tę samą stronę i chcemy zrobić praktycznie to samo… Razem nie było nam tak źle. I jakąś tam drobną szansę byśmy miały, a osobno żadnej.
Zamilkła na moment. A potem wstała.
- Ale to chyba był głupi pomysł. Wybacz, ale muszę się chyba położyć.
I poszła do pokoju. A Wendalin patrzyła za nią, póki nie zniknęła na piętrze.
A potem głośno wypuściła powietrze i wcisnęła miecze do pochwy.
Oparła się o ścianę i zamyśliła.
Pewne rzeczy są niezmienne w całym uniwersum. Yassamet obudziła się rano z bólem głowy i potwornym pragnieniem. Ból głowy rozwiało drobne zaklęcie regeneracyjne. Było za słabe by się leczyć, ale drobne przypadłości i zmęczenie skutecznie rozpędzało. Pozostało tylko uporczywe ćmienie
W komnacie stał dzban z wodą do szybkiego przemycia twarzy. Wypiła całą wodę. Trochę pomogło. Później nieco, już ubrana zeszła na dół. Serafi nigdzie nie było. Ech… wczoraj chyba nagadała jakiś głupot. Rzuciła na stół kilka srebrnych monet i wyszła przed karczmę.
Wendalin siedziała na koniu przed wejściem.
- To jak? Gotowa wbić rogi w kilka tyłków?
Zapytała wesoło. Srebrny głos wbił szpilki w obolałą głowę Yassamet. Spojrzała na Serafię z rządzą mordu w oczach.
- Co się tak patrzysz? Sama wczoraj proponowałaś wspólne skopanie tyłków. Wiesz jak to z nami, świętoszkami jest. Pokaż nam Demona do skopania, a zniszczymy świat by to zrobić.
Dołożyła sarkastycznie.
- To jak gotowa?
Yassamet patrzyła na nią i czuła wyraźnie, że chyba zrobiła głupią minę. Otrząsnęła się. Myślała szybko. Miło było by skopać taką świętoszkę, ale bardzo by to bolało. Jeszcze milej było by wyrównać rachunki. To też będzie boleć, ale przy najmniej będzie miała trochę czystej satysfakcji. A co tam… Uśmiechnęła się.
- Gotowa.
- No idziemy. Mamy parę sklepów do odwiedzenia.
- Sklepów?
Chyba znów zrobiła dziwną minę.
- Sklepów. Spójrz na siebie. Zbroja jak po huraganie, żadnych zapasów. A iść taki kawał drogi na własnych nogach trwa trochę za długo. Mamy umówione spotkanie i niegrzecznie było by się spóźnić. Trzeba odwiedzić kowala. Kupić trochę zapasów. Przydadzą się pewnie jakieś drakwie na wszelki wypadek, chyba że lubisz być przebijana mieczem? Tobie się chyba przyda też coś po wczorajszym wieczorze. Warto by się rozejrzeć co tu mają ciekawego.
Yassamet wzruszyła ramionami.
- Takie rzeczy kosztują.
Wendalin sięgnęła do juków i wyjęła ciężki woreczek.
- Tysiąc sztuk złota. Połowa twoja. Nagroda od miasta za wyprawienie tego truposza w zaświaty. Złoto jest ciężkie, a tam gdzie jedziemy i tak się nie przyda. To jak? Idziemy?
Yassamet skinęła głową. I poszły na podbój sklepów Hendgenton.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-19, 06:47, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-08-21, 07:21
|

|
|
Będzie następny rozdział, abstrahując do tematu z wierszykami.
Przepraszam, że was tak męczę tymi wypocinami i pewnie macie już dość.
Nie przejmujcie się, koniec już blisko. Aktualnie jest to 35 strona z 47 napisanych. Ale już kończę końcówkę i mam wielką nadzieję, że zmieszczę się w 60 stronach.
C.D.
- I co o tym myślisz?
Spytała Wendalin.
- Drobnostka. Możemy ich wybić do nogi w kilka kwadransów. Boję się tylko, żeby ten klecha nie uciekł. Lepiej wziąć ich z zaskoczenia.
Po tych kilkunastu dniach podróży, Yassamet była w zdecydowanie lepszej formie i nastroju.
Wreszcie nie błądziła na ślepo, walcząc z całym światem. Kupiła sobie nową zbroję, bo na widok starej kowal tylko pokręcił głową i zaproponował, że odkupi ją na złom. Na szczęście zbliżający się jarmark ściągnął kilku dobrych płatnerzy i było w czym wybierać. Kupiła porządną zbroję, ukształtowaną niczym tors Demona, i hełm do kompletu. Przyłbica miała wygląd paskudnego pyska. Co prawda Kowal musiał przekuć to i tamto, ale za to rezultat był naprawdę niezły. Demonica przez pierwsze dwa dni nie chciała ściągnąć nowej zbroi. Dopiero otarcia ją do tego skłoniły. Po drodze spotkały też wędrownego maga, który zgodził się zakląć na nowej zbroi kilka czarów ochronnych, w zamian za trochę zapasów i całkiem sporo złotych monet.
Serafia dalej paradowała w swojej magicznej zbroi i mieczami. Chroniona magią, znacznie lepiej zniosła walkę i wystarczyło ją wyklepać i wypolerować. Kupiła za to wielki, dwuręczny topór z wprawionym w ostrze wielkim rubinem, który błyszczał tajemniczo. Sprzedawca zarzekał się, że to zaklęty kamień, ale nie wiedział co to za magia. Na razie nie było okazji wypróbować.
Teraz leżały na szczycie urwiska i patrzyły na leżącą w dole świątynię. Była dość duża, ale bez przesady. Widać było na niej upływ czasu i wpływ bagnistej okolicy. Ściany były brudne i pełne ubytków i pęknięć. Okna z niewielkimi witrażami były brudne i czarne. Ale i tak była nieźle pilnowana. Położona u stóp urwiska, była z trzech stron otoczona skałami. A od frontu i jedynej drogi, rozrzuconych było kilka małych posterunków strażniczych. Koło świątyni było też niewielkie obozowisko z kilkunastu namiotów. Świadectwo, że coś się w świątyni działo. Coś, od czego warto było trzymać z daleka nie proszonych gości.
Serafia uważnie przyglądała się okolicy.
- Poczekamy do zmierzchu. Tyłów praktycznie wcale nie pilnują. Wkradniemy się po cichu i odwiedzimy księżulka w jego sypialni. Nie zdąży nawet mruknąć.
Demonica wyjrzała zza krawędzi.
- A co z tymi pieskami na dole? Duże.
Wendalin wychyliła się mocniej. Pod nią przy samej ścianie tkwił ogrodzony wysoką klatką teren, po którym biegało kilka wielkich wargów.
- To trochę komplikuje sprawę.
Yassamet zastanowiła się.
- Wiesz… Jest jeden sposób Ale musisz mi zaufać.
I zrobiła łobuzerską minę.
- Wiesz. Jesteś wariatką!
Serafia dobitnie wyraziła swoją opinię.
- Zamknij się, bo nie trafię.
Stęknęła z wysiłkiem Demonica.
Wisiały w ciemności. Serafia trzymała tłumok z bronią i rzeczami Yassamet. A ona trzymała pod pachami Serafię. I z wielkim wysiłkiem młóciła skórzastymi skrzydłami powietrze.
Pod nimi szybko zbliżał się dach świątyni. Ogniska oświetlały otoczenie świątyni. Dzięki nim dach wyglądał jak ciemna plama mroku na jasnej ziemi.
Oceniła wysokość i przestała machać skrzydłami. Rozłożyła je szeroko i zaczęły spadać. Tuż przed uderzeniem Yassamet zamachała gorączkowo skrzydłami i spowolniła upadek. Wylądowały na sporym tarasie przy bocznej ścianie świątyni. Serafia podniosła się, zostawiła rzeczy Demonicy i wyjrzała za krawędź balkonu. Cisza. Przez kilka chwil sprawdzała otoczenie. Żaden strażnik nie spojrzał w górę. W międzyczasie Yassamet ubrała się ponownie w zbroję i przypasała broń.
- Gotowa? To idziemy.
O dziwo, drzwi balkonowe nie były zamknięte. Serafia spojrzała Demonicę i wydęła wargi u przesadnym wyrazie zdziwienia. Weszły po cichu do środka. Znalazły się na dużej galerii. Pod nimi rozpościerała się główna nawa świątyni. Sala była pogrążona w półmroku, rozjarzonym tylko kilkoma świecami w rogach. Wyjątkiem był ołtarz z ciemnego kamienia.
Tkwił na podwyższeniu w otoczeniu kilku dużych świeczników. Za ołtarzem stała figura przedstawiająca jakiegoś paskudnego Demona.
Yassamet przyjrzała się z uwagą statule.
- Znam go. To Hurraka, taki jeden idiota. Był stajennym w moim… Ankard’era… pałacu. Parę lat temu, pozwolił by ulubiona salamandra bojowa Anka, nażarła się czegoś i zdechła.
Kat go publicznie cztery dni zabijał. Ale była zabawa…
Yassamet westchnęła z rozmarzeniem wspominając dawne, dobre dni.
- Nigdy nie wyglądał na kogoś, kto się bawi w udawanie bogów.
Prychnęła od niechcenia.
Serafia od dłuższej chwili wpatrywała się w ołtarz, a jej wzrok stwardniał.
Yassamet zdziwiona brakiem reakcji podążyła za jej wzrokiem.
- Dziwny ołtarz, chyba strasznie niewygodnie się odprawia rytuały na takiej krzywej powierzchni. Po co im do tego te haki?
Serafia uniosła wzrok i zerknęła na pogrążone w ciemności sklepienie. Tkwiły na nim resztki fresków, ale mrok i upływ czasu nie pozwalały stwierdzić co przedstawiały.
- To do składania ofiar… z ludzi.
Yassamet spojrzała w dół.
- Naprawdę? U nas…
Zerknęła na lodowate oczy Serafi.
- … U nas się takich nie spotyka.
Dodała szybko.
Chciała powiedzieć, że u nich są zupełnie inne i inaczej wyglądają, mimo podobnej funkcji, ale ostrożność zwyciężyła.
Kilka ostatnich dni przekonało ją, że niewiele rzeczy wkurza jej anielską towarzyszkę. Ale jak się już któraś trafi, to lepiej przytakiwać, lub omijać temat. Bo jak się już zdenerwuje… To niewiele ją różni od wściekłego Demona.
- Podziwiasz dalej sztukę sakralną, czy idziemy szukać naszego miłego gospodarza.
Serafia bez słowa odepchnęła się od barierki i ruszyła w stronę ołtarza. Na tym końcu galeryjki tkwiły drugie drzwi.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-21, 07:30, w całości zmieniany 3 razy |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1946 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2009-08-22, 17:24
|

|
|
| Madrik napisał/a: | | Neveya już miała swoją rolę wielkiej, złej i wrednej |
Ale dlaczego ja wylądowałam w klasztorze
Poza tym opowiadanie naprawdę dobre. Jedyne co mi psuje czytanie to pooooootworna ilość błędów: ortograficznych, gramatycznych, składniowych, interpunkcyjnych - jakie tylko reguły języka polskiego zawierają |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-08-25, 01:09
|

|
|
C.D.
Korytarz za drzwiami zaprowadził je do kompleksu pomieszczeń na tyłach ołtarza. Jedne z drzwi były większe i bardziej ozdobne od innych. Przed drzwiami spał znudzony strażnik. Siedział na stołku. O drugi oparł nogi, a głowę o ścianę. Dźwięk piłowanego drewna jaki z siebie wydawał, najlepiej świadczył o jego czujności. W głębi trudno dostępnej krainy, otoczony wojskiem nie spodziewał się żadnych niespodzianek. Uśmiechnęły się do siebie z politowaniem na ten widok i podeszły bliżej.
Kiedy podchodziły do strażnika, ten nagle przestał chrapać i poderwał głowę.
- cooo, kto… Kto tam? Kto….
Yassamet błysnęła ognistymi oczkami. Wendalin poczuła drobne zawirowania magii.
Strażnik znieruchomiał i zapatrzył się w Demonicę. Jego twarz rozjaśnił przygłupi uśmiech, a z oczu uleciała wszelka inteligencja.
Yassamet podeszła do niego i pogłaskała go po twarzy. Strażnik wpatrywał się w nią jakby była najpiękniejszą istotą na świecie.
Demonica położyła rękę na jego policzku i przesunęła kciuk na brodę. A potem z rozkoszną miną szybko poruszyła ręką. Rozległ się trzask. Głowa strażnika zwisła nienaturalnie, a życie zniknęło z otwartych oczu.
Serafia spojrzała ze zdziwieniem na Demonicę.
Yassamet wzruszyła ramionami.
- No co? Jestem Sukkubem. Uwodzenie takich idiotów mam we krwi, a sama mówiłaś o zaskoczeniu.
Wendalin wzruszyła ramionami i wskazała drzwi.
- Goście, mają pierwszeństwo.
Demonica skłoniła się ironicznie i weszła do komnaty.
W środku paliły się cztery świece.
W ich blasku ujrzała wnętrze pokoju.
Spojrzała na Wendalin i wskazała jej palcem na jedną ze ścian.
- Po tym wszystkim? Nie wierzę. Nie wierzę, że mogło pójść tak łatwo.
Patrzyły na wielkie łoże z baldachimem, na którym spała jakaś postać.
Obok, na stojaku stały ceremonialne szaty arcykapłana.
A sam wielki Arcykapłan Świątyni Zapomnianych Dusz – Rodant Czarny, spał zwinięty w kłębek i przez sen ssał kciuk.
Demonica omal się nie zakrztusiła na ten widok.
- To jest ten wielki arcykapłan?
Wyszeptała cicho.
- Przecież to jakiś Yezzegr Uddat. Jesteś pewna, że to on?
Serafia uśmiechnęła się pod nosem.
- Przynieś tu z korytarza tego twojego narzeczonego. Jak ktoś przylezie to pomyśli, że gdzieś poszedł. A ja… A ja zaopiekuję się naszym gospodarzem.
I zmrużyła oczy wpatrzona w twarz Rodanta.
Yassamet popatrzyła tylko na jej beznamiętną twarz i lód w oczach.
- Przypomnij mi, żebym nie prosiła o twoją opiekę.
Wyszeptała jeszcze i wyszła na korytarz by po chwili wnieść ciało strażnika. Niosła je za kolczugę na plecach, niczym kociaka. Położyła je za drzwiami i starannie je zamknęła.
Rodanta obudziło delikatne potrząsanie za ramię. Wyjął kciuk z ust, zamlaskał i powoli otworzył oczy. Stałą nad nim piękna kobieta, która wyciągała w jego stronę rękę. I wtedy zobaczył jej lodowate oczy, zbroję i załapał, że to nie sen. Otworzył usta i nabrał powietrza do krzyku. Tuż przed tym, ręka z chustką opadła na jego usta i coś o silnym, cynamonowym zapachu wciągnął do płuc. Ciemność spadła na niego niczym zasłona.
Demonica właśnie zrzuciła swoje brzemię i spojrzała na sojuszniczkę.
Serafia właśnie wstawała znad śpiącego Arcykapłana. W ręku trzymała chustkę, wypełnioną jakimś proszkiem. Starając się nie oddychać, rzuciła ją do kominka.
- No to możemy zaczynać. Niestety moja moc nawrócenia nie działa na kapłanów takiej rangi. Ale mielony ferrkan uśpi nawet smoka.
Już nie szeptała.
Bezceremonialnie zrzuciła ciała kapłana na podłogę. Złapała jakąś derkę i zaczęła ją ciąć nożem na paski. Yassamet się nie wtrącała. Ciekawiło ją, co zrobi ta świętoszka. Przyglądała się jak Wendalin beznamiętnie z pasków tkaniny splata cienkie linki, a potem Układa Rodenta na łożu i starannie przywiązuje do słupków narożnych.
To co? Gotowa? Przypilnuj drzwi, bo pewnie zacznie hałasować.
Demonica wzruszyła ramionami.
- Niech krzyczy. Poczekaj moment. Wypróbuję jedną sztuczkę. Wymaga sporej mocy, ale z tymi błyskotkami mogę ją czerpać wprost z otchłani.
Popatrzyła ze szczerym uczuciem na nowy pierścień.
Potem stanęła w rozkroku i uniosła ręce. Pomamrotała coś pod nosem w niezrozumiałym języku i Wendalin poczuła delikatną falę mocy wlewającą się do świata.
Yassamet skończyła.
- Gotowe. Trzeba wypróbować. Krzyknij.
- Co?!
- Krzyknij… A z resztą… AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! PAAAAALIII SIEEEEEŁ!
Ryknęła niczym smok, któremu rycerz przydeptał ogon.
Wendalin zdębiała.
- Kiyussaken! Yyyy … Oszalałaś?!
Yassamet przez moment nasłuchiwała.
- W porządku to sfera ciszy. Nauczył mnie kiedyś tego jeden znajomy demon. Nic co w tym pokoju hałasuje, nie będzie słychać na zewnątrz. Może sobie krzyczeć do woli. My będziemy słyszeć wszystko z zewnątrz.
- Możesz zaczynać, ja popatrzę.
Serafia parsknęła. Wyjęła z sakwy małą buteleczkę, odkorkowała i podsunęła pod nos kapłana. Szarpnął się zawył, a oczy zaszły mu łzami.
Odsunęła buteleczkę i zakorkowała ją. Potem położyła rękę na twarzy kapłana i docisnęła go do poduszki. Poczekała aż się przestanie rzucać i spojrzy na nią.
W końcu na nią popatrzył w miarę przytomnie.
Serafia uśmiechnęła się promiennie niczym nastolatka.
- Cześć Rodi! Jak leci?
A potem jej rysy stwardniały.
- Rodi, zanim zaczniemy, wytłumaczę ci sytuację. Widzisz, możesz sobie krzyczeć i zaraz zabiorę rękę, by ci to ułatwić. Upewniłyśmy się, że NIKT nie przyjdzie na twoje wołanie. Nawet te zapchlone kundle na dole. Ale sam rozumiesz, moja przyjaciółka ma uczulenie na sierść i bardzo nie lubi zwierzątek. Właściwie to nie lubi niczego co tu żyje, w tym mnie.
Demonica prychnęła na to.
- Ale kiedy człowiek krzyczy, to strasznie ciężko z nim rozsądnie porozmawiać. Nie słucha po prostu.
Oczy Rodanta omal nie wyszły z orbit. Otwarte szeroko, ze zwierzęcym strachem wpatrywały się w Anielicę.
- Czyli, możesz sobie krzyczeć do woli. To już omówiliśmy. Teraz druga sprawa. Mamy do ciebie kilka ważnych pytań i chcemy usłyszeć odpowiedzi. Wiemy, że te odpowiedzi znasz.
Nie chcemy słuchać bajek. Dlatego proponuję układ. Słuchasz mnie?
Kapłan energicznie pokiwał głową.
- Jeżeli powiesz prawdę, nic ci nie zrobimy. Jeżeli skłamiesz, albo nie odpowiesz… To coś ci zrobimy. Popatrz na to.
Wyciągnęła drugą ręką swój nóż. Był duży, bardzo ostry i pełen zadziorów.
- Widzisz, dostałam go kiedyś od maga z obcego wymiaru. Mag był z niego marny, ale wyjątkowo wredny, dlatego sobie ten nożyk na pamiątkę zostawiłam. To nóż z Ulgo. Pewnie nie słyszałeś bo to w obcym świecie. Ulgosi bardzo, bardzo dużo czasu i inwencji poświęcili temu, żeby przy wbijaniu ostrza w ciało, prawie nic nie było czuć. Podobno jest to nawet dość przyjemne. Cała zabawa zaczyna się, kiedy nóż się wyjmuje. Widzisz te zadziorki?
Podsunęła nóż niebezpiecznie blisko oczu Rodanta.
- Kiedy nóż się z ciała wyciąga, te zadziorki zabierają ze sobą wiele różnych rzeczy. Ważnych rzeczy. I wtedy dopiero boli. Naprawdę boli…
Oczy Kapłana zrobiły się wielkie niczym spodki.
Wendalin zabrała rękę.
- To teraz sobie pokrzycz...
Krzyknął. I krzyczał przez kilka minut. Wzywał straż, kogokolwiek, bogów, a w końcu po prostu się darł. A Serafia siedziała koło niego i bawiła się żonglując nożem.
Demonica zaś stała oparta o ścianę i obserwowała całą scenę. Była bardzo ciekawa, jak daleko posunie się jej niezwykła znajoma.
W końcu biedny kapłan zamilkł, ciągle wpatrzony w bawiącą się nożem anielicę.
Serafia przestała się bawić nożem.
- To co? Gotowy do naszej konwersacji?
I przyłożyła nóż do jego pewnej, bardzo delikatnej, dolnej części ciała.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-25, 01:11, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-08-27, 15:18
|

|
|
Dziś trochę dłuższy odcinek, bo wyjeżdzam na weekend popatrzeć na podniebne harce. Dlatego proszę o cieprpliwość do poniedziałku.
Dziś "ktoś" się dowie, czy narodzi się nowa arcykapłanka...
C.D.
Yassamet podeszła bliżej. Kapłan patrzył to jedną, to na drugą. Oddychał ciężko.
Demonica nachyliła się nad nim.
- Pytanie pierwsze... Jak się nazywasz?
Popatrzył na nią. Zadrgała mu powieka.
- Klester. Jestem skrybą, przepisu....
- Kłamie!
Kategorycznie powiedziała Serafia i przyłożyła nóż do wewnętrznej skóry uda. A potem delikatnie przeciągnęła ostrzem, zostawiając niewielką szramę. Ale miejsce było bardzo bolesne. Kapłan syknął z bólu.
Serafia spojrzała mu w twarz z wyrazem zaciekawienia.
- Słyszałeś kiedyś o Mrukazar? To taka zabawa Orków z południa. Kiedy złapią jakiegoś człowieka, albo elfa, albo cokolwiek co krzyczy, gdy mu się zadaje ból, Rozciągają na ziemi i przywiązują do czterech palików. Tak jak ty teraz. A potem sadzają przy nim najbiedniejszego z nich i dają mu bardzo ostry nóż. Zasady są proste. Wybraniec ma kaleczyć nożem ofiarę, póki nie umrze. Za każde cięcie dostaje jednego miedziaka. Czysty interes.
Słyszałam, że niektórzy potrafią wygrać nawet cztery złote monety. Wiesz ile miedziaków potrzeba na jednego złotego dukata? Wiesz na pewno.
Kapłan patrzył na nią, i cicho jęczał. Wiedział ile miedziaków jest wart jeden dukat. I miał wyobraźnię.
Serafia kontynuowała tym samym beztroskim głosem.
- Zawsze byłam ciekawa, czy potrafię być tak samo delikatna. Jeden miedziak jest już mój.
Koleżanka zapyta jeszcze raz. Nie krępuj się. Jeśli uważasz, że jesteś silny, możesz kłamać.
Mówiłam ci, że nikt ci nie pomoże.Yass? Możesz dalej pytać.
Demonica z trudem powstrzymała się, by nie parsknąć śmiechem. Mrukazar miał na imię jeden karczmarz w gospodzie, gdzie zatrzymały się w drodze tutaj. Podziwiała inwencję i wyobraźnię Wendalin.
Ale pacjent czekał na pytania.
- Powtarzamy pytanie. Jak masz na imię.
- Kles...AAAJ!
Serafia beztrosko postawiła drugą kreskę na skórze kapłana.
- Drugi miedziak. Dobrze mi idzie.
Yassamet kontynuowała.
- Imię?
- Rodant! Arcykapłan!
Pisnął widząc jak Anielica przykłada znów ostrze do jego skóry.
Demonica nie czekała.
- Ankard’er? Tylko nie kręć!
- Eeee.... Że co? Jaki Ankard’er?
Serafia uśmiechnęła się miło.
- O! Dzięki, dwa następne dla mnie.
I szybko przejechała ostrzem po skórze Rodanta. Dwa razy.
Szarpnął się. Cięcia nie były bardzo bolesne, ale każde kolejne dokładało nową dawkę bólu do pieczenia poprzednich ran.
Yassamet pokręciła głową.
- Nie takiej odpowiedzi oczekuję. Ankard’er?
- Dobrze! Powiem! Ale co chcecie wiedzieć?!
Yassamet udała, że się zastanawia.
- Chcę wiedzieć, jak zaprowadzić chaos i anarchię na świecie.
Kapłan spojrzał na nią zdziwiony.
- Eeee... Co?
I syknął gdy ostry nóż zostawił mu następną pamiątkę.
- Pięć!
Uśmiechnęła się Serafia.
- Odpowiadaj Idioto! Gdzie on jest!
- W Zamku Kreszten! Dwa dni drogi na południe!
Yassamet spojrzała na towarzyszkę.
- No to mi wystarczy. Możesz go zabić, albo upiec, albo co tam się z takimi wszami robi.
Serafia spojrzała w twarz Yassamet. Przez kilka długich sekund patrzyła jej w oczy, a potem znów spojrzała na Rodanta.
- Teraz ja mam kilka pytań.
I zgodnie z konwencją, oczy błysnęły jej lodowym blaskiem.
Przyłożyła nóż do drugiej nogi.
- Jak się tu dostał?
Rodant spojrzał w dół na nóż dotykający skóry i przełknął ślinę.
- Wee...we...wezwaliśmy go...
- Jacy MY?
- Nasz zakon. Zakon Shadar... Ma nam pomóc podbić...
- Demon ma wam pomóc? A jak?
- Użyczy naszym magom swojej siły. Będzie szedł na czele naszych wojsk. Przywołuje dla nas swoje sługi z otchłani.
Serafia spojrzała na niego zaintrygowana.
- A jakim cudem Demon wam pomoże? Przecież gdy tylko wyrwie się na wolność, zniszczy was i spali ten świat?
Rodant nie mógł oderwać oczu od noża. Czuł dotyk ostrej krawędzi. Bał się bólu który mógł nadejść.
- My go... uwięziliśmy. Musi nas słuchać...
Yassamet wróciła i nachyliła się nad kapłanem. Ciekawość malowała się na jej twarzy.
- Uwięziliście? Ankard’era? Jakim cudem? Nie ma więzienia na tym planie dość potężnego.
Rodant nie odpowiedział.
Demonica nie doczekała się odpowiedzi. Jej dłoń otoczył ogień i złapała kapłana za stopę.
Ryk bólu wyrwał się z gardła przesłuchiwanego. Woń spalonego mięsa rozeszła się po komnacie. Demonica puściła stopę i znów przywróciła ręce normalny wygląd.
Kapłan przez chwilę dosłownie płakał jak dziecko. Poczekały aż się uspokoi.
- To jak? Bedziesz dżentelmenem i porozmawiasz z damami?
Kapłan pokiwał szybko głową.
- Przerwaliśmy rytuał przywołania. Zabraliśmy runę odwołania. Jest uwięziony między planami. Nie może wejść do tego świata, ale nie może się cofnąć. Musi tkwić w kręgu. Musi nas słuchać, bo z niekompletnego kręgu nie może wrócić do siebie, a bez dokończenia rytuału nie wkroczy do naszego świata.
Yassamet pokiwała głową.
- Sprytne. Ankard’er może tylko magicznie wpływać na ten świat. Ale sam jest podatny na ataki. Idealny cel. Dobra. Jak jest chroniony?
Serafia odruchowo przejechała po skórze Rodanta nożem, widząc jego wahanie.
Jęknął.
- Nasza armia. Wszystkie nasze wojska obozują obok zamku. Nigdy się nie dostaniecie. Mają magów, demony z otchłani, zebrali plemiona Goblinów i Orków. Sprzymierzyli się z Mrocznymi Elfami i Lodowymi też. Wynajęli setki najemników. Podobno negocjowali nawet z jakimś smokiem, by się do nich przyłączył. Ale im odmówił. A sam zamek to prawdziwa forteca. Nikt się tam nie dostanie.
Demonica prychnęła.
- Słodko, że tak mówisz. Mimo wszystko spróbujemy. Idziesz Wen?
Serafia spojrzała na Rodanta. Jej twarz stężała. Lód wyjrzał z jej spojrzenia.
- Ostatnie pytanie... Ołtarz na dole. Składałeś ofiary z ludzi?
Rodant spojrzał jej w twarz i zrozumiał co go czeka za prawdziwą odpowiedź.
- Na wszystkich bogów przysięgam! Nie!
Serafia patrzyła na niego przez całą sekundę.
- Kłamiesz.
Srebrny głos stwierdził ten prosty fakt. Był bezlitosny jak ostrze miecza.
I wepchnęła ulgoskie ostrze w brzuch kapłana.
Stęknął ostro. W jego głowie pojawiła się absurdalna myśl, że kłamała o tym, że nie boli gdy wbija nóż. A potem Wendalin równie beznamiętnie wyrwała go z rany. I w ostatnim błysku świadomości kapłan zrozumiał, że nie kłamała. Dopiero to naprawdę bolało.
Yassamet patrzyła jak Wendalin wyciera nóż i chowa go.
- Słuchaj, mówił ci ktoś kiedyś, że wredna z ciebie suka? Rozumiem, że ja lubię takie rzeczy, ale ty?
Pokręciła głową z niedowierzaniem.
Wendalin nawet na nią nie popatrzyła tylko ruszyła do drzwi.
- To ty nie wiesz, że Anioły od Demonów różnią się tylko skrzydłami?
Na podkreślenie tych słów, na moment rozpaliły się energetyczne skrzydłoostrza na jej plecach.
- Dobra. Wracamy na ten taras i zabierzesz nas z powrotem na górę.
Yassamet się zmieszała.
- Yyyyeeee... Jakby tu powiedzieć? Nie da rady.
- Co?
- Widzisz, ja w tym świecie raczej słabo latam. Inne powietrze czy coś. Wtedy nie chciałam mówić, ale tak na prawdę, to my prawie tu spadłyśmy. Nie dam rady podlecieć tak wysoko.
I Demonica zrobiła zakłopotaną minę,
Serafia zmrużyła oczy i dość długo się w nią wpatrywała. A potem odwróciła się i westchnęła.
- Demony... Ech. Dobra. Zdejmij tą zasłonkę ciszy.
Demonica zrobiła kilka gestów.
- Już!
- Świetnie! RATUNKU!!!! RATUNKU!!! DEMON SIĘ UWOLNIŁ! RATUJ SIĘ KTO MOŻE!
Wrzasnęła nagle.
Yassmet spojrzała na nią jak na idiotkę.
- Co ty na Krut’zarga robisz?!
Serafia spojrzała na nią z politowaniem
- Załatwiam na drogę ucieczki. A teraz potrzebujemy tylko wściekłego i wielkiego demona. Tyle chyba możesz załatwić?
Demonica pokręciła głową z dezaprobatą.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz?
Spytała w trakcie przemiany.
Nadbiegające straże dobiegały już do komnaty arcykapłana gdy nagle drzwi wyrwały się z futryny i uderzyły w ścianę korytarza. A z dziury po nich wylał się pomarańczowy blask i wielki Demon z ognia wyszedł z komnaty i ryknął.
Służba przy świątyni nie była ciężka. Ale za to można było się nasłuchać kazań różnych mnichów i kapłanów. Opowieści, przypowieści, plotek, legend i wielu różnych historii.
I niestety strażnicy wiedzieli, co oznacza Demon na Wolności, poza kręgiem przywołań.
Jak na komendę odwrócili się i uciekli. Nie mieli ochoty być potrawą dla bestii. Po drodze każdej napotkanej osobie kazali uciekać. A głośne ryki z piętra, uwiarygodniały ich słowa.
Jedną z tych osób był zastępca Rodanta. Był magiem. Kiedy usłyszał o demonie, który wyrwał się na wolność, natychmiast powiadomił magicznie wszystkich magów w okolicy.
I zrobił pierwszy to co pozostali. Natychmiast otworzył portal i tyle go widzieli.
W ciągu kilku minut cała okolica świątyni wyludniła się.
Niedługo później ryki ucichły. Zza frontowych drzwi świątyni, wyjrzała kobieca głowa o srebrnych oczach i rozejrzała się.
- Wiesz? Może to dziwne, ale chyba się udało.
Chwilę później dołączyła się druga, kobieca głowa o oczach z ognia.
- Cholercia. Masz rację... Tylko, że...
- Tak?
- Jest niedobrze... Bardzo niedobrze.
- Dlaczego? Przecież wszyscy uciekli.
Yassamet popatrzyła na Wendalin.
- No właśnie. A spytałaś kogoś jak dojechać do tego zamku?
Serafia powoli odwróciła głowę i spojrzała na Demonicę. A jej wściekły wzrok sam za siebie mówił, że nie...
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-27, 15:23, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-02, 15:22
|

|
|
Wybaczcie za zwłokę. Trochę czasu nie stało.
Nadrabiam zaległości:
C.D.
Na całe szczęście w okolicy kręciło się mnóstwo wojowników Zakonu Shadar. Trzeciego spotkanego z kolei udało się złapać żywcem. Tym razem Yassamet wyładowała się na ofierze. Bardzo szybko, złapany Mroczny Elf wskazał im drogę do Zamku Kreszten.
Ale straciły na to polowanie cale dwa dni. To był jeden z powodów, dla których Demonica znów miała zły humor. Bo były to dwa dni wśród moskitów i pijawek. Powietrze na bagnach było wilgotne i często padało. Wszystko było mokre i zimne. Yassamet dosłownie zgrzytała zębami na widok każdej kropli wody. Wendalin filozoficznie znosiła to w milczeniu, starając się nie denerwować jej bardziej.
Znalezienie drogi przez bagna tylko trochę ukoiło jej żale. Droga była trudna i musiały unikać patroli i posterunków. Przez to droga trwała o dzień dłużej niż powinna.
Za to pod koniec dnia trafiła się kolejna okazja.
Dojeżdżały do zakrętu drogi, gdy usłyszały jakąś wrzawę. Wendalin zsiadła ostrożnie z konia. Z powodu licznych straży w okolicy, praktycznie ciągle nosiła zbroję. Yassamet poszła w jej ślady. Przywiązały konie do drzewa i zakradły się sprawdzić co się dzieje.
Na drodze stała grupa kilku mrocznych elfów i dwóch ludzi. Ich konie stały obok. Cała gromada oglądała jak jeden z ludzi okłada kogoś pięściami.
- No co się z nim cackasz? Jeszcze raz!
- W mordę go!
- W jaką tam mordę?! A jaja mu pogłaskaj!
- Pewnie! Cały dzień za nim lataliśmy! Nie żałuj mu!
Śmiali się, gdy człowiek raz za razem walił kogoś skulonego pod drzewem.
Wendalin skorzystała z okazji i podkradła się na tyły grupki. Stanęła cicho dwa kroki za jednym z ludzi. Nie zauważył jej. Entuzjastycznie kibicował katowi.
Cicho wyjęła miecze i stanęła tuż za nim.
- Cześć. Co robicie?
- Niewolnik nam chciał uciec, ale mu zaraz odechce się ucieczek.
Odpowiedział szybko, nie zwracając uwagi na nią. I nagle zesztywniał i obejrzał się na nią.
- Acha.
Mruknęła Serafia.
Na widok uzbrojonej kobiety o dzikim spojrzeniu całkiem zdębiał i zaklął głośno. Sięgnął do pasa po miecz.
Nie zdążył. Ostry miecz zatoczył krwawy łuk i mężczyzna padł na ziemię. Kilka kropel chlapnęło na stojącego obok elfa. Obejrzał się i krzyknął.
- Uwaga! Z Tyłu!
Cała czereda obejrzała się i zobaczyli jak elf wali się na ziemię pod szybkimi ciosami mieczy.
Wyciągnęli swoją broń i rzucili się na Serafię. I wtedy spadła na ich plecy Demonica. Zabiła dwóch elfów, nim zrozumieli, że giną. Reszta zawahała się nie wiedząc z którą z nich walczyć. Moment nieuwagi obie wojowniczki wykorzystały skutecznie. Już po chwili, Serafia stała na przeciw człowieka, a Demonica skrzyżowała miecz z ostatnim elfem.
Ale zwykli wojownicy nie byli dla nich wyzwaniem. Elf zastawił się mieczem, przed ciosem Yassamet. Ale nie docenił jej nadludzkiej siły. Demoniczny miecz opadł ze świstem, uderzył w wątły miecz elfa, strzaskał go i zagłębił się w ciało.
Człowiek który walczył z Serafią nie miał wcale lepiej. Nie ustępowała Demonicy siłą, ale wolała subtelną technikę. Dwa miecze zatańczyły w zabójczej kombinacji, odtrąciły broń najemnika i pocięły go prawie na plasterki. Zakrwawione zwłoki padły na błotnistą ziemię.
Było po wszystkim.
Yassamet wytarła miecz z posoki.
- Dobra. To teraz ty się zaopiekuj tym, kogo mieli, a ja się zajmę tym, co mieli.
I zaczęła bez żenady obszukiwać ciała.
Serafia wytarła broń, schowała miecze i podeszła do skulonego ciała pod drzewa.
Też był elfem. Jasne, złote włosy, uszy z zaledwie lekko zarysowanymi szpicami i skóra o barwie kremu karmelowego, mówiły wyraźnie, że jego domeną jest las. Był ubrany w liche łachmany szyte z najgorszego sortu płótna, grubym ściegiem i tanimi nićmi. Wyraźnie mocno znoszone. Do tego brudne i wielu miejscach podarte. Na piersi i na plecach bluzy miał wymalowane ciemnoszarą farbą jakiś dziwny znak.
Był nieprzytomny. Twarz była zapuchnięta, nos rozbity. Z kilku drobnych rozcięć na twarzy ciekła obficie krew. Znak, że jeszcze żyje.
- Hej! Łap!
Odwróciła się w stronę Yass i zobaczyła lecącą w jej stronę buteleczkę. Sprawnie złapała ją w powietrzu.
- Korzystaj. Ten koń ma połowę juków wypełnioną tymi drobiazgami.
Powiedziała jeszcze Demonica, zajęta przeszukiwaniem bagaży poległych. Cichy brzęk monet wskazywał, że pragmatyczny Sukkub troszczy się o osierocone precjoza.
Wendalin odkorkowała buteleczkę i wlała jej krwistą zawartość do ust biedaka.
Chwilę później z cichym jękiem, elf otworzył oczy. Rany przestały krwawić. Skóra nabrała żywszych barw. Popatrzył na Serafię a potem rozejrzał się po ciałach walających się po drodze.
- Co się stało? Kim jesteś?
Zapytał słabym głosem. Musiał być mocno osłabiony i to nie tylko ranami.
- Spokojnie. Jesteśmy przyjaciółmi. Oni już ci nic nie zrobią. Jak się nazywasz?
- Gingers. Gingers Oak. Z osady Eisidisi w puszczy Kermak. Porwali mnie... Jaki dziś dzień?
- Piąty dzień Sempra. Rok Płonącego Smoka. Albo jak wolisz, 1134 od wygnania Herwena Okrutnego, według ludzkiej miary kupieckiej.
Elf przełkną ślinę.
- No to będzie ponad cztery lata. Kurcze, kupa czasu. Pracowałem jako robotnik w stajniach, w zamku Kreszten. Było ciężko, bo nie dbali o niewolników. Ale ostatnio zaczęło się robić naprawdę źle. Zaczęli składać ofiary z ludzi. Na początku skazańców. Potem łapali jeńców na bagnach. Przypadkowych podróżnych, węglarzy, smolarzy, nawet własnych poddanych. Zaczęli w końcu kupować niewolników tylko do tego. A wtedy to już bez żenady i za nas się wzięli. Pomyślałem, że szkoda czekać, aż któremuś magowi się wychudzony elf przyda do rytuałów. I uciekłem. Ale mnie zauważyli i wysłali pogoń. Wtedy od razu było wiadomo, co się stanie, jak mnie złapią. Dwa dni uciekałem. Ale tu... Ani wody, ani jedzenia. Tyle co kilka kropel deszczu złapałem. A już wcześniej sił za dużo nie miałem. Złapali mnie. Zabić mnie nie chcieli, bo ich panom żywy byłem potrzebny. Ale uznali, że swoje krzywdy od razu spłacą.
Yassamet podeszła bliżej i rzuciła mu niewielką sakwę, z której wystawał kawał sera i bochen chleba.
- Lepiej powiedz, jak ci się udało uciec. I dziwna sprawa, wszyscy mieli na szyi takie dziwne amulety.
Elf spojrzał na nią i szarpnął się do tyłu.
- Na Hermena Złośliwego! Następna! To już generałów po niewolników wysyłacie!?
Yassamet prychnęła.
- A ty czego taki zastrachany? Ładnej kobiety nigdy nie widziałeś? Nie bój, się ta siostra miłosierdzia nie da mi cię, na razie, skrzywdzić.
Elf dalej się na nią gapił.
- Wyglądasz prawie jak tamta!
Oczy Yass zwęziły się niebezpiecznie.
- Jaka „tamta”?
Elf przełknął ślinę i popatrzył raz na jedną, raz na drugą.
- Jak przywołali tego cholernego demona, bez urazy – zwrócił się do Demonicy – I zaczęli mu składać ofiary, to on przysłał kilka pomniejszych Demonów. Służą jako generałowie, zakonowi. I jest tam taka podobna do ciebie, Pani, trochę inna. Ma rogi o barwie koziego mleka i taką dziwną bliznę na policzku.
- W kształcie gwiazdy?
- O prawie tak! Może to i gwiazda.
- Znasz jej imię?
Ton jej głosu nabrał stalowej barwy.
Elf przełkną ślinę.
- Słyszałem kiedyś... Dziwne imię. Coś jak Waramistąd...
- Werez’mish’deat?
- O właśnie tak.
Twarz Yassamet rozjarzył mroczny uśmiech.
- To bardzo dobre wieści... Bardzo dobre. Oba ptaszki razem.
A potem uniosła jeszcze dziwny amulet.
- A to co?
- A to ich przepustki i znak rozpoznawczy. Kupę luda nasprowadzali, to żeby się poznawać takie ozdóbki noszą.
Yassamet wzruszyła ramionami i założyła amulet. Popatrzyła krytycznie.
- Zupełnie bez gustu.
I Wróciła do koni. Chyba chichotała pod nosem.
Wendalin popatrzyła za nią. Pokręciła głową, jak nad niepoprawnym dzieckiem i odwróciła się do Elfa.
- Dobra, jedz bo widzę jak ci ślina cieknie do tego chleba. Powiedz nam jak się przedostałeś przez ich obozy i wydostałeś się z zamku.
Elf nie czekał, oderwał kawał chleba i wbił w niego zęby. Przez chwilę przeżuwał i połknął od razu ogromny kęs. Przez chwilę się męczył i przełknięciem, aż w końcu mu się udało.
- Uoooch! Ale dobre. Z ucieczką z zamku nie było problemu jak się zna odpowiednią drogę.
Pod zamkiem jest jaskinia połączona z piwnicami. Kiedyś służyła za drogę ucieczki, ale jaskiniaki się tam zalęgły i nikt z załogi nie chce się tam zapuszczać. Parę razy już próbowali te jaskinie oczyścić ale zawsze ludzi tylko tracili. A ja, nie chwaląc się, mam talent do zwierząt i umiem sobie z nimi radzić. Strach było, ale już wolałem te potworki, niż nóż ofiarny.
- Jakie jaskiniówki?
Spytała Serafia. Nie znała tej nazwy.
- Nooo... Zwyczajne. Nasi tak na nie mówią. Takie wielkie jak tur, do chrząszcza podobne. Porosty w jaskiniach żrą, ale obcych nie lubią i zabijają. Szybkie cholernie.
- Ryby Jaskiniowe?
Elf wzruszył ramionami, przełykając kolejny kęs chleba.
- Dla mnie, to do ryb wcale nie podobne. Ale jak sobie Pani życzysz, to dla mnie mogą to być I ryby i robaki i koty. Ledwo żem się koło nich przemknął. Ale ledwo godzinę po wyjściu z jaskini, patrol mnie zobaczył. Po tych ciuchach mnie poznali, bo wszystkim niewolnym na zamku takie dają. Gonili mnie, ale się im w wykrocie jakimś schowałem. W końcu odeszli, ale innych powiadomili i zaczęła się obława. I ci mnie naszli. Resztę znacie.
Wgryzł się łakomie w ser i za moment przegryzł go chlebem.
Popatrzyły po sobie. Wreszcie Yassamet wzruszyła ramionami.
- Dobra, niech ci będzie. Ważne, żeby się tam dostać. Pogadaj, a ja jeszcze coś sprawdzę.
- U którego widziałam ten złoty pierścień ze szmaragdem?
Mruknęła pod nosem i poszła się ponownie przyjrzeć ciałom zabitych.
Wendalin pokręciła głową w przesadnym geście rezygnacji. Demona wszak nie na da się nawrócić. A potem znów odwróciła się do elfa.
- Jak zjesz, weźmiesz jednego konia, który ci pasuje i pokażesz nam tą jaskinię.
Gingers zakrztusił się chlebem. Przez chwilę pokasływał, a potem spojrzał na Serafię.
Jego twarz przybrała barwę najczystszej mąki.
- OSZALAŁYŚCIE!? Za nic tam nie wrócę! Wiecie ilu tam strażników łazi po bagnach!? Prędzej...
Nie dokończył. Serafia nagle nachyliła się i złapała go za przód bluzy i podciągnęła go do swojej twarzy. Zamarł wpatrzony w srebrzyste oczy, które do tego momentu kojarzyły mu się z poświatą księżyca. Ale teraz dojrzał w nich ocean bardzo zimnego lodu. Lodu, jakiego nigdy by się nie spodziewał ujrzeć za życia.
- A chcesz się założyć?
Wyszeptała mu prosto w twarz swoim srebrzystym głosem.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-09-02, 16:14, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-05, 20:45
|

|
|
C.D.
Po drodze natknęły się jeszcze na dwie grupy żołnierzy Zakonu. Po tych spotkaniach Demonicy wyraźnie poprawił się humor. Szczególnie po ostatniej grupce, którą zaszlachtowała praktycznie samodzielnie. Gingers przy okazji zmienił ciuchy, zaopatrzył się w amulet Zakonu i uzbroił w krótki łuk. Od razu poczuł się pewniej.
Na koniach droga, którą przemierzał cała dwa dni, potrwała tylko kilka godzin.
Przed wieczorem ujrzeli niewielkie urwisko, u podstawy którego rosło istne morze krzaków cierniowych.
Gingers wskazał ręką na nie.
- Stąd nie widać, ale tam jest ścieżka przez te zarośla. Konia się nie przeprowadzi, ale pieszo można się przecisnąć.
Serafia rozejrzała się. Okolica była zupełnie pusta.
- W takim razie zsiadamy. Bierzemy tylko plecaki i najpotrzebniejsze rzeczy. Tylko co z końmi? Żal je tak tu zostawiać, a i ślad będzie, że ktoś się kręci. Jak by przyjechał patrol...
Gingers uśmiechnął się.
- Ja się nimi mogę zająć. Ja tam nie wrócę. Ale jak się pójdzie tą drogą jeszcze godzinę, to na drugim końcu urwiska jest druga jaskinia. Mała, ledwo dziura jak dla niedźwiedzia, ale osłonięta i konie się zmieszczą. Mogę tam zaczekać.
Yassamet była wyraźnie zniecierpliwiona.
- Dobra. Jak chce niech sobie tam posiedzi w dziurze. Ja idę.
Zsiadłą z konia i zaczęła przetrząsać juki sprawdzając co się może przydać w drodze.
Serafia poszła w jej ślady. Wyciągnęła niewielki plecak i szybko wypełniła go paroma drobiazgami. Wyjęła też kawał pergaminu, inkaust i pióro. Skreśliła szybko kilka słów. Potem klepnęła konia w zad i zwróciła się do elfa.
- Czekaj w tamtej jaskini przez dwa dni. Jeśli przez ten czas się nie pokażemy, uciekaj na północny zachód. Odszukaj klasztor Zakonu Serafi i oddaj to matce przełożonej. Ewentualnie, pierwszej napotkanej mojej siostrze. Gdybyś wpadł w znów w niewolę, zniszcz ten pergamin.
Powodzenia.
Gingers wziął zwój i schował go za pazuchę. I pożegnał się jeszcze raz dziękując za uratowanie życia.
Wendalin ruszyła za znikającą w krzakach Demonicą. Po kilkunastu krokach i kilkuset przekleństwach Yassamet pod adresem cierni, przedarły się do stóp urwiska. Przed nimi czernił się w skale, niewielki otwór.
- Pożegnałaś tego płaczka? Dziwię się czasem, jakim cudem wy jeszcze łazicie po tym świecie z takimi miękkimi serduszkami.
Zgryźliwie odezwała się Demonica.
- Już dawno was wszystkie powinien ten świat przeżuć i wypluć.
Serafia westchnęła z przesadną atencją.
- Co posiejesz to zbierzesz, ale żaden demon tego nigdy nie pojmie. Macie za długie nosy i widzicie tylko ich czubek.
Odgryzła się.
- Co to za ryby, których tak się bać trzeba?
Serafia zajrzała w otwór jaskini.
- Tylko się tak nazywają. To takie wielkie robale. Żrą porosty w jaskiniach, ale mają silnie rozwinięty instynkt terytorialny. A są za głupie by bać kogokolwiek. Mają spore żuwaczki i są cholernie szybkie.
- Nie brzmi to wcale tak groźnie.
- Nie? To wyobraź sobie wielką krowę, opancerzoną jak smok, szybką jak błyskawica i z pazurami jak bazyliszek. A przy tym równie wredną jak teściowa przed karmieniem.
Yassmet wzruszyła tylko ramionami.
- Pożyjemy zobaczymy. Panie przodem...
I dworskim gestem ustąpiła Wendalin z drogi.
Serafia skłoniła się i zanurzyła się w mrok jaskini. Przechodząc obok sojuszniczki, rzuciła krótko.
- ... a mądrość przed urodą...
I uskoczyła przed wściekłym kopniakiem.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-09-05, 21:02, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-09, 20:30
|

|
|
C.D.
- KROWY? To mają być krowy? Coś ty wymyśliła?!
Gwałtownie odskoczyła przed rzucającą się na nią bestią i cięła ją oburącz mieczem. Chitynowy pancerz pękł, ale nie powstrzymało to potwora.
- To są wcielone diabły!
Uskoczyła przed kolejnym ciosem potężnych szczęk i ponownie uderzyła w szerokie pęknięcie pancerza. Tym razem jednak rozpaliła ostrze piekielnym ogniem. Robal wrzasnął dziko i zaczął się dziko miotać po dnie jaskini. Następny już szykował się do niesamowicie szybkiego doskoku.
Wendalin wcale nie szło lepiej. Jej miecze były lekkie i przeznaczone do szybkich, technicznych cięć, a nie do kruszenia kamieni.
Nawet energetyczne ostrza wirujące wkoło jej ciała, nie mogły przebić niesamowicie twardej ochrony Ryby Jaskiniowej. Uskakiwała więc i szukała chwili by sięgnąć po topór. Ale w końcu wypatrzyła okazję. Robak minął ją o centymetry i walną z rozpędu w ścianę. Na moment go to zastopowało. Serafia doskoczyła i wbiła miecz pomiędzy grube i szerokie płyty pancerza. Ułamek sekundy później drugi miecz również wślizgnął się w ciało, w ślad za pierwszym. Potwór wydał z siebie dziki skrzek i znieruchomiał. Wyrwała miecze i sięgnęła po topór.
Yassamet przyzwała magiczną sferę płomieni. Magiczny twór uniósł się w powietrze i pomknął ku atakującej ją Rybie. Niewielkie rozbryzgi ognia pomknęły ku niej i rozbiły się o pancerz robaka. Musiały jednak zaboleć, bo tępa istota rzuciła się na ognistą kulę mimo, że nie mogła jej dosięgnąć. Demonica skoczyła do przodu. Tuż przed robakiem zmieniła się w ognistą bestię i z całej siły wbiła pięść w bok stwora. Ręka pędzona nadludzką siłą demonicznej istoty rozbiła płyty pancerza jak taran bramę i wniknęła w szarawe mięso pod spodem. Ogień bijący z demona, natychmiast zkauteryzował ranę. Po grocie rozszedł się nieprzyjemny zapach palonej kości i mięsa. Umierający potwór szarpnął się w agonii z taką siłą, że rzuciło demonem o ziemię. Ognista istota zawyła, gdy upadając wyrwała rękę z rany.
Zapadła cisza. Demon zniknął i Yassamet wstała wolno z brudnego szlamu pokrywającego dno jaskini. Była blada i trzymała się za ramię.
Wendalin czujnie rozglądała się, ale w tej grocie nie było już więcej przeciwników. Aż strach pomyśleć, co się czai dalej. Włożyła topór w zaczep pasa przewieszonego przez plecy i podeszła do Demonicy.
- No to lekcję zoologii pod tytułem „Dziwne istoty z jaskiń” mamy z głowy. Pokaż to ramię.
Yassamet krzywiła się niemiłosiernie, ale posłusznie podeszła bliżej. Nie była w stanie się kłócić. Ramię pulsowało nieznośnym bólem.
Wendalin obejrzała je.
- Drobiazg. Musiałaś je wybić ze stawu, kiedy padałaś. Nastawimy, drobne zaklęcie regeneracji i po krzyku.
- Nic mi nie będziesz nastawiać... sadystko.
Jeknęła ranna.
- Jak nie to nie.
Zmieniła temat.
- Co to było za zaklęcie z tą kulą ognia? Wygląda dość użyteczne.
Yassmet odwróciła wzrok.
- Drobiazg.... To niezbyt silny magiczny straż AAAAAARGH!
Wrzasnęła nagle, gdy Serafia niespodziewanie złapała ją za rękę i pociągnęła. Do wrzasku zawtórował Yassamet wyraźny trzask gdy kość wskoczyła na swoje miejsce.
Tak blada, że niemal biała na twarzy opadła na kolana i przez moment nawet chyba płakała z bólu. Ale stopniowo się uspokajała. Ramię wciąż bolało, ale ból słabł z każdą chwilę.
- Tyy...ty.... Skarg’tzah ... ty... Zapł...acisz mi... za to...
Wystękała powoli.
Serafia wzruszyła tylko ramionami.
- Proszę bardzo. Nie musisz dziękować. Zregeneruj to, a ja poszukam w plecaku mikstury. Nie zaszkodzi ci.
I faktycznie. Dwadzieścia minut później, Yassamet ostrożnie zakręciła na próbę młynka mieczem.
- Ujdzie... Ruszamy dalej?
Mruknęła jakby nic się nie stało. Wendalin tylko pokręciła głową i poszły dalej w mrok jaskini. A po kilkudziesięciu metrach doszły do następnej wielkiej groty.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-12, 00:42
|

|
|
C.D.
- Widzisz coś?
Zapytała cicho Demonica.
- Widzę. Ciemność.
Yassamet parsknęła i posłała w głąb jaskini niewielką kulkę jasnego ognia.
Serafia nie pozostała w tyle i puściła własne światło.
W pulsującym, pomarańczowo białym świetle dwóch magicznych ogników, ukazała się spora część ogromnej komory. Biało różowe skały lśniły kropelkami wody i cząsteczkami niewielkich kryształów. Długie stalaktyty rzucały migoczące cienie. Komora była duża. Spokojnie zmieściła by się tu stojąca katedra. Mniej więcej środkiem jaskini wiła się wąska droga pomiędzy ogromnymi głazami, które przed eonami odpadły od stropu jaskini. Sporą część kamieni i ścian porastały sine naloty mchów. A daleko przed nimi, niemal na granicy słabego światła i wszechwładnego cienia, pasły się trzy owalne potworki. Na razie nie zwróciły uwagi na światło. Były i tak prawie ślepe.
- Widzisz? Jak pójdziemy za tamtym głazem, powinny nas nie zauważyć.
Wskazała ręką Wendalin.
- Jak chcesz… tylko…
Jej wysokość z piekła rodem zawahała się.
- Co „tylko”?
Yassamet zrobiła zakłopotaną minę.
- No właśnie nie wiem. Mam takie głupie przeczucie, że się nie uda.
Wendalin spojrzała się na nią.
- Boisz się?
Yassamet parsknęła. Jedna z jaskiniowych ryb, odwróciła głowę w jej stronę. Nie zwróciły na to uwagi.
- Ja? Ja nie boję się niczego. Idziemy.
Ruszyły przez dno jaskini omijając większe głazy i pokonując brejowaty szlam, zmieszany z drobnym gruzem. Wendalin popatrzyła w dal i zatrzymała się.
- Yass?
- Hmm…
- Tam były trzy te krowy?
- Tak wyglądało a co?
- Bo ja widzę tylko dwie.
Yassamet spojrzała w tamtą stronę.
- O kurczę. Stała tam przy … UWAŻAJ!
Z wielkiego głazu wyskoczyło nagle wielkie bydlę i z rykiem rzuciło się w ich stronę.
Serafia wyszarpnęła swój topór i uskoczyła tuż przed uderzeniem potężnej żuwaczki.
Yassamet cięła z boku mieczem, ale ostrze ześlizgnęło się po obłym pancerzu. Bestia zwróciła się błyskawicznie w jej stronę, a wtedy Wendalin z szerokiego zamachu walnęła obuchem w bok potwora.
ŚWIATŁO
Błysnęło wypalając obraz w oczach a potężny huk przełamał odwieczną ciszę jaskini.
Podniosły się powoli i otrząsnęły. Robal leżał na boku, a w jego pancerzu widniała wielka, dymiąca dziura.
- Kurczę…
Mruknęła Yass.
- Co to było?!
Wendlin wzruszyła ramionami. Oglądała uważnie zakupiony niedawno topór.
- Nie wiem. Wyglądało jak bardzo silna kula ognia.
- Może silna ale bardzo głośna. Nie sądzisz, że może nam to coś ściągnąć na głowy?
Wenadlin spojrzała w głąb jaskini.
- Nie… Nie może. Już ściągnęło.
I wskazała na wąskie przejście, gdzie stały dwie kolejne bestie węsząc w powietrzu.
A potem jedna z nich ryknęła i rzuciły się na Wojowniczki. Były nieprawdopodobnie szybkie, w ciemnym świetle jaskini wyglądało, jakby ich sylwetki rozmazywały się i pojawiały znów, tylko dużo bliżej. Klekot pazurów na podłożu jaskini zlewał się w jednostajny dźwięk.
Wendalin zamachnęła się i z potworną siłą opuściła topór na głowę atakującej ją istoty. Rozległ się obrzydliwy trzask lecz tym razem ogień nie pojawił się. Rozpędzona bestia nie zwolniła i uderzyła całym impetem w Serafię. Wendalin krzyknęła i obie wpadły na pobliski głaz.
Yassamet nie miała czasu się zastanawiać. Z ledwością zdołała uskoczyć przed potworem i cięła go mieczem pod odwłoku. Ostrze znów się ześlizgnęło. Ryba odwróciła się i zaatakowała ponownie. Demonica poczuła, za plecami wielki głaz. Znów uskoczyła a tępa istota z impetem walnęła w skałę. Wykorzystała to i wbiła miecz w pancerz. Tym razem miecz przebił twardą płytę chityny i zagłębił się w ciało. A potem zapłonął piekielnym ogniem wypalając trzewia istoty.
Było po wszystkim.
Rozejrzała się. Druga ryba była niedaleko. Ale nie ruszała się. Nigdzie nie było widać Serafi.
Zaintrygowana Yassamet, trzymając w pogotowiu miecz, podeszła bliżej.
Pierwsze, co rzuciła się jej w oczy, to leżący w szlamie topór. I blada ręka wystająca zza głowy potwora.
Podeszła bliżej i poczuła jak coś podchodzi jej do gardła.
Wendalin wpół leżała, wpół siedziała oparta o głaz. Nie ruszała się. Jej jasna twarz, teraz była poszarzała i nieruchoma. Oczy zamknięte. A potężne szczęki martwego potwora były zaciśnięte na jej nodze. Z pod obu ciał wyciekała pomału szeroka kałuża zielonej posoki, wymieszana ze strugami srebrzystej krwi.
- Ładnie, hrugra, ładnie!
Z niesmakiem rzuciła demonica. A potem podeszła bliżej i przyjrzała się dokładnie. Zauważyła, że pierś Wendalin unosi się powoli i słabo. Ręka sama ruszyła się i końcówka miecza oparła się na szyi nieprzytomnej Serafi. Gdzieś na dnie jej duszy zapiszczało tęsknie pragnienie, żeby wbić miecz w to miękkie, odsłonięte gardło. Uczucie niosło w sobie obietnicę wspaniałej przyjemności i rozjaśniło jej twarz wrednym uśmiechem.
Czubek ostrza dotknął miękkiego dołka między obojczykami. Uśmiech poszerzył się i mocniej naparła na ostrze.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-09-12, 00:50, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-15, 07:54
|

|
|
Nie znudziło się jeszcze?
C.D.
Patrzyła jak czubek miecza napiera na skórę tuż na granicy jej przebicia. Tuż, tuż. Jeszcze centymetr i skóra pęknie a metal wydrze życie z tego lodowo, srebrnego ciałka anielicy.
A potem nagle cofnęła ostrze.
- Do Dr’uzh z tym. Za miękka się robię!
Schowała miecz do pochwy i poszukała szybko plecaka Serafi. Jakoś nie umiała się zmusić by podzielić się własnymi zapasami. Otworzyła jej usta i wlała w nie pomału całą buteleczkę czerwonej driakwi. Minęła kilkanaście, długich sekund, nim Wendalin jęknęła i otworzyła oczy. I prawie natychmiast wrzasnęła z bólu.
- Spokojnie!. Leż i nie ruszaj się!
Wendalin tylko zacisnęła usta. Ale twarz nadal wykrzywiała się jej w potwornym grymasie.
Yassamet sięgnęła po leżący nie daleko topór.
- Dobra. Mnie się to też nie podoba, ale inaczej cię nie wydostanę.
Stanęła trochę z boku i uniosła topór. Mimo cierpienia, Wendalin zrozumiała co chce zrobić. Jej oczy zdążył się tylko zrobić wielkie jak spodki i topór opadł.
Metal lecącego ostrza odbił światło demonicznego płomyka oświetlającego okolicę i spadł z mlaszczącym odgłosem na ciało poniżej.
Wendalin wrzasnęła, uniosła tułów i straciła przytomność, opadając na ziemię.
Yassamet uniosła szybko topór i uderzyła drugi raz. Kałuża posoki na ziemi wyraźnie przybrała bardziej srebrzystą barwę. Demonica nie czekała. Odrzuciła topór, złapała Serafię za ręce i odciągnęła od ciała jaskiniowej ryby. Ułożyła ją szybko kawałek dalej i uważnie przyjrzała się jej nodze w której nadal tkwiły odrąbane przed chwilą wielkie żuwaczki.
- Na łysy ogon chochlika! Oby nigdy żaden demon się nie dowiedział co ja tu robię!. No siostra! Masz u mnie dług jak nie wiem. Za miękka się robię. Powinnam cię tu zostawić i mieć spokój.
Mruknęła do nieprzytomnej Serafi. Wyciągnęła następną flaszkę mikstury i wlała ją do gardła rannej towarzyszki. Nim mikstura zaczęła działać, pochyliła się i wyrwała szybko wbite w ciało resztki potwora. Nieprzytomna Wendalin jęknęła przy tej operacji. Yassamet, patrząc z niepokojem na płynący z ran strumień srebrnej krwi, sięgnęła szybko do plecaka, ale nie znalazła tam żadnych bandaży. Popatrzyła na rany i uśmiechnęła się paskudnie.
- Pamiętasz siostra jak mówiłam, że mi zapłacisz za rękę? No to spłacam dług.
Jej ręce zmieniły się w płonący żar i zacisnęła palce na ranach. Zaskwierczała przypalona skóra, a z warg Serafi wydobył się kolejny jęk pełen cierpienia. Przez chwilę trzymała ręce, wciągając w nozdrza zapach palonego mięsa, nim cofnęła ręce. Wypalone rany przestały krwawić. Pozostało czekać.
Minęły prawie dwie godziny nim Wendalin otworzyła oczy. Leżała w ciemnościach, na twardym i zimnym podłożu. Czuła strużki zimnej wody ściekającej na jej ciało. Gdzieś z dołu ciała czuła tępe fale pulsującego bólu. Była tak zmęczona i obolała, że nawet nie próbowała się podnieść.
Wpatrywała się w upiorną ciemność, próbując coś dojrzeć, ale nic więcej nie chciało jej się robić. Leżała i bezmyślnie wpatrywała się w mrok.
Aż wydało jej się, że dostrzega zarysy kamiennego sklepienia. Widzi rosnące cienie stalaktytów. Patrzyła jak obraz się rozjaśnia i staje coraz wyraźniejszy i wtedy uświadomiła sobie, że zbliża się do niej pomarańczowe światło.
Ledwo to sobie uświadomiła, rozległ się dźwięk uderzenia o kamień i dobiegło ją soczyste przekleństwo. Chwilę później pojawił się wiszący w powietrzu mały ognik, a za nim ukazała się Yassamet.
- Co za baran wymyślił, żeby w jaskini walało się tyle kamieni!
Zgłosiła pretensjonalnie Demonica. Chyba kulała trochę na jedną nogę.
Podeszła bliżej.
- No! Siostra! Co tak leżysz? Nie za zimno ci?
Sięgnęła do plecaka.
- Masz, to już czwarta. Naprawdę mocno oberwałaś!
Podała Wendalin małą buteleczkę z miksturą leczącą.
- Jak to cię nie postawi na nogi, to będę musiała cię tu zostawić i iść sama na zabawę.
Schyliła się i pomogła usiąść Serafi. Ta, obojętnie przytknęła otwartą buteleczką do ust i wydoiła całą zawartość jednym haustem.
- Spokojnie! To nie wino, tylko lekarstwo. Trzeba je pić pomału, żeby czuć cały paskudny smak. Wtedy człowiek szybciej zdrowieje, żeby nie musieć pić po raz drugi.
Pouczyła ją protekcjonalnie Yassamet.
Wendalin przez chwilę pozwalała sobie na zbieranie sił. Ból prawie ustąpił. Zmęczenie powoli odchodziło. Ciepło wracało do wymęczonego ciała.
- Wypchaj się!
Mruknęła niechętnie do Demonicy i cisnęła w głąb jaskini pustą buteleczkę. Z oddali doleciał cichy brzęk pękającego szkła.
Ta uśmiechnęła się pod nosem.
- O proszę! To świętoszka, którą wszyscy znamy i kochamy. Wredna, zła i wkurzona. Wstawaj! Złamania trzeba rozchodzić!
Dodała jeszcze wesołym tonem.
- A tobie co odbiło? Gazami się jaskiniowymi strułaś, że tak ci wesoło?
Prychnęła Serafia, ale spróbowała się jednak podnieść. Pierwsza próba nie wyszła i pacnęła ponownie na zimną ziemię.
- Może gazami, a może po prostu znalazłam wyjście. No dawaj! Nie leż tu jak jakiś ochłap. Chcę widzieć jak walczysz i jak się krzywisz z bólu!
- Odwal się ty wredna kozo!
Warknęła Wendalin, ale jednak spróbował się podnieść znowu. Tym razem poszło jej znacznie lepiej i stanęła na własnych nogach.
- No to skoro już wstałaś, to możesz dla poprawy kondycji pobiegać trochę w kółko…
Wściekły błysk srebrzystych oczu niemal pokonał ciemność jaskini.
- … albo też zrobimy sobie krótki popas dla poprawy sił. Mówiłam, że znalazłam wyjście?
Yassamet była cała w skowronkach. Za mniej niż godzinę czasu, będzie mogła przystąpić do swojej wściekłej zemsty. Nic jej teraz nie mogło popsuć humoru.
Choć Wendalin, zbierająca siły i docinająca Demonicy jak tylko mogła, przez następne półgodziny, niebezpiecznie się do tego zbliżyła. Po raz kolejny i zapewne jeszcze nie ostatni.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-09-15, 07:57, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-20, 23:32
|

|
|
Wiem, że czekacie. Niestety muszę czasem spać, a w tym tygodniu miałem zajęte średnio 18-20h na dobę. Łącznie z Sobotą.
Dlatego, lecimy dalej.
C.D.
Jaskinia wkrótce zwęziła się do skalnej szczeliny, a ta przeszła w niski i ciasny chodnik, wyłożony połączonymi zaprawą, niewielkimi kamieniami ewidentnie ciosanymi ludzką ręką.
Żaden Elf nie przyznałby się do takiej fuszerki, a Krasnolud na taki widok partactwa dostałby zawału. Jedynie Orki mogły by pochwalić niewielkie i krzywe kamienie jako najwyższą sztukę murarską. Wilgoć przez lata przesączała się pomiędzy kamieniami, pokrywając je śliskim szlamem i stwarzając istny raj dla jaskiniowych porostów.
Po kilkuset krokach przeciskania się korytarzem dotarły do ciemnych i równie śliskich schodów, które ciasną i stromą spiralą pięły się w górę. Jedynym pozytywnym aspektem ciągnących się bez końca stopni było to, że im wyżej wchodziły tym robiło się cieplej i bardziej sucho. W połowie schodów szlam znikł niemal zupełnie i zastąpił go wszechobecny kurz, przecięty jeszcze małymi śladami uciekającego Elfa.
- Długo jeszcze?
Warknęła Wendalin. Odzyskała już siły i wyleczyła nogę, lecz świadomość, że dała się tak łatwo powalić bezrozumnemu robalowi, boleśnie ukąsiła jej duszę. Wyjątkowo rozumiała, czemu Yassamet tak często poprawia sobie humor zabijaniem wszystkiego co nawinie się jej pod rękę. Sama miała teraz ochotę kogoś zabić by samej sobie udowodnić iż był to tylko pechowy wypadek.
- Hektar i dwie staje. A jak, hrugra, myślisz.
Demonica idąca przodem, nie straciła jeszcze humoru, ale długa wspinaczka pomału zmieniała ten stan.
Serafia zgrzytnęła zębami i błyskawicznym ruchem wyrwała z pochwy sztylet i bez pardonu ukuła Demonicę tam, gdzie już skrzydeł nie miała.
Yassamet z zaskoczenia podskoczyła i huknęła hełmem o niskie sklepienie.
Odwróciła się szybko, ale Serafia, wyraźnie próbująca ukryć chichot, zdążyła schować narzędzie mordu.
- Rozumiem, że ci się śpieszy, ale zwolnij trochę!
Wendalin miała niemal niewinną, anielską minę.
Radosny humor Yassamet właśnie wrócił do stanu neutralnego. Zwęziła niebezpiecznie oczy, a ogień wściekle zatańczył w jej oczach.
- Zrób to jeszcze raz, a sam Chaos mi świadkiem, że złamię ci drugą nogę i każę na niej tańczyć po rozpalonych węglach.
Zimny, stalowy głos wydawał się mrozić i tak chłodne tu powietrze.
- Na pewno. A teraz możesz już iść dalej? Chyba, że chcesz tu doczekać pierwszych zmarszczek?
Wydawało się, że wzrok Demonicy nie może być bardziej morderczy. Ale jakoś udało się jej dokonać tej sztuki. Po chwili odwróciła się z parsknięciem i coś mamrocząc pod nosem w swoim demonicznym języku, ruszyła dalej. Czułe uszy Wendalin wyłapały kilka słów, które zdecydowanie nie nadawały się do tłumaczenia.
Nie uszły daleko, gdy schody się skończyły. A kawałek dalej, krótki korytarz kończyły ukryte w murze drzwi. Ukryte oczywiście od zewnątrz, bo nikt nie zawracał sobie głowy, by chować ich mechanizm od środka. Popatrzyły na siebie. Yassamet wzruszyła ramionami, Wendalin kiwnęła głową. Zgrzytną stary, przyrdzewiały mechanizm i znalazły się w zamkowej piwnicy.
Anioł i Demon, każde wiedzione innymi powodami, ramię w ramię stały w samym sercu siedziby wroga. I wspólnie ruszyły ku przeznaczeniu. A droga ku niemu prowadziła przez piwnicę i kolejne schody. Obie wiedziały, że zapas szczęścia mocno już wyczerpały.
Nim zdążyły wyjść z piwnicy, omal nie wpadły na pierwszy patrol. Tym razem wyjątkowo nietypowy. Po wyjściu z komory, gdzie znajdowało się wejście do podziemi, znalazły się na krętym korytarzu pełnym drzwi do innych komórek. Gdzieś w połowie korytarza ujrzały przed sobą zbliżającą się poświatę. Yassamet już wyciągała miecz, ale Serafia uznała, że jeszcze za wcześnie na otwartą walkę i wszczynanie alarmu. I bezceremonialnie
Wepchnęła Demonicę do najbliższej komórki. Zgasiły magiczne ogniki i czekały. Ciemność piwnicy podejrzanie zapachniała gnijącymi ziemniakami. Ale nie było czasu na komplementowanie wrażeń węchowych. Światło zbliżyło się. Jego źródłem okazał się dość okazały demon ognisty. Był nagi i nie miał widocznej broni, poza tą przypisaną jego rodzajowi. Okazałe mięśnie zwieńczyły barczyste ramiona. A dłonie i stopy były wyposażone w imponujące szpony. Ze szkaradnych warg wystawały końcówki pożółkłych kłów. Skrzydła będące parodią smoczych miał starannie złożone na plecach. Na szji zwisał mu amulet bliźniaczo podobny do tych, które zabrały zabitym żołnierzom na bagnach. Zatrzymał się niedaleko ich komórki i czekał. Mijały minuty, a demon zaczął okazywać zniecierpliwienie. Szpony od czasu do czasu mimowolnie dotykały ściany i wycinały w kamieniach nierówne bruzdy.
W końcu zaczął się przechadzać niecierpliwie. Nim wkurzył się na dobre, rozległy się dzikie piski i trzy paskudne stworki wpadły do piwnicy i przypadły do stóp oczekującego Demona.
Dwa padły w kurz podłogi w poddańczym ukłonie, trzeci odważył się paść nieco bliżej.
Demon zaczął mówić coś w swoim ohydnym, gardłowym języku. Yassamet uważnie słuchała. Serafia z intonacji wywnioskowała, że Demon ochrzania za coś mniejsze chochliki.
W końcu zadał jakieś pytanie, chochlik przed nim poddańczo odpowiedział. Dialog toczył się jeszcze kilka minut, Ognisty Demon pytał, chochlik odpowiadał. W końcu Demon wygłosił dłuższy monolog, Chochliki zgodnie pisnęły, a potem wstały i wyleciały z piwnicy. Chwilę później, znacznie dostojniej Demon opuścił piwnicę.
Yassamet wyszła pierwsza i patrzyła zaintrygowana w ślad za Demonem.
- Bardzo ciekawe...
Mruknęła pod nosem.
Wendalin również wygrzebała się z komórki. Coś miękkiego i cuchnącego nabiło się jej na srebrny obcas. Niecierpliwie strąciła to coś i podeszła do niej.
- No dobra. O czym gaworzyli twoi znajomi?
Demonica pogardliwie wydęła wargi.
- To nie są żadni moi znajomi. Te małe to Krath’zgr. Warte mniej od gówna na bucie.
Ten skrzydlaty to jakiś Ha’ht. Tacy jak on, mogą mi co najwyżej się w pas kłaniać, a jak takiego na pal wbijesz to ci powinien podziękować za to, że mu uwagę poświęcasz.
Jestem tylko ciekawa, kto takie nic, oficerem uczynił. Ale to małe piwo. Ciekawsze jest to, że w twierdzy jest kilkanaście takich Ha’ht i małe stadło chochlików. Poza nimi jest tylko jeden wyższy Demon, nie licząc naszego głównego gospodarza.
- Czy poza tymi, niewątpliwie ważnymi, informacjami, dowiedziałaś się czegoś konkretnego?
Serafia nie miała ochoty na wykład o społeczności otchłani i stosunków klasowych.
Ogniste oczy sukkuba niebezpiecznie się zwęziły, ale w końcu odezwała się.
- Demony wcale nie są w sojuszu z ludźmi. Udają tylko. W rzeczywistości, wszystkie robią tylko jedno. Szukają sposobu by z pomocą ludzi, lub bez niej, dokończyć rytuał przywołania i uwolnić z kręgu Pana Ognistego Morza, Władcę Potępionych, Jednego z Wielkich Książąt Otchłani, samego Ankard’era!
Niestety nie zabrzmiało to patetycznie. Yassamet udało się wypowiedzieć tytuł tak, że każde kolejne słowo brzmiało jak coraz gorsza obelga. Twarz skrzywiła w okrutnym grymasie, a oczy błysnęły ogniście.
- A ja do tego nie dopuszczę!
Dodała z mocą.
Serafia patrzyła na nią sceptycznie.
- Oczywiście. Coś jeszcze? Nie obraź się, ale zdrada to raczej nic niezwykłego u mieszkańców otchłani?
Demonica chciała coś odpowiedzieć, ale przypomniał jej się moment gdy trzymała ostrze na szyi bezbronnej Serafi, wcale nie tak dawno temu. Tylko wzruszyła tylko ramionami.
- Jeszcze tylko to, że szukają runy odwołania, którą ludzie usunęli z kręgu. Muszą ją przejąć by ludzie nie mogli odesłać tego dupka Ankard’era z powrotem do otchłani, kiedy Demony zrobią im niespodziankę i wypowiedzą umowę. I wiesz co?
Zrobiła minę, sugerującą, że zna jakąś tajemnicę.
- Nie wiem. Co?
Wendalin poszła za konwencją.
- Chochliki ją znalazły. A ja wiem teraz, gdzie ona jest!
Wendalin wyraźnie się ożywiła.
- Przydatne, ale co to nam da?
Yassamet zastanowiła się głęboko.
- Ankard’er chce dostać się do tego świata. Odsyłając go, wbiję mu niezłą szpilę. I z przyjemnością zobaczę jego minę, kiedy ujrzy mnie, wykopującą go z tego świata.
Wiem też, jak sprawić, żeby podróż do domu upłynęła mu w wyjątkowo interesującej atmosferze.
Uśmiechnęła się w przestrzeń, do własnych myśli. Taaak... Pokrzyżuje mu plany, stając tuż przed nim. Ankard’er jest bardzo dumny. A teraz, zdradzona kochanka zetrze tę jego dumę.
I postara się, żeby cała Otchłań się o tym dowiedziała. Nawet, jeśli miałoby to kosztować ją duszę i ciało. Nic jej nie powstrzyma. Użyje całej mocy, każdej odrobinki siły jaką zdoła zgromadzić i uwolni w ognistej furii. I wtedy przypomniała sobie coś jeszcze. Jest jeszcze ktoś, kto zasługuje na jej zemstę. Ktoś, kogo strata dodatkowo ubodzie Księcia Otchłani, niech mu Krath’zgr w dr’uzh wlezą i piknik sobie urządzą.
- Ej! Obudź się!
Serafia przerwała jej rozmyślania.
- Pytałam, gdzie jest ta runa?
Yassamet z żalem porzuciła swój demoniczny raj zemsty.
- Drobiazg. W północnym skrzydle, na piętrze. W dawnej bibliotece. Nie wpuszczają tam demonów i innych. Krath’zgr mówiły, że jest tam jakaś straż. Na tyle silna, że tamten Ha’ht poszedł zasięgnąć rady samego Ankard’era i zwołać paru kumpli. Mamy najwyżej półgodziny, żeby ich uprzedzić. Potem zwali nam się na głowy parę tuzinów Demonów.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-23, 19:47
|

|
|
C.D.
Do północnego skrzydła dotarły w zasadzie bez problemów i zupełnie otwarcie. Nikt nie był tak głupi, żeby zatrzymywać niezwykłą parę. Skoro były w twierdzy, to widać miał pełne prawo tu być.
Trochę więcej kłopotu sprawiła warta strzegąca wejścia. Mieli rozkaz nikogo nie wpuszczać, z poza określonego grona. Otwarta walka nie wchodziła w rachubę, na dziedzińcu, gdzie kręciło się sporo Orków, Elfów, Ludzi i nawet krążyły jakieś chochliki.
Serafia użyła odrobiny magii, tak dyskretnie jak tylko umiała. Chwilę później, strażnicy niczego tak nie pragnęli w życiu, aby te dwie cudowne istoty przeszły przez pilnowane wejście. I byli gotowi zabić każdego, kto ośmieli się podążyć za nimi.
- Mamy kwadrans, nim ci idioci oprzytomnieją i wezwą posilki.
Mruknęła Wendalin już w korytarzu.
Yassamet parsknęła.
- Mamy mnóstwo czasu. Po prostu jak coś robisz, to rób to z sensem.
Odwróciła się i spojrzała na jednego ze strażników. Serafia poczuła delikatną wibrację mocy.
Jeden ze strażników spojrzał na drugiego. Rzucił broń i skoczył na niego. I zaczął go namiętnie całować. Chwilę później, jego obiekt niespotykanych uczuć, otrząsnął się z zaskoczenia i wbił mu sztylet w brzuch. Zrobiło się niezłe zamieszanie i połowa obecnych na dziedzińcu rzuciła się na mordercę. Nikt nie zwrócił uwagi, że dwie wojowniczki zniknęły w drzwiach do zakazanej części zamku.
Serafia popatrzyła wilkiem na Yassamet.
- Sukkuby... wam tylko jedno w głowie.
Otrzymała w zamian tylko pogardliwy uśmieszek.
Znaleźć schody na piętro nie było trudno. Na górze jednak zatrzymały się nagle.
- Czujesz?
Serafia z półprzymkniętymi oczami skupiła się na magicznej aurze, której źródło najwyraźniej było w okolicy. Demonica tylko kiwnęła głową.
- Co najmniej sześciu. W życiu nie spotkałam takiej mocy od tutejszych magów. I ta wibracja. Gdzieś już ją czułam…
- Pewnie, że czułaś. Pamiętasz pewną wesołą kryptę i jej gospodarza?
Yassamet spojrzała na nią zaskoczona.
- Chcesz powiedzieć…
- Nieumarli… w dodatku magowie. Ale tamten, jak mu tam było… Gauri? To był neptek, przy tych tutaj. Przez ściany czuć ich plugawą aurę. Dobrze się zabezpieczyli.
Demonica przełknęła ślinę. Przez moment miała wrażenie, że czuje jeszcze miecz wbity w biodro.
- To co? Ty tych z prawej, a ja tych z lewej?
Wendalin nie odpowiedziała. Nie zdążyła. Z dołu dobiegła ostra wrzawa i kula ognia przemknęła dolnym korytarzem. Spojrzała w dół, rozejrzała się i złapała Yassemt za rękę.
- Szybko! Do tej komnaty!
- Ale…
- Nie teraz! Właź!
Zniknęły za drzwiami.
- Co robisz na Czarną Krew Berchewona!
Serafia przymknęła drzwi na tyle, by widzieć co się dzieje na korytarzu.
- Twoi kumple się pośpieszyli. Pędzi tu O cholercia!
Zamknęła szybko drzwi.
Z korytarza dobiegł cichy szum, jakby łopot setek skrzydeł. Narastał. Po chwili dało się słyszeć ostre piski chochlików. Cała horda przemknęła przez korytarz i runęła stronę biblioteki. W szparze pod drzwiami pojawiła się krwista poświata i kroki tuzina ognistych demonów dołączyły do ogólnej kakofonii.
Z hukiem runęły drzwi do biblioteki pod naporem napastników. A potem echo uwolnionej mocy, niemal powaliło je na kolana. Umierające chochliki wrzeszczały potępieńczo.
Straż stawiła czoło agresorom. Kamienne mury zadrżały od magicznych energii i zaklęć.
Yassamet popatrzyła na Wendalin ze zrozumieniem.
- Brawo. Cwana jesteś. Wybiją się wzajemnie, a my zgarniemy nagrodę.
Ale Serafia położyła tylko palec na ustach. Za drzwiami rozległ się stukot stalowych butów. Stawianych szybko i lekko.
Chwilę później, krwiożerczy ryk wielkiego Demona, dołączył do ogólnej wrzawy.
Zaraz potem, poczuły jak znika jedno z ognisk magicznej mocy. Ktoś właśnie zginął.
Czekały. Trwało to najwyżej dwie lub trzy minuty. Wrzawa zaczęła cichnąć. Czuły już tylko jedno ognisko plugawej moc, które wyraźnie słabło.
Zgrzytnęły miecze Serafi wyciągane z pochew.
- Nasza kolej
Błękitno biała aura spowiła oręż i Wendalin.
Yassamet dobyła własnego miecza.
- Pójdźmy i ucieszmy oczy widokiem krwi.
Żądza mordu opanowała ją całkowicie.
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
|
|
|
 |
Madrik

Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009 Posty: 12 Skąd: Pcim
|
Wysłany: 2009-09-26, 13:23
|

|
|
C.D.
Pierwszy zginął chochlik. Unosił się przed drzwiami ich komnaty, trzepocząc skrzydłami. Myślał, że tu nie dosięgną go ciosy wroga. Drzwi otworzyły się za jego plecami. Obrócił się i ostatnie co zobaczył, to świetliste ostrze spadające na jego łeb.
Drzwi do biblioteki były zamknięte. Wojowniczki spojrzały na siebie i chwilę później wierzeje, zamienione w chmurę drzazg wpadły do komnaty. Demonica i Serafia weszły do środka. Sala przypominała wnętrze jatki po paru tygodniach bez sprzątania. Ciała chochlików zaściełały podłogę, a nawet ściany i sufit. Z tym, że w tym wypadku były mocno rozpaćkane.
Tylko kilka zdołało zachować życie i zdrowie. Pewnie dlatego, że się pochowały w różnych zakamarkach.
Ciała pięciu demonów Ha’ht walały się na podłodze. Na nich strażnicy skupili większość uwagi. Sami zaś strażnicy leżeli rozrzuceni jak sterty szmat.
Pod jedną ze ścian tkwił niewielki postument, na którym spoczywał niewielki kamień, podejrzanie przypominający płytkę z posadzki. Koło postumentu stał inny Sukkub w otoczeniu siedmiu demonów Ha’ht i z zaskoczeniem wpatrywał się w Yassamet.
Yassamet podeszła kilka kroków. Miecz trzymała na pozór niedbale ale ostrze rozpaliło się ogniem na całej długości.
- Cześć Werez’mish’deat, powspominamy dawne czasy? Co słychać u Ankiego? Przylazłaś za nim, na tę kupę błota z miłości, czy już znalazł sobie nową zabawkę?
Druga Demonica potrząsnęła głową jakby odpędzała zły sen.
- Co? Nie przywitasz starej przyjaciółki?
Mocno podkreśliła „starej”.
- A może Anki wyrwał ci ten plugawy jęzor, żebyś mu nie psuła humoru? Mniejsza z tym.
Zapomniałam o manierach. Werez’mish’deat, to jest Wendalin. Jak widzisz jest „świętoszką” i bardzo nie lubi takich jak ty i twoi chłopcy na posyłki. Wendalin – to jest Werez’mish’deat, moja dawna znajoma. Wredna, kłamliwa, parszywa, zdradziecka, brzydka i ogólnie całkiem Kresh’teng… Suka. Poznajcie się.
I Yassamet uśmiechnęła się tak ślicznie jak tylko potrafiła. Dziwne, ale wtedy zawsze jej twarz wyglądała szczególnie przerażająco. Demoniczne oblicze rozjaśnione nie pasującym do niego uśmiechem pensjonarki budziło naprawdę złe skojarzenia. Werez’mish’deat na ten widok wyraźnie przełknęła ślinę. Ha’ht cofnęły się o krok, a jeden czy dwa zaczęły szukać drogi ucieczki.
Wendalin szybko podjęła grę towarzyszki.
- Cześć!
Wesoło kiwnęła głową. W stronę Werez’mish’deat. Szybko porównała ją z Yassamet. Choć z grubsza podobne, wyglądały zupełnie inaczej. Werez’mish’deat miała białożółte rogi, na sobie miała delikatną kolczugę i dwa sztylety przy pasie. Pod spodem miała delikatne ubranie pasujące raczej dwórce niż wojowniczce. Była też nieco drobniejsza.
- Wiesz? Werez’mish’deat trudno wymówić, będę ci mówić Weremika. Tak ładnie to brzmi…
Przerwała. Gdyby w Sali przeżył jakiś świerszcz, w tej chwili było by słychać tylko jego cykanie. Wszyscy w Sali zamarli i spojrzeli na Wendalin. A potem na Werez’mish’deat.
Serafia nagle zauważyła, że pierś Yassamet zaczyna pulsować, a ona sama z trudem powstrzymuje się od chichotu. Werez’mish’deat Dosłownie zpomarańczowiała na twarzy a jej oczy zapłonęły ogniem i skurczyły się w okrutnym grymasie.
Ha’ht nie miały takich problemów. Nagle wszystkie wybuchły grubym i złośliwym śmiechem. Dwa z nich zaczęły się nawet zwijać na podłodze ze śmiechu. Kilka chochlików też parskało dziko z niewiadomej radości.
Werez’mish’deat odwróciła się nagle do Ha’ht i tupnęła nogą.
- Zamknąć się! Zamknąć! Jak mi któryś to powtórzy…
Yassamet nachyliła się do Wendalin.
- Teraz! Zanim się zorientują. Bierz mięśniaków. „Królową” zostaw mi.
Wendalin kiwnęła głową i od razu skoczyła do zaskoczonych Ha’ht, które nadal przeżywały jeszcze „Weremikę”. Szybkimi cięciami, powaliła dwa nim pozostałe zorientowały się, że są atakowane. Werez’mish’deat z piskiem przerażenia odskoczyła do tyłu i w ostatniej chwili uchyliła się przed szybkim cięciem Yassamet.
Zanim Ha’ht się zebrały, Wenadlin zabiła jeszcze jednego. Kilka chochlików rzuciło się na nią. Na jeden impuls myśli, zapłonęły święte ostrza energii i zawirowały w okrutnym tańcu. Chochliki z rozpędu wpadły w energetyczną burzę i zginęły. Te, które nie były na tyle głupie, z piskiem uciekły z komnaty. W ślad za nimi jeden Ha’ht wyrwał się i uciekł.
Trzy pozostałe, już gotowe do walki zaatakowały Serafię.
Werez’mish’deat przez chwilę uchylała się przed ciosami Yassamet, aż nagle zamieniła się w ognistego Demona. Wendalin przez chwilę irracjonalnie zauważyła, że Yassamet w tej postaci wygląda znacznie bardziej imponująco.
Demonica uskoczyła przed wściekłym machnięciem ognistej łapy i schowała miecz do pochwy. Sekundę później dwa ogniste demony stały naprzeciw siebie.
Jeden z Ha’ht zapomniał, że jest w komnacie i spróbował przelecieć nad Serafią, żeby zaatakować ją od tyłu. Ale przez sufit był dużo za nisko. Emanujący niebiańską poświatą miecz rozorał jego ciało od mostka po pachwinę. Demon spadł na podłogę, a trzewia wylały się na podłogę. Po kilku dzikich drgawkach zdechł.
Oba Ogniste Demony zaczęły się dziko okładać pięściami i szponami. Szybko jednak ten większy zaczął dosłownie masakrować mniejszego. Już po chwili niczym zawodowy bokser Yassamet okładała Werez’mish’deat niczym worek treningowy. Mniejsza Demonica wyglądała jakby ją zamroczyło. Jej głowa odskakiwała raz za razem po miażdżących ciosach.
Serafia w tym czasie rozniosła na mieczach kolejnego Ha’ht. Ostatni wyraźnie zwątpił i próbował uciec, ale kolumna światła opadła z góry i spopieliła go swoim świętym blaskiem.
Yassamet zamierzyła się do kolejnego ciosu, ale jej przeciwniczka zamigotała i zmieniła się w kobietę. Przez chwilę kiwała się w przód iw tył, a potem runęła na podłogę jak kłoda.
Jeden róg był złamany. Twarz przypominała rozgnieciony kotlet. Jedno oko zapuchnięte tak, że nie widać go wcale. Yassamet wróciła do swojej postaci i podniosła przeciwniczkę do góry. Za ostatni róg.
Uśmiechnęła się wesoło i puściła ją. Werez’mish’deat klapnęła nieprzytomna na podłogę.
- No mała? Czemu się nie śmiejesz „Weremiko”? Już taka dumna nie jesteś. Mówiłam, że wytrę tobą podłogę, jak tylko dostanę cię w swoje szpony.
Wstała i otrzepała się dumnie. Wenadlin postanowiła jej na razie nie wspominać, że jej oko też podejrzanie ciemnieje szeroką obwódką sińca. Schowała miecze do pochwy i podeszła do podestu. Zabrała z niego kawałek płaskiej, kamiennej płytki z wyrytym, dziwnym symbolem.
- No to mamy co chciałyśmy. Powiedz mi lepiej, co was tak napadło na ten atak śmiechu.
Ledwo to powiedziała, Yassamet znów parsknęła dzikim chichotem. Zdołała tylko pokazać palcem na leżącą Werez’mish’deat.
- „Weremika”… Po naszemu… Ona…. Weremika… znaczy…
I Roześmiała się w dzikim wybuchu wesołości. Wendalin wzruszyła ramionami.
- Demony… kto je zrozumie?
C.D.N. |
_____________________________________________________________________ "Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell. |
| Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-09-26, 13:28, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
| Strona wygenerowana w 1,02 sekundy. Zapytań do SQL: 13 |
|
|