logo



FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
ProfilProfil  Nie masz wiadomościNie masz wiadomości  Wyloguj [ Arch ]Wyloguj [ Arch ]

Poprzedni temat «» Następny temat
Wrogowie moich wrogów.    Ignoruj ten temat
Autor Wiadomość
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-07-28, 22:27   Wrogowie moich wrogów.

Obiecywałem małe opowiadanko. Z pisaniem zbliżam się do końca, jest szansa, że skończę całkiem do końca tygodnia (ale nie obiecuję na 110% :P ). Na razie, mały pilocik na rozgrzewkę - dla przedstawienia głównych... bohaterek. Taki ukłon w stronę żeńskiej cześci forum, co by nie było, że tylko faceci tną i rabią na potęgę. A w końcu i tak wszyscy wiedzą że "Kobiety są występnę i zdradzieckie" i dlatego tym razem bohater może "Być kobietą".
Zobaczmy, czemu trzeba kobietom ustępować z drogi i unikać bicia nawet kwiatkiem. Inaczej, mogą się okazać bardzo, bardzo "niemiłe"... A tego byśmy nie chcieli doświadczyć :shock: :cry: :] :lol:

Wrogowie moich wrogów.

Madrik

- NIE! BŁAGAĆ NIEEeeee....
Krzyk urwał się nagle gdy ognista łapa zamknęła się na wiotkim gardle Orka. Bestia zrodzona z ognia uniosła w górę wielkiego hominida niczym kot upolowaną mysz. Smród przypalanego mięsa wypełnił polanę. Ryknęła głosem budzącym pierwotny lęk u każdej żywej istoty i potrząsnęła ofiarą. Rozległ się trzask i Ork zwiotczał na zawsze. Kolejny ryk i potężny Demon rzucił nim jak ochłapem na ziemię. Polana zasłana była ciałami Orków zmienionymi w krwawy gulasz.
Z dzikim wrzaskiem dwa inne Orki rzuciły się na Demona. Jeden walną w jego ciało potężną gizarmą z ostrzem ociekającym zielonkawym jadem. Cios zadany z przerażającą siłą prymitywnej istoty, mógł przepołowić konia. Niestety, broń odskoczyła od skóry demona niczym od kowalskiego kowadła. Drugi Ork ciął dwuręcznym mieczem. Równie skutecznie, czyli bez efektu.
Demon przy całej swej wielkości i masie, obrócił się z szybkością myśli i machnął łapą. Z okrutnym mlaśnięciem wyrwał serce z piersi, które spłonęło w jego ognistej łapie, a Ork umierając zdążył to jeszcze zobaczyć. Drugi znów zamierzył się mieczem. Demon niby od niechcenia machnął łapą i strącił mu głowę z karku. Zupełnie bez wysiłku. Strzała ze świstem przecięła powietrze i odbiła się od bestii. Demon powoli odwrócił się. Następna strzała trafiła go w pysk i odskoczyła od twardej skóry nieziemskiego pochodzenia. Demon zmrużył oczy. Łucznik napiął łuk. Demon złapał nagle ciało jakiegoś Orka i cisnął nim z potężną siłą. Zezwłok przeleciał polanę z prędkością strzały i wpadł na łucznika. Z głośnym hukiem łucznik przewrócił się. Demon odbił się od ziemi potężnym skokiem, przeleciał w powietrzu w ślad za rzuconym ciałem i całą masą swojego jestestwa wylądował na pechowym łuczniku, miażdżąc jego ciało. Chrupnięcie rozległo się w całej okolicy. Ork nawet nie jęknął.
Ognisty demon rozejrzał się po okolicy. Ostatni Ork kulił się pod drzewem z przerażeniem patrząc na wielkiego, ognistego demona. Ten spojrzał na niego i ruszył w jego stronę. Po drodze, jego postać rozmyła się niczym w kłębie mgły i przed Orkiem nagle stanęła wysoka kobieta. Na głowie tkwił kościany hełm z wystającymi rogami. Kolczasta zbroja mieniła się ferią kolorów. W ręku dzierżyła wspaniale wykonany miecz z okrutnymi zadziorami, po którym pełgały ogniki pomarańczowej energii. Równie imponujący biust mógł przyciągać wzrok. Niestety znacznie skuteczniej robiły to oczy, w których płonęły purpurowe ognie oraz twarz z wyrazem okrucieństwa dominującym nad urodą.
- Mówiłam... Nie zaczepiajcie damy...
Stalowy głos, skrzypiący lodem, wypłynął z wykrzywionych warg.
Ork tylko jęknął i zamknął oczy.
Miecz świsnął i bezgłowe ciało opadło do stóp kobiety.
Cień satysfakcji przemknął po twarzy niezwykłej kobiety.
- Wyraźnie powiedziałam – Nie zaczepiajcie...
Niestety, martwe ciała nie odpowiedziały.

Granv jęknął z przerażeniem. Przecież wszystko zrobił jak trzeba. Wypił miksturę, która otoczyła jego ciało zieloną poświatą. Miał naszyjnik z czosnku i miecz ze srebra. W ręku trzymał, teraz bardzo kurczowo, święty symbol Huank. Niestety, to wcale nie działało.
- Pre..pre.. precz.. sii .. siło nie.sta.. Siło nieczysta...
Niestety głos zdradzał lęk jaki go ogarnął.
A wielki szkielet, z resztkami skóry zarechotał bezgłośnie. W jego oczach zalśniła zielonożółta poświata i wypuścił z ręki truchło biednego Ilmana. A potem ruszył w stronę Granva. Wyciągnął w stronę człowieka szponiastą łapę, w której tkwiła kula brudnej energii o barwie rozkładu. Licz uśmiechnął się jeszcze paskudniej....
Ciaałooo Kreeeew...
W mózgu czlowieka rozbrzmiał głos bez słów. Granv zajęczał niczym mały piesek na widok pana z batem. A miało być tak pięknie. Wszyscy przecież wiedzą, jak rozprawiać się z nieumarłymi.
Święty symbol, czosnek, srebro... Niestety czosnku nawet nie zauważył (pewnie dlatego że nie miał nosa), symbolu się nie bał, a srebrny miecz pękł po pierwszym uderzeniu w stare kości.
A teraz miał za plecami kąt krypty, martwych przyjaciół na ziemi i Licza przed sobą.
Słuuudzy Jeeeeść...Bezgłos znów rozbrzmiał pod czaszką.
I wtedy zobaczył ruch. Za Liczem podnosił się z ziemi Ilman, a Kruel wstawał kawałek dalej.
Nadzieja na moment wstąpiła w serce Granva. Żyją! Oni żyją! Zabiją tego potwora! Zab... Nadzieja umarła. Oczy przyjaciół były martwe, zasnute bielmem śmierci. Szare twarze zwróciły się w jego stronę. Usta rozwarły się odsłaniając zęby i poczerniałe języki.
- Jeeeśśśććć
Ilman jęknął głuchym głosem przepełniony pożądaniem i nieposkromionym głodem.
- Jeeeeeśść
Ciało Kruela zawtórowało.
Straaach Śmieeeerć Dooobrzeee...
Licz znów wysłał do niego myśl.
I Granv poczuł już nie strach, ale czystą grozę, która niemal zatrzymała jego serce.
Srebrne obcasy zastukały na kamiennej posadzce.
- Amatorzy...
Kobiecy głos o srebrzystej barwie rozbrzmiał za plecami Licza, z wyraźnym lekceważeniem.
Licz westchnął i obrócił się.
Zaaaabić...Dwa Zombie odwróciły się w stronę kobiety.
Stała tam wysoka, w błyszczącej zbroi. Na plecach sterczały dwa metalowe ostrza, przypominające skrzydła. W ręku niedbale ściskała miecz jarzący się błękitnym światłem.
- Tak się to robi człowieku. Patrz się i ucz jak wojownik światła załatwia takie sprawy.
Zaśmiała się nie przejmując się zupełnie nieumarłymi potworami. Coś mruknęła pod nosem i Błyszczący krąg otoczył jej ciało. Świetlista poświata otoczyła ją i nagle Granv poczuł się lepiej. Strach zniknął i poczuł przypływ sił. A potem, skrzydlate ostrza na plecach kobiety rozpadły się bezgłośnie i w jednej chwili tysiąc ostrych kawałków zawirowało dookoła niej w okrutnym tornado.
Kruel, a raczej to co z niego zostało podszedł pierwszy, bezrozumnie wypełniając rozkaz swojego pana. W miarę jak podchodził wirujące ostrza cięły jego ciało niczym chmara szarańczy. Po zaledwie sekundzie jego ciało rozpadło się na kawałki. Chwilę później to samo spotkało ciało Ilmana. Licz westchnął i rozłożył ręce a potem nagle kolumna ognia spadła na kobietę, otoczyła ją i pochłonęła.
Granv zadrżał przerażony. Nikt nie mógł tego przeżyć! Widział jak płyty podłogi pod piekielnym żarem stają się czerwone, potem białe i miękko zapadają się pod swoim ciężarem... Ogień zgasł.
Kobieta z kpiącym uśmiechem stała dalej tam gdzie wcześniej.
- Tylko na tyle cię stać stara kupo gnatów? W takim razie moja kolej...
I wypowiedziała jakieś słowo. Granv nie zdołał go zrozumieć, ani zapamiętać. Głos był cichy, ale rozbrzmiał z siłą przenikającą niebo i ziemię, jakby docierał do samej istoty wszechświata i naginał ją, srebrzysty jak dzwon i głęboki jak morze, niósł w sobie MOC.
I kolumna bladego światła opadła z góry na Licza. Choć nie miał głosu, Granvl poczuł jego wrzask. Nieludzki, przerażający, niosący taką siłę cierpienia, że aż się skulił. Światło zimnym ogniem ogarnęło Licza. Ogień w jego oczach zgasł, resztki skóry rozsypały się w kurz, a szkielet nagle rozpadł się na pojedyncze kości, a te zmieniły się w biały proch.
Kolumna bladego światła zniknęła.
- Lavasta atista! Jak mawiają Mroczne Elfy z Ker-Parel.
Paskudnie wredny uśmiech przemknął przez twarz. Wirujące ostrza bez ostrzeżenia znów się scaliły w jednolity element, poświata znikła.
- A teraz spadaj stąd amatorze egzorcysto, nim się zdenerwuję. Żona czeka na ciebie.
Prychnęła srebrzysta postać o białym ogniu w oczach.
Granv nie czekał. Runął do wyjścia i tyle go widzieli.
- No to powiedz stara kupo kości, gdzieś ty schował ten zwój? Milczysz? Trudno, i tak się założę, że jest w twojej trumnie.
Kobieta podeszła do kamiennego sarkofagu . Jedną ręką, prawie bez wysiłku odrzuciła ciężką pokrywę z litego granitu. Uśmiech satysfakcji zagościł na jej twarzy.
- Kinfo! Jak mawiają krasnoludy po znalezieniu żyły złota...
Sięgnęła po starożytny zwój. Rozsypane prochy Licza nie wyraziły protestu.

CD (wkrótce) N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-10-14, 00:03, w całości zmieniany 4 razy  
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-07-28, 22:41   

CD.

I ostatnie pociągnięcie. Wymalowany krwią pentagram, opisany dziesiątkami niezrozumiałych run, wyglądających dziko i chaotycznie. Kobieta odrzuciła w kąt starej świątyni, już nie potrzebną głowę jakiegoś rzezimieszka, który pałętał się po okolicy i próbował napastować samotne damy. Chwilę później do tej niezwykłej puszki farby dołączyła ucięta dłoń, która posłużyła jako pędzel w tej krwawej sztuce. Stara świątynia już dawno została zniszczona i zbeszczeszczona w jakiejś zapomnianej wojnie. Zła reputacja tego miejsca sprawiała, że nikt tu nie zaglądał. Po ruinach krążyły widma dawnych panów tego miejsca, gotowe rozszarpać każdego śmiertelnika w bezrozumnej zemście, za zapomniane krzywdy. Ale tym razem wszystkie duchy zniknęły, gdy zobaczyły gościa i przezornie nie plątały się po okolicy. Ich pseudożycia były niewiele warte, ale były wszystkim co miały. I wyczuły, że nowo przybyła istota pozbawi je ich bez mruknięcia okiem i z oczywistą przyjemnością.
Ogień błysnął w oczach kobiety, niczym odbicie odległej otchłani. Stanęła przed kręgiem przywołań i uniosła rękę. Groza roztoczyła się po okolicy. Głos o ostrości stali i chłodzie sopla lodu, z gniewem zrodzonym z najgorętszego ognia zaczął recytować przerażającą litanię w niezrozumiałym języku. Przy drugim wersie, krąg rozbłysnął purpurową poświatą.
Przy czwartym, jego środek zmienił się w ogniste zwierciadło, a niesamowity żar spłyną na pomieszczenie. Kurz na podłodze i ścianach zaczął dymić.
Przy szóstym wersie Bezkształtny obłok ognia uniósł się w środku kręgu.
Przy ósmym, Przybrał rogaty kształt o niepokojących kształtach.
Dwa ostatnie wersy zabrzmiały z mocą, która zatrzęsła posadami ziemi w kontrapunkcie zaklęcia i Obłok zmaterializował się w wielkiego demona o przerażającym obliczu, zrodzonym z ognia, dymu i pełgającej energii. Postać, której widok każdego rzuciłby na kolana. No prawie każdego.
- JAM JEST SAKKARA! WŁADCA CIERPIENIA I PAN BÓLU. KSIĄŻĘ CIEMNOŚCI!
Głos głęboki niczym otchłań śmierci wydobył się z nieruchomych ust demona.
- JAM JEST TEN, KTÓRY WYDRZE TWĄ DUSZĘ ŚMIERTELNIKU ZA TO, IŻ OŚMIELASZ SIĘ WEZWAĆ MNIE Z OTCHŁANI PIEKIEŁ. KTO MNIE WEZWAŁ, BYM MÓGŁ TWE IMIĘ WYRYĆ NA ŁOŻU TWYCH TORTUR?!
Kobieta pokręciła głową. Ruszyła do przodu i przekroczyła pentagram i bez strachu błyskawicznie wsadziła rękę w demona. Rozległ się zaskoczony pisk i iluzja rozsypała się.
Trzymała za gardło małe, paskudne stworzenie, które wiło się w jej uścisku.
- To too tooo tyyyy...
Zapiszczał stworek. Wyglądał jak ogolony pies, po długotrwałej głodówce, świerzbie, parchach i przejściu przez wyżymaczkę oraz paskudnej fizjonomii szczura z paskudnymi skrzydełkami nietoperza.
- Cześć Saki... Znowu masz zacięcie na megalomanię? Kogo ty chcesz oszukać?
Stwór zapiszczał.
- Ty nie możesz! Oszukujesz! To rytuał śmiertelników! Wiesz co mi zrobi, jak się dowie, że z tobą rozmawiam! Nie wolno nam z tobą rozmawiać!
Stworzenie było autentycznie przerażone.
- ON jest daleko. JA jestem tu... Wybieraj Saki...
- Iiiiiiiiiiii
Zawył mały demon. A paskudny uśmiech wykrzywił twarz jego dręczycielki w paskudnym grymasie.
- GADAJ!!!
Ręka przerażającej kobiety wyraźnie zacisnęła chwyt. Stworzenie zawyło.
- POWIEM! WSZYSTKO POWIEM! POWIEM, POWIEM, PUUUUUŚĆ!!!
- Mam tylko jedno pytanie Saki... Znasz je.
Stworek zawył z rozpaczy.
- Nie mogę... Tego nie mogę... Naprawdę nie mooo....
Kobieta zacisnęła rękę. Mocno. Stworek zaczął się rzucać, ale nie mógł nawet pisnąć.
W końcu kobieta rozluźniła uścisk.
- No to nie mów. Ja mam czas... mnóstwo czasu.
Jej głos zrobił się nagle miły i słodki. A uśmiech na jej twarzy stał się nagle bardzo promienny i prawie życzliwy.
Demon, usłyszawszy to wyraźnie zbladł na całym ciele, a uśmiech napełnił go nieskończonym przerażeniem. I zaczął się z nową energią rzucać niczym skazaniec pod szubienicą.
- POWIEMJANIEWIEMALEWIEMKTOWIEPOWIEM POWIEMBŁAGAMPOWIEM KTOWIEBŁAGAMPOWIEMNIERÓBMITEGOPOWIEM!!!
Wyskrzeczał na jednym oddechu stwór.
Kobieta jakby posmutniała.
- Jak to powiesz? Nie chcesz pomilczeć? Przecież wiesz co on ci zrobi... Na pewno chcesz powiedzieć?
W pytaniu byłe tyle smutku, że mogło chwycić za serce nawet samego krwawego Barona z Twierdzy Kruka. Zupełnie jakby uciekła obiecana zabawka.
- POWIEM! WSZYSTKO POWIEM! BŁAGAM! WSZYSTKO POWIEM!
Kobieta zbliżyła stwora do własnej twarzy, niemal dotykając nosem do wstrętnego oblicza demona. Ogniste oczy przyciągały całą uwagę.
- Zatem Saki, gadaj... KTO WIE, gdzie ON jest??!
Biedny Sakkara zakwilił niczym niemowlę.
- Rodant! Rodant Czarny, arcykapłan Świątyni Zapomnianych Dusz! Na Czerwonych Bagnach.
Wypłakał przerażony wprost w ogniste oczy.
Kobieta uśmiechnęła się i odsunęła potworka od twarzy. Spojrzała na niego z zastanowieniem.
- Dziękuję Saki...
Sakkara wyraźnie się rozpromienił.
- Ale Saki, jedna rzecz... B.y.ł.e.ś. m.i.M.i.M.I. nie.po.słusz.ny.
Wyartykułowała powoli Demonica i uśmiechnęła się do własnych myśli. A ogień w jej oczach nabrał mocy.
Saki, wpatrzony w ogniste spojrzenie zawył głosem przerażonej śmiertelnie istoty. A potem jeszcze raz głosem pełnym bólu i jeszcze raz. I wył tak przez pół nocy. A przerażone widma uciekły z ruin wystraszone skuteczniej niż tysiącem egzorcyzmów.

Stukot srebrzystych obcasów wybijany na gładkich kamieniach posadzki klasztoru, odbił się echem od białych ścian. Akolici rozstępowali się przed kroczącą pewnie postacią w błyszczącej zbroi, białym ogniem w oczach i stalowych skrzydłach z ostrzy na plecach.
Doszła do końca korytarza. Dwie Serafie trzymały straż przed drzwiami. Kiedy podeszła, skłoniły się z szacunkiem przed starszą siostrą i otworzył drzwi na oścież. W Sali o wystroju biblioteki, była tylko jedna osoba. Drzwi zamknęły się za jej plecami i Serafia klęknęła na kolano przed postacią w białej, prostej szacie, przeglądającej właśnie jakiś manuskrypt.
- Matko! O to jestem i przynoszę ci to, po co mnie posłałaś.
Wyciągnęła rękę ze zwojem przed siebie i pochyliła głowę w szacunku.
Matka przełożona odwróciła się do niej i podeszła, po drodze odkładając manuskrypt na mały stolik.
- Powstań moje dziecko. Me serce raduje się, widząc cię zdrową, ponownie w naszych progach. Tak nie wiele zostało już naszych sióstr.
Podeszła i wzięła zwój z jej ręki, Dopiero wtedy Serafia ośmieliła się wstać.
Matka Przełożona wskazała jej krzesło, złamała pieczęć i rozwinęła zwój. Serafia nie skorzystała z krzesła.
Matka przełożona przeleciała szybko wzrokiem po piśmie, a potem drugi raz powoli i uważnie. W miarę jak czytała tekst jest twarz najpierw zbladła, potem spochmurniała, aż w końcu przemknął przez nią grymas gniewu. Zamknęła na moment oczy i po chwili twarz na powrót skryła się za maską bez uczuć. Odłożyła zwój na stół i podeszła powoli do okna.
- Stało się. On powrócił. Znowu nadszedł czas gdy popłynie srebrna krew naszych sióstr.
Powiedziała po chwili patrzenia w dal za oknem.
- Córko, obawiam się, że muszę cię prosić o jeszcze jedną misję. Misję, z której tym razem możesz nie wrócić.
Powiedziała powoli.
Serafia podeszła do Matki.
- Matko, wiesz że oddam życie, by bronić naszych praw. Powiedz tylko co mam robić.
Matka odwróciła się od okna. W jej srebrzystych oczach na moment zalśniło coś, co mogłoby być łzą, ale przecież Serafie nie płaczą.
- Córko, bez wahania posłałbym cię na śmierć, gdyby tego wymagała potrzeba. Ja muszę cię posłać na spotkanie z losem gorszym od śmierci. Z losem, którego nikomu nie mogę życzyć, a który przeraża na samą myśl. Z losem, z którym nie można wygrać!
- Matko. Powiedz, a pójdę na spotkanie tego losu.
- Dziecko! Ty nie wiesz co mówisz! Muszę posłać cię samotnie tam, gdzie sił całego naszego zakonu może być mało, a ja potrzebuję czasu by je zabrać wszystkie i posłać w ślad za tobą.
Wysyłam cię, boś z naszych sióstr najsilniejsza, a jedynie nadzieję mam, że wroga naszego opóźnisz.
Serafia pochyliła głowę w głębokim ukłonie pełnym szacunku.
- Matko. Me życie nie jest warte tyle, by żałować go w obliczu takiej próby. Poślij mnie na samo dno piekieł, a zrobię wszystko by naszego wroga osłabić i zniszczyć za wszelką cenę.
Matka spojrzała na nią i podeszła do niej. A potem wzięła ją w ramiona i przytuliła jak najdroższe dziecko.
- Niech wola niebios cię prowadzi. Teraz na Czerwone Bagna. Przeczytaj zwój, który przyniosłaś. A potem idź do swojej komnaty i zbierz siły. Rano przyjdź do mnie, a może lekko wyrównam twoje szanse. Idź droga Wendalin i niech Niebiosa chronią cię i prowadzą przez serce najczarniejszej nocy, byś mogła je rozjaśnić najczystszym blaskiem światła.
- Dziękuję Matko.
Matka wypuściła ją z objęć.
Serafia podeszła do stolika i przeczytała zwój. Na jej twarzy tylko raz przemkną dziwny wyraz niepokoju. Odłożyła zwój i wyszła z sali. Wzrok Matki odprowadzał ją, póki nie zamknęły się drzwi. A potem i tak wpatrywał się w prastare drewno przez bardzo długi czas.
Potem przyszedł czas na działanie. Matka miała bardzo pracowitą noc.
Jej córka zjadła skromną kolację i spędziła noc na głębokich medytacjach szykując się na nieunikniony los.
Rano przyszła do Matki. Ta przywitała ją czule i zaprowadziła do sąsiedniej Sali.
- O to mój dar dla ciebie, być może ostatni.
I wskazała ręką na szeroką ławę. Mimowolnie Wendalin westchnęła na widok przedmiotów.
Leżała tam błyszcząca zbroja, jeszcze wspanialsza niż jej własna. Dwa miecze o prostych klingach, ale o szlachetnej linii, rękawice, nagolenniki i naramienniki dopasowane do zbroi oraz komplet wspaniałej biżuterii. Nieco z boku leżało coś co przypominało plecack w kształcie gwiazdy. Ogniste Skrzydła Światła. Przedmiot marzeń każdej z sióstr. Serafia obdarzona niezwykłymi umiejętnościami natychmiast wyczuła potężną aurę przedmiotów.
Matka przełożona podeszła do ławy i czule uniosła hełm.
- O to rynsztunek naszej najwspanialszej i najpotężniejszej z sióstr. Przed wiekami oddała życie w walce z naszym odwiecznym wrogiem, a z pomocą tej zbroi zmiotła zastępy sług ciemności, które stanęły jej na drodze. Proszę, weź je i użyj najlepiej jak potrafisz.
Podała hełm Wendalin, która przyjęła go z szacunkiem.
- Dziękuję Matko. Przysięgam nie szczędzić sił i nie żałować krwi by osiągnąć cel, który stoi przede mną.
- Weź je dziecko i ruszaj na Czerwone Bagna. Przebierz się, a ja zadbam o bardziej przyziemne rzeczy, które pomogą ci w podróży.
I Matka wszystkich Sióstr, przełożona Odwiecznego Klasztoru, skłoniła się przed tą, która wkrótce miała poświęcić swą srebrzystą krew w imię beznadziejnej próby opóźnienia ich odwiecznego wroga.

CDN
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2009-07-29, 11:48   

Madrik napisał/a:
Licz

raczej Lisz :>

Ja tam takich błędów jak Kalia nie widzę, przede wszystkim błędy i powtórzenia są sporadyczne. Tylko zgodzę się z tym, że powtórzenia najlepiej widać jak się czyta swój tekst - mi dość dawno Kalia tak poradziła i praktykuję cały czas dzięki czemu mnie owych powtórzeń się zdarza :P

A opowiadanie prócz wspomnianych wyżej to całkiem fajne. Tylko zastanawia mnie czego może szukać istota najpotężniejsza (takie narazie odniosłem wrażenie ^^ ) istota na świecie? Z resztą trochę nie lubię opowiadań w której jedna ze stron jest aż tak potężna że może kiwnięciem palca rozwalić każdą istotę (np. Sakkarę :P ) No ale czekam co dalej.

I najlepiej weź w jednym poście to opowiadanie, jak będzie w kilku to między częściami będą komentarze, gorzej się będzie czytać.
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
 
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-07-29, 12:28   

Peace - prawidłowa forma to Licz. Dragonlicz, drowlicz, polityklicz itd. Klasyka D&D. Spolszczona nazwa angielskiego "lich". Choć Angielska nazwa przypomina nasze "Licho" wel Leszego - nie ma z nimi nic wspólnego.
BTW - pomijając imię, Saki był raczej drobnym chochlikiem, z pretensjami do tytułów. Góra 6 level... :wink:
Ot, taki piekielny drobiazg, co plącze się wszędzie i szuka okazji do wkroczenia w bardziej materialne światy. Bohaterki wcale nie są najsilnieszymi istotami na świecie i jeszcze się o tym przekonają. :wink: Nie zdradzajmy szczegółów.

Powtórzenia, no cóż. To jedna z wielu moich wad pisarskich :P Staram się z tym walczyć, ale nie zawsze się wyłapie wszystkie błędy.

CD.

Dzień był paskudny. Chmury zasnuły niebo po horyzont. Nisko nad ziemią pędziły szare kłęby zalewając ziemię poniżej, nieprzerwanymi strumieniami deszczu. Droga zmieniła się w rzekę szarobrunatnego szlamu. Stała pod drzewem wściekła na samą siebie, pogodę, świat i wszystko w zasięgu wzroku. Ten plan nadal był dla niej pełen niespodzianek i w tej chwili, deszczowy poranek był na szczycie listy tych nieprzyjemnych. Narodziła się w innym planie, domenie ognia i woda, szczególnie zimna była dla niej obrzydliwą rzeczą.
Niestety po ponad godzinie ulewnego deszczu, zimne krople zaczęły się przesączać przez gęste liście i kapać na postać przesączaną gniewem. Nie wytrzymała. Parsknęła ze złością, ognisty błysk rozjarzył się w jej oczach i uznała, że jak ma już moknąć, to przynajmniej w drodze. Ruszyła poboczem drogi, nieskutecznie próbując omijać wszechobecne błoto.
Dobre dwie godziny później zobaczyła na przydrożnej polanie, rozbity obóz. Jego centrum stanowił kryty wóz. Para koni pasła się pod drzewami. Do wozu, z jednej strony przymocowany był szeroki pawilon z gęstego materiału. Pod nim siedział jakiś człowiek, na wiklinowym krześle i popijając coś z bukłaczka podziwiał spektakl sił natury. Który niestety najwyraźniej się pomału kończył. Ulewa już dawno zamieniła się w uporczywą mżawkę.
Dla snującej się poboczem, przemoczonej istoty, nie miało to żadnego znaczenia. Podeszła do obozu i wcisnęła się pod namiot. Człowiek na jej widok dziwnie się zakrztusił, odłożył bukłaczek i zerwał się z krzesła.
- O witam, szanowną klientkę! Czym mogę służyć!? Widzę, żeś Pani, kobieta światowa i przygód się nie boisz. Czym zatem mogę służyć? Zapasy na drogę? Łuk, który nigdy nie chybia wroga? Dam w promocji pęczek strzał! Może mikstury, warzone przez słynnych Alchemików z Klasztoru Chi-na-meid? Mam wszelkie rodzaje! Mam drakiew krwistą, co siły przywraca, mam antidota na trucizny wszelakie i wspaniałe złote syropy z korzenia mirodromy, co myśli skupiają i w walce pomagają! Czym tylko służyć mogę?
Demonica już miała parsknąć, gdy nagle pociągnęła nosem. To nie był zapach, raczej wibracja, delikatny szum, drażniący jej nieziemskie zmysły.
- Magia... Czuję magię. Pokaż!
Stalowy głos dobył się z przemoczonej postaci.
Twarz kramarza rozjaśniła się. Zatarł ręce.
- Ależ oczywiście! Dla specjalnych klientów znajdzie się też i specjalny towar, oczywiście, to kosztuje, ale czego się nie robi dla chleba...
Podskoczył do wozu i z wysiłkiem wyciągnął niewielki kuferek. Zatargał pod namiot i otworzył.
- Czym chata bogata! Mam pierścienie co siłę i zręczność dają. Mam takie, co bogactwo na posiadacza sprowadzają, mam takie co czary złe i okrutne odwrócą. Mam talizmany cudowne, boską moc dające. Mam dwa miecze magiczne, co samą magią wroga poranią, mam włócznię która pioruny ciska, mam nawet słynny bat elfów, z samej energii utkany, mam...
- DOŚĆ!
Demonica zatrzymała słowotok promocji.
- Masz coś innego...
Wskazała palcem tam, skąd czuła napływającą moc.
- W tamtej skrzyni! Pokaż!
Sprzedawca się trochę zmieszał.
- Widzę, że szanowna klientka zna się na towarze. Ale to nie jest towar na sprzedaż. To jakby moje hobby. Zbieram je, wymieniam, ale nie sprzedaję.
- Pokaż Mi!
Sprzedawca wzruszył ramionami i sięgnął po drugą skrzynkę. Przez chwilę ją przetrząsał, a potem wyciągnął niewielki rulon ze skóry. Wyciągnął też z wozu niewielką konstrukcję z desek. Wrócił pod namiot i jednym ruchem rozłożył niewielki stolik. Na nim położył rulon ze skóry.
- To moja duma!
Powiedział z namaszczeniem i rozwinął rulon. Na jego wewnętrznej powierzchni naszyto kilkadziesiąt kieszonek w czterech rzędach. Nie wszystkie były zajęte. Ale w większości tkwiły niewielkie kamienie oprawione w misterne ornamenty ze szlachetnych metali.
Demonica aż się zatrzęsła od otaczającej je aury mocy. Nachyliła się na kolekcją oglądając niezwykłe relikty.
- O to Runy Mocy! Mistyczne kamienie, w których zaklęto niezwykłe siły.
Sprzedawca mówił jak dumny ojciec o własnym synu.
Demonica przesunęła ręką nad runami. Były pełne magii, ale dziwnie obcej i niedostępnej. Nie były dla niej przydatne. I nagle rozbłysk znajomej siły rozżarzył jej zmysły. Cofnęła rękę i delikatnie wysunęła mały klejnot. Aż syknęła na widok symbolu na jego powierzchni. O to był niewielki okruch magii jej ojczystej domeny. Okruch, który mógł jej dać nową, potężną siłę, namiastkę utraconej mocy.
- Biorę ten!
Sprzedawca się tylko uśmiechną i wyją kamień z jej ręki.
- O! Nic z tego. Powiedziałem, że ich nie sprzedaję. Za żadną cenę.
Wsunął klejnot z powrotem.
Demonica spojrzała na niego zimno.
- Nie zrozumiałeś mnie. Powiedziałam: BIORĘ, a nie kupuję... Człowieku.
Purpura zatańczyła w jej ognistych oczach. A potem... Nic się nie stało. Spojrzała zdumiona.
Sprzedawca się uśmiechnął.
- Spokojnie. Powiedziałem, że mam różne amulety. Także takie, które mnie chronią przed natarczywymi klientami i tymi, którzy moją własność chcą sobie przygarnąć. I tego też nie radzę.
Dodał, widząc jak dłoń Demonicy opada na rękojeść miecza.
- Konsekwencje mogą być bardzo nieprzyjemne. Machnął ręką w bok.
Demonica dopiero teraz zobaczyła stojący na skraju polany posąg naturalnej wielkości człowieka. Posąg miał na sobie kamienne ubranie, wyglądające jak obszarpana peleryna z kapturem. Trzymał w ręku kamienną kuszę wycelowaną w stronę obozu. Na twarzy zastygł wyraz zaskoczenia.
Demonica opanowała się.
- Muszę mieć tę runę. Po prostu muszę.
Sprzedawca się zastanowił.
- Sprzedać, nie sprzedam, ale mogę się zamienić.
- Czego chcesz?
- Interesuje mnie pewien artefakt – magiczny miecz, należący podobno do władcy mrocznych Elfów, Saurolfa. Przypadkiem wiem, gdzie jest, ale ja jestem handlarzem, a nie wojownikiem, a to miejsce jest dobrze strzeżone.
- Mów.
Stalowy głos wyrwał się z demonicznych ust.
- Dwa dni drogi na zachód, jest w lesie twierdza, którą zasiedlają wyrzutki mrocznych elfów, rzezimieszki i bandyci. Ich przywódczyni posiada interesujący mnie miecz. Musisz ją tylko przekonać, by ci go oddała. Jakbyś mnie szukała, to jadę do miasta Hedgenton, to na północny wschód stąd i zostanę tam pewnie z miesiąc, na słynny tamtejszy jarmark. Zgadzasz się, Pani?
Demonica przez chwilę się zastanawiała. W zasadzie nie mogła nic stracić. Czas się dla niej nie liczył. Moc z rodzimego planu bardzo podniesie jej szanse w tym, co planowała.
A przy tym, będzie mogła zabić parę nędznych istot. Same zalety.
- Zgoda... Zdobędę ten miecz, w zamian za tę runę.
Sprzedawca klasnął w ręce.
- To co? Szkoda moknąć dziś na tym deszczu. Może odrobinkę grzanego winka? Hm?
Demonica się uśmiechnęła. Grzane... Pierwsza dobra wiadomość tego paskudnego ranka.
Resztę deszczu przesiedzieli pod namiotem, a sprzedawca dawał upust swojej naturze, opowiadając o szerokim świecie i ciesząc się z żywego towarzystwa, nawet tak demonicznego.

Szkapa stawiała nogę za nogą, człapiąc spokojnym tempem. Postać na jej grzbiecie wyglądała dość smutno w skórzanej kurtce, wełnianych spodniach szarej barwy i niebieskawym płaszczu z kapturem. Z pozoru wyglądała jak zwykła, samotna podróżniczka. Ale Wendalin już od lat wiedziała, że podróżowanie w pełnej zbroi brzmi miło tylko w legendach. Otarty tyłek niestety jest bardzo rzeczywisty. To samo dotyczyło konia. Większość jej sióstr uważała, że potomkinie bogów są tak potężne, że własne nogi zaniosą je wszędzie. Ale Wendalin już dawno się przekonała, że lepiej w siodle dojechać do celu, niż zajść zdyszanym.
Na te kilka niedogodności po drodze, miała parę niespodzianek i bez pełnego rynsztunku.
Słońce pomału zmierzało ku zachodowi. Za kilka godzin zajdzie za horyzont. Zobaczyła idącego poboczem starego człowieka. Wyglądał raczej jak rolnik wracający z pola, niż podróżny. Spięła konia do szybszego człapania i dogoniła go.
- Witajcie gospodarzu! Niech was Niebiosa błogosławią!
Stary człowiek spojrzał na nią i mimowolnie zadrżał gdy napotkał spojrzenie srebrzystych oczu bez źrenic. Wystające rękojeści mieczy z pod płaszcza też nie uszły jego uwadze.
- Witaj Pani! I ciebie niech bogowie prowadzą. Czym mogę pomóc ci Pani?
- Znasz te okolice?
Stary człowiek skinął głową.
- O tak! Ja tu rodzony. Każde drzewo znam po imieniu.
- Drzewa mnie nie interesują. Jest tu gdzieś jakaś karczma, albo co, żeby się na noc zatrzymać?
Serafia nie miała nic przeciwko spaniu w lesie, ale po ostatnim niemiłym przebudzeniu, kiedy zasnęła pod gwiaździstym niebem, a obudziła się bladym świtem w strumieniach deszczu uznała, że czas wziąć od życia jakąś namiastkę luksusu.
- Karczmy to nie ma. To mała osada. Ale klasztor jest.
- Jaki klasztor?
- A za tamoj górką, z godzinka będzie. Siostry tam mieszkają co Ambilanę czczą. Spokojne są, nikomu nie wadzą, czasem komuś w chorobie pomogą albo złe uroki zdejmą. A my im czasem jedzenie zawozimy. I podróżnym gościny nie odmawiają.
- Jak tam trafić?
- Będzie droga za kilkaset kroków, koło głazu starego, co w lewo prowadzi. Do samego klasztoru doprowadzi cię Pani.
- Dziękuję, dobry człowieku, niechaj Bogowie ciebie i rodziną twą chronią ode zła wszelakiego.
Powiedziała Serafia i spięła konia. Szkapa nerwowo zrobiła kilka kroków i znowu wróciła do swojego spokojnego tępa.
Klasztor był tam, gdzie powiedział staruszek. Niestety coś przeoczył. Pierwszy był dym snujący się po okolicy. Niósł w sobie mdlący zapach sugerujący kłopoty. Kiedy jej oczom ukazała się brama, kłopoty były prawie pewne. Brama była wyrwana z zawiasów w niewielkim murze. Ktoś się nie patyczkował. Szczątki bramy wyglądały jak po eksplozji.
Dwa ciała mężczyzn w zakrwawionych mundurach książęcych, leżały koło bramy. Jedno było prawie przerąbane na pół ciosem topora, drugie naszpikowane strzałami. Oba ciała nosiły ślady pośpiesznego rabunku. Koło jednego z ciał, leżał pęknięty miecz, raczej podłej jakości.
Za bramą nie wyglądało to lepiej. Kilka ciał leżało na ziemi. Kilka gospodarczych budynków spłonęło, ale większość stała dalej. Zapewne zasługa ostatnich deszczy. Po terenie klasztoru kręciło się kilkanaście osób, zbierając rozbite resztki, odciągając ciała i dogaszając ognie.
Kilka osób zareagowało dość gwałtownie na widok niecodziennego gościa i uciekło gdzieś.
Inni nawet nie zwrócili uwagi pogrążeni w swojej pracy, próbując ocalić co się dało.
Jedna postać natomiast ruszyła prosto w jej stronę.
Serafia nie czekała. Nieszczęście świątyni poruszyło ją do głębi. Serafie słynną z opanowania, ale jest na świecie kilka spraw, które poruszają je do żywego.
- Witajcie Siostro, Co tu się stało na parchy władcy piekieł?
Siostra zakonna podeszła do niej i skłoniła się w powitaniu.
- Witaj Pani. W zły czas nasz odwiedzasz. Nieszczęście wielkie nas dotknęło, za sprawą nikczemnych bandytów. Ale nie tutaj nam o tym opowiadać. Choć nasza gościna teraz raczej marnej próby będzie, to zapraszam cię do naszego refektarza. Tam porozmawiać możemy.
Zawołała jakiegoś parobka i poleciła mu zająć się gościem.
Serafia przekazała konia w opiekę i udała się do refektarza.
Tam dostała miskę dość pośledniej strawy i jakiś napar ziołowy. Nim skończyła jeść, przyszła do niej ta sama siostra, która ją powitała w murach klasztoru.
Wendalin nie czekała.
- Opowiedz mi Siostro, co tu się stało?
Siostra westchnęła i usiadła obok.
- Wybacz Pani, moje maniery. Jestem Kalia, gwardianka Ambidali. Obecnie, chyba w moich rękach cały klasztor pozostaje. Nieszczęście na nas spadło, to i o manierach nie pamiętałam.
Siostra westchnęła i zaczęła opowiadać.
- Mamy tu w okolicy cierń w naszym boku. Bandytów, którzy w lesie starą twierdzę zajęli i teraz od prawie dwóch lat okoliczne ziemie męczą. Przewodzi im zła kobieta, okrutna i przewrotna, niechaj Ambilana nad jej duszą się ulituje. Do tej pory nas w spokoju zostawiali, ale ostatnio z książęcą strażą zadarli i straty ponieśli. I ta kobieta sobie umyśliła, że jej kapłan potrzebny by jej rzezimieszków kurował w ich twierdzy. Ale jako, że nikt tej posługi nikczemnikom nie chciał dać bo wiadomo, że wyleczeni na nowo gwałt i przemoc siać będą, uznali iż sami sobie kapłana wezmą.
- Mów dalej.
Dziwnie spokojnym głosem powiedziała Serafia, a jej oczy nagle rozbłysły srebrzystym ogniem.
Zasmucona siostra Kalia, jednak tego nie zauważyła.
- Przyszli dwie godziny temu. Strażników naszych usiekli, służbę i akolitów pobili, a co niektórych także ubili, domy i szopy popalili. A potem przeora naszego, człowieka spokojnego i Ambilanie duszą oddanego, ze sobą powieźli. I teraz ojca naszego pewnie zabiją, a i umęczą strasznie przed śmiercią, bo pomóc im to on nie zamierza. To jego przekleństwo. Dwa lata temu, pomógł jednemu z tych rzezimieszków, a on wyzdrowiał i ledwo parę dni później z kumplami całą rodzinę z dziećmi wymordowali dla paru srebrnych monet.
Serafia nabrała powietrza i powoli je wypuściła, próbując opanować gniew.
- Wiesz, gdzie ta ich twierdza, do której przeora zabrali?
- Wszyscy wiedzą. Ledwo trzy godziny drogi przez las. Każdy może drogę pokazać.
- Pokaż mi!
Siostra aż podskoczyła srebrny głos serafii zabrzmiał niczym ostra szpila wbijana w ciało.
Spojrzała w tryskające lodowym ogniem oczy i zadrżała. I opowiedziała wszystko. Jak trafić i czego się porywacze wcześniej dopuszczali.
Dwie godziny później, wojowniczka w srebrzystej zbroi, uzbrojona niczym na wojnę z całym światem, przemierzała las w stronę nowego celu.
Pewnych rzeczy, Wojowniczka Niebios nie może puścić płazem. A ciemność można pokonać także, dokładając do czystego światła, malutkie świeczki dobrych uczynków.
Potomkini Bogów, Wysłanniczka Niebios, Pierwsza Mistrzyni Armii Jasnego Klasztoru, Wojowniczka Prawych, ruszyła karać grzeszników. A biały ogień w jej oczach nie miał w sobie ani krzty litości.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-07-29, 12:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Peace 
Pacyfista



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Wersja gry S3: FE
Wiek: 21
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 92
Skąd: Pleszew
Wysłany: 2009-07-29, 15:33   

Madrik napisał/a:
Peace - prawidłowa forma to Licz. Dragonlicz, drowlicz, polityklicz itd. Klasyka D&D. Spolszczona nazwa angielskiego "lich". Choć Angielska nazwa przypomina nasze "Licho" wel Leszego - nie ma z nimi nic wspólnego.

O kurde widze że Tyś jaki spec :P Ja zawsze spotykałem się z formą Lisz (np. w Heroes albo Disciples) ale według uznania :D
_____________________________________________________________________
Cytat:
Dwie rzeczy są nieograniczone – wszechświat i ludzka głupota. Co do tego pierwszego nie mam jednak pewności.

Albert Einstein
 
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-07-31, 00:42   

Niestety, tak się składa, że jutro wyjeżdzam na weekend. Będzie musieli poczekać na CD o poniedziałku. :spoko:
Na razie...

CD

Leśna twierdza od wielu lat tkwiła wrośnięta w las. Chroniła wojska obrońców, dawała schronienie najeźdźcom i była świadkiem tylu tragedii, że jej kamienne mury były obojętne na krzywdy wszystkich żywych. Stawiała już czoła armiom, magom i furii żywiołów, dając ochronę swym aktualnym mieszkańcom. Ale raczej nie była przygotowana na furię dwóch kobiet, które nic o sobie nie wiedząc, właśnie stawały pod jej murami.

Demonica była już wcieleniem wściekłości. Droga przez mokre i wilgotne lasy obudziła w niej pokłady furii. Nawet spotkany przypadkowo niedźwiedź, który chciał mieć szybki obiad, nie ukoił jej gniewu na świat. Musiała kogoś zabić, Najlepiej wiele razy. I w chwili, w której postanowiła koniecznie coś zniszczyć, ujrzała na końcu ścieżki bramę starej twierdzy. A także dwóch strażników przytulonych do muru i udających, że pilnują bramy.
Szeroki, niemal słodki uśmiech rozjaśnił twarz Demonicy. Oczy błysnęły krwistą purpurą.
O taaak... Wreszcie można się pobawić.
Dwie sekundy później znudzeni strażnicy ujrzeli pędzącą na nich bestię z piekieł. Zginęli nim zdążyli krzyknąć.
Chwilę później, brama z okutego żelazem dębu eksplodowała do środka, w chmurze szczątków. Kilku bandytów na dziedzińcu ujrzało pod łukiem już nieistniejącej bramy, postać złożoną z ognia. Jakiś dzwon zaczął bić na alarm.

Wreszcie pokonała las. Znalazła się przy tylnym murze fortecy. Szybko dostrzegła możliwość pokonania muru. Forteca miała dwie bramy. Ta, służyła głównie obrońcom, by móc wymykać się z twierdzy i przez gęste lasy atakować szturmujących.
Teraz była tylko słabo pilnowana. Grunt to nie tracić zaskoczenia. Wymruczała kilka słów, wpatrzona w strażników. Szept, przesycony potężną mocą, rozpłynął się po lesie.
Strażnicy poczuli się dziwnie. Niebiańska radość spłynęła na ich dusze. I wtedy z lasu wyszedł Anioł, w srebrzystej szacie. Uklękli wpatrzeni w cudowną istotę z nieskończoną ekstazą, jaka na nich spłynęła. Anioł chciał, by otworzyli wrota. Otworzyli z radością w sercach, uradowani że mogą służyć swojemu Bogu. A potem Anioł powiedział, by uklękli i zamknęli oczy, a ujrzą raj. I ujrzeli raj, pół sekundy później, gdy dwa miecze, szybkie jak błyskawica zdjęły im z karków głowy. Nawet nie krzyknęli. Serafia dzierżąc zakrwawione miecze weszła na teren twierdzy. Po drodze, z zaskoczenia zabiła jeszcze dwa Elfy i jakiegoś bandytę. Chwilę później, głuchy huk dobiegł od głównego dziedzińca twierdzy i rozdzwonił się alarm. Z wąskich drzwi wypadła nagle pięciu zdyszanych bandytów i zatrzymało się zaskoczonych na widok Serafi w zakrwawionej zbroi stojącej nad ciałem jednego z nich.
W srebrzystych oczach błysnęły białe ognie i Anioł Zemsty ruszył w ich stronę. Jeden z nich uciekł. Pozostali dzielnie stawiali jej czoła... przez całe pół minuty.

Władczyni Lasu, Pani Losów, Królowa Bandytów, Neveya Czarna, mroczna elfka z Lasów Nightmarsh, siedziała na drewnianym tronie i zastanawiała się, co powinna zrobić temu hardemu kapłanowi, żeby w końcu zaczął leczyć jej ludzi. Przypalić żelazem? Nie... starzec może tego nie przeżyć. Podwiesić na linie? Może rozpalone igły pod paznokcie? Nie... potrzebuje rąk. A może zmiażdżyć mu parę palców u stóp? Ta... Wtedy też nie ucieknie.
Rozmyślania przerwał najpierw głuchy huk i dźwięk dzwonu.
- Idź! Zobacz co się dzieje!
Rzuciła do jednego z jej gwardzistów. Elf ruszył ku drzwiom, ale nim zdążył dojść, otworzyły się i wpadł przez nie jeden z jej ludzi.
- PANI! ATAKUJĄ! Sam władca piekieł zabija twoich ludzi! Pani, ratuj!
Bandyta był zakrwawiony, jego szaty w kilku miejscach dymiły, jakby wybiegł z pożaru.
Zerwała się z tronu i podbiegła do bandyty.
- Co się tam dzieje Hrelsverg!? Mów!
Złapała go za ubranie i przyciągnęła do twarzy.
- Pani... Demon z piekła, cały w ogniu wyważył bramę i zabija tam, na dziedzińcu...
Drzwi od kuchni otworzyły się i wpadł drugi bandyta.
- Pani! Od tyłu! Atakują nas! Widziałem, Wojownik w zbroi jak ze srebra, we krwi cały, zabił strażników i idzie w tę stronę! Ratuj się Pani! Zabija wszystkich...
Następny rzezimieszek wpadł do Sali.
- Pani! Idzie tu! Demon tu idzie! Zabił już prawie wszystkich na dziedzińcu!
Neveya obejrzała się na niego.
Z drzwi od kuchni wypadła następny jej sługus. Postąpił parę krok i padła na twarz, a kałuża krwi rozlała się z pod jego ciała. Za nim w drzwiach pojawiła się wysoka kobieta w srebrnej zapewne zbroi, choć teraz praktycznie krwistoczerwonej. Jej blade oczy rzucały lodowe błyski. Nim opadło zaskoczenie tym widokiem, przez główne drzwi weszła kobieta w mieniącej się kolorami zbroi. Rogaty hełm na głowie i miecz pokryty siatką energetycznych wyładowań.
Jej miecz i ubiór również były pokryte krwią.
- Idioci!
Warknęła Neveya.
- To tylko dwie baby! Zabić je!
Kilkunastu gwardzistów rozdzieliło się i rzuciło z bronią na obie kobiety.

Wpadła na dziedziniec. W tej postaci, nie byli dla niej wyzwaniem. Byli zabawką. Szalenie ciekawą zabawką. Ich krzyki radowały jej serce, trzaski pękających kości niczym najsłodszy miód zmywały troski tego świata. Uciekali, a ona ich dopadała i kruszyła ich delikatne życia z prawdziwą rozkoszą. Zabiła już większość, gdy poczuła, jak opuszcza ją moc. W jednej chwili na bandytę skakał ognisty demon, a w następnej chwili, kobieta z ogniem w oczach wbijała mu miecz w brzuch. Kilku ocalałych na ten widok z nową nadzieją rzucili się na kobietę. Uśmiech rozkoszy zagościł na jej twarzy i z mieczem rzuciła się na nich.
Jej to nie robiło różnicy. W prawdziwej postaci walczyło się jej wygodniej, ale miecz nie był dla niej nowością. Z drapieżnym uśmiechem wskoczyła między nich i zaczęła się bawić na nowo. Nim zabiła, okaleczała. Brutalnie i boleśnie. Potem się zwracała do następnego, cięła, kłuła i znów zwracała się do okaleczonej ofiary i dobijała z radością dziecka gaszącego świeczki na torcie. I coraz bardziej zbliżała się do celu. Aż w końcu wpadła do Sali i ujrzała cel swojej misji. I jeszcze wiele innych zabawek do zabicia. Może ten wilgotny świat nie był taki zły?

CDN
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-07-31, 00:59, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-07-31, 22:28   

Wyjeżdzam. Wyjazd "na weekend" okazał się wyjazdem "na kilka dni" i nie wiem kiedy wrócę.
Na osłodę, kolejny urywek.

CD.

Weszła do jadalni. Było kilkunastu bandytów. Ten, który przed chwilą uciekł, pokazywał ją palcem. Wyjęli broń i ruszyli w jej stronę. Zimny grymas przeleciał przez jej twarz. Ogniste Skrzydła na jej plecach rozpaliły się błękitnymi liniami mocy i zawirowały w niebezpiecznym tańcu. Anioł Zemsty, zmienił się w Anioła Śmierci. Runęła na nich niczym lawina. Miecze cięły ciała w śmiertelnych błyskach. Ogniste skrzydła wirowały, zmieniając wrogów w pocięte strzępy ciał. Świetlista tarcza odbijała te nieliczne ciosy, które zdołały się przedrzeć.
Wpadła do kuchni za ostatnimi z nich. Tu na jej drodze stanęło jeszcze trzech bandytów. Ranny, cięty w brzuch odskoczył za drzwi, za którymi widać było wielką salę wypełnioną Elfami, Ludźmi i nawet kilkoma Orkami. Wirujące w powietrzu ogniste ostrza zniknęły. Nie zmieniło to wiele w położeniu jej przeciwników. Wpadła między nich i szybkimi ciosami mieczy w kilkanaście sekund posłała ich przed oblicze ich Bogów. Pokryta krwią, Bogini Prawej Zemsty wkroczyła do głównej Sali.

- To tylko dwie baby! Zabić je!
Wrzasnęła ze złością Mroczna Elfka na tronie. Hordy bandytów ruszyły na obie kobiety.
Ale dziś, hordy liczyły najwyżej po kilkunastu wojowników. Kobieta przy kuchni uśmiechnęła się paskudnie. Odbiła się w pięknym salcie i wylądowała za pierwszym szeregiem atakujących. Dwa szybkie cięcia mieczami i dwóch bandytów poznało gniew Ambilany, którą obrazili. Potem szybko odwróciła się do tych, których przeskoczyła. Stal zadzwoniła o stal. Nie trwało długo, nim miecze Serafi dobrały się do gorącego ciała. Bandyci nie mogli sprostać nawale śmiertelnych cięć. Hresvelgr próbował uciec. Kiedy przebiegał koło swojej przywódczyni, ta błyskawicznie wyciągnęła miecz o czarnej klindze, obramowany czerwoną aurą i cięła go z olbrzymią siłą, niemal przecinając Hresvelgra na pół.
- Tchórz! Sama zabiję tych, co uciekają!
Neveya na tronie stała z mieczem ociekającym krwią i ze złością patrzyła na jedną i drugą grupę jej drużyny, które to grupki topniały w zastraszającym tempie.

- To tylko dwie baby! Zabić je!
Wrzasnęła ze złością Mroczna Elfka na tronie. Hordy bandytów ruszyły na obie kobiety.
Kobieta przy głównych drzwiach niemal promieniała radością, na widok atakujących ją wrogów. Rzuciła się w wir walki niczym kociak na kłębek włóczki. Miecz zatoczył łuk. Cios zadany z nadludzką siłą niemal przełamał pierwszą linię atakujących. Dwóch upadło. Miecz jednego z nich pękł. Dwaj następni odskoczyli w tył. Ten z pękniętym mieczem zginął pół sekundy później, gdy podstępny sztych rozciął jego serce na dwoje. Następni rzucili się na nią. Dopuściła ich bliżej i kiedy już prawie ją dosięgli, nagle obróciła się w potężnym piruecie. Aż trzech z nich przypłaciło to życiem. Pozostali odskoczyli, lub zostali odepchnięci. Zatrzymała się, spojrzała im w oczy i uśmiechnęła się rozkosznie, a potem w jej oczach błysną ogień i skoczyła na nich. Wrzaski konających dołączyły do ogólnej kakofonii bitwy.

Neveya była rozwścieczona do granic swojej wytrzymałości. Płaciła tym niezgułom tyle złota, które z takim trudem zdobywała na swoich wycieczkach po okolicznych wsiach i miasteczkach, a te durnie dawały się zabijać dwóm zwykłym kobietom jak myszy kotom.
Kobieta, która weszła od kuchni, pierwsza zabiła jej ludzi i ruszyła w jej stronę.
Twarz Elfki wykrzywiła się w grymasie szaleństwa i rzuciła się na spotkanie napastniczki. Czarny miecz skrzyżował się ze szczękiem stali, ze srebrzystym ostrzem. Białe oczy, płonące zimnym srebrem spotkały się z elfimi, wypełnionymi szaleństwem i wściekłością. I wtedy Neveya użyła swej tajnej sztuczki, wyuczonej przed wielu laty. Naparła swoim mieczem, na miecz napastniczki, zaklinowała klingę o jelec i wyuczonym ruchem szarpnęła szybko i zdecydowanie. Jeden z mieczów Serafi wyskoczył jej z ręki i poleciał w głąb Sali. Ale to była ostatnia walka Królowej Leśnych Bandytów. Drugi miecz Serafi zatoczył szybki łuk, odbił w bok czarny miecz Elfki i drugi łuk, ale tym razem czubek miecza otworzył gardło Neveyi krwistą dziurą. Elfka złapała się za szyję i zakrztusiła własną krwią. Zdziwienie na moment zabłysło w jej oczach, miecz wypadł z ręki i upadła na podłogę.
Druga kobieta właśnie dobijała mieczem ostatniego bandytę, który jeszcze stał na nogach.
Serafia podeszła i podniosła swój miecz. A potem odwróciła się do tamtej kobiety.
Tamta właśnie podnosiła czarny miecz Neveyi. Podeszła do niej. Tamta się odwróciła.
Srebro zajrzało w otchłań ognia. Ogień napotkał ocean srebrnego lodu.
- TY!
- TY!
Krzyknęły równocześnie. Dwie reprezentantki potęg odwiecznie ścierające się ze sobą od początku świata stanęły na przeciw siebie, zaledwie na wyciągnięcie miecza. Nie potrzebowały powodów do nienawiści. Wystarczający był sam fakt, że druga strona istniała. Wyjście mogło być tylko jedno.
Zapłonęła srebrzysta tarcza i zawirowały ostrza utkane z czystej energii. Miecze zatoczyły śmiertelne łuki. Miecz Neveyi upadł na podłogę. Krąg ognia otoczył Demonicę. Jej postać rozpłynęła się, a Ognisty Demon stąpił na świat. Świetlista aura otoczyła ciało Serafi. Kula czystej Energii zapłonęła nad głową Demona i zaczęła razić iskrami świetlistą tarczę.
Anioł z niebios i Demon z piekła, starły się w tytanicznej walce.

CDN.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-07-31, 22:33, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-04, 23:34   

Czekaliście? :wink:
Wróciłem ledwo półgodziny temu i jestem wypluty jak stary mentos.
;p
Ale w nagrodę za cierpliwość... :]

C.D.

Demon uderzał szybko i z nadludzką siłą. Jego ciosy przebijały świetlistą tarczę, ale nie mogły przebić magicznej zbroi. Miecze odbijały się od twardej skóry, tylko nieznacznie ją kalecząc. Energetyczne ostrza cięły skórę demona, ale płytko i niegroźnie. Cios za ciosem i obie istoty odkryły najgorszy z możliwych układ – Były sobie równe. Odwieczny antagonizm nie dopuszczał takiego rozwiązania. Obie chciały wygrać. Obie dopuszczały możliwość porażki. Ale stan równowagi tylko napędzał odwieczną nienawiść. Piekło nie mogło być równe Niebu. Niebo nie dopuszczało myśli, że piekło nie jest gorsze. Ciosy padały coraz szybciej i coraz zacieklej. Cios ognistej łapy i kilka srebrnych kropel upadło na ziemię. Szybka kombinacja ciosów i ogień zaczął kapać z Demona. Coraz zacieklej, coraz mocniej.
Aż do utraty sił.
I ta nadeszła równocześnie. Zniknęły magiczne moce. Demon znów stał się kobietą. Serafia zwykłą wojowniczką. Demonica nie traciła czasu na wyciąganie broni. Rzuciła się na Serafię. Ta uderzona poleciała w tył i wypuściła z ręki miecze. Demonica spadła na nią próbując jej wydrapać oczy, zadusić, rozszarpać, zabić. Serafia nie była dłużna. Dwie kobiety zaczęły się okładać gołymi pięściami i choć każdy cios miał siłę giganta, niczym nie różniło się to od walki dwóch Mascarelskich przekupek. Walczyły okładając się pięściami, kopiąc i gryząc.
Minuta za minutą, tarzały się po podłodze. Minuty zmieniły się w pełną godzinę, a walka trwała dalej.
Aż w końcu Serafia resztką sił odepchnęła Demonicę. Ta odskoczyła kilka kroków, spojrzała na swoją przeciwniczkę i wyszarpnęła z pochwy własny miecz. Zamachnęła się i ... przewróciła na plecy pod ciężarem broni. Serafia zerwała się, by skoczyć na nią, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i wyłożyła się jak długa.
Leżały na podłodze, dysząc ciężko i patrząc sobie w oczy z dziką nienawiścią.
Demonica pierwsza nie wytrzymała.
- Zaa...biję... cię... tylko... złapię... oddech...
Wysyczała przez zęby.
Serafi uśmiechnęła się paskudnie.
- Nieee... Najwyżej... spróbujesz... zabić... Sukkubie..
-Chciała... byś... Nie... dorobiona... anielico...
Dyszały i zbierały siły. Nie spuszczały z siebie wzroku.
- Suka...
Serafia wypluła w twarz Demonicy.
- Stara Hetera
Ta, nie pozostała dłużna.
- Tylko nie stara, ty kozogłowa lafiryndo.
Warknęła Serafia.
- Ja przynajmniej nie mam słomy na głowie...
Demonica prychnęła jak zła kotka.
Leżały zbierając siły i rzucały na przemian coraz barwniejszymi przycinkami. Pomału znów zbierały siły.

- Przepraszam... mogę się wtrącić?
Zabrzmiał cichy głos znikąd.
Obie wojowniczki przerwały kłótnię i z nową czujnością rozejrzały się w koło, szukając nowego zagrożenia.
Demonica sięgnęła po upuszczony miecz. Serafia doczłapała na czworakach do swoich. Obie czujnie czekały na atak, świadome swojej tymczasowej słabości.
- Jeżeli już panie skończyły... to może, któraś z was może mnie wypuścić?
Głos dobiegał z niepozornych, ale dość dobrze okutych drzwi w bocznej ścianie.
- Są tam panie jeszcze? Przepraszam, ale były panie dość głośne!
Nagła cisza wyraźnie zaniepokoiła mówiącego.
Serafia przypomniała sobie, po co tu właściwie przyszła. Zerknęła na Demonicę i nie spuszczając z niej wzroku pomału podniosła się i podeszła do drzwi. Szarpnęła za ciężką klamkę, ale drzwi były zamknięte.
- Drzwi są zamknięte, klucz miał taki drab w czarnej, skórzanej kurtce i zielonych spodniach...
Usłużnie dopowiedział głos.
Serafia rozejrzała się i dostrzegła ciało pasujące do opisu. Niestety, za plecami Demonicy.
Przeniosła wzrok na twarz swojej przeciwniczki. Demonica dostrzegła jej spojrzenie i zerknęła przez ramię. Skoro ta srebrna dewotka chce teraz pomagać jakiś idiotom, to jej sprawa. Jakoś jej przeszła ochotę na walkę. Była zdrowo wyczerpana, a miała większe ambicje niż tłuc się teraz z cholerną miłośniczką miłosierdzia.
Przesunęła się. W stronę czarnego miecza, który upuściła na początku starcia.
Serafia mimo wszystko ostrożnie zbliżyła się do ciała. Gorączka bitewna pomału z niej opadała, a Demonica okazała się trudnym przeciwnikiem. Na razie wystarczy. Ma inne sprawy do załatwienia. Demonica ustąpiła miejsca i powoli schowała miecz do pochwy.
Anielica kucnęła i obmacała zakrwawione ciało. W jednej z kieszeni wyczuła twardy podłużny przedmiot. Chwilę później trzymała w ręku stary klucz. Demonica odsunęła się jeszcze kawałek, stając tuż przy mieczu Elfki. Cały czas mierzyły się dzikim wzrokiem.
Serafia ostrożnie podeszła do drzwi i na chwilę spuściła wzrok. Otworzyła drzwi kluczem i znów spojrzała na Demonicę. Ta stała dalej, może trochę tylko bliżej czarnego miecza.
Anielica zerknęła za drzwi. Za nimi był kamienny korytarz oświetlony tylko dwoma pochodniami. Po bokach korytarza było kilka mniejszych pomieszczeń odgrodzonych od korytarza solidnymi kratami. W najbliższym pomieszczeniu za kratami tkwił siwy staruszek o pogodnym obliczu. Miał na sobie typową szatę kapłana Ambilany z symbolami przeora na ramieniu, wyszytymi czerwoną nicią. Obecnie szata była niemiłosiernie brudna.
Na jej widok staruszek się ucieszył jak dziecko.
- Niechaj Ambilana mi przy każdym kroku, ciernie pod bose nogi rzuca, jeśli to nie Córka Niebios we własnej osobie! Pani! Na twój widok mniemam, że bandyci raczej już problemu nie stanowią. Zechcesz mnie Pani wypuścić z tej celi? Jestem Przeor Peace. Klasztor mój napadli, mnie porwali, żebym ich ciała nikczemne do formy przywrócił, by dalej mogli ciemności podle służyć. Muszę wrócić i jak najszybciej sprawdzić jakie szkody ludziom naszym wyrządzili!
Serafia skinęła głową. Popatrzyła smętnie na kłódkę przy kracie. Widać było na pierwszy rzut oka, iż klucz tu zupełnie inny potrzebny. Przymknęła oczy i zebrała odrobinę mocy. Z pomiędzy warg wydobył się szept, niosąc w sobie siłę i poruszając posady wszechświata.
Cienki jak igła strumień światła spłyną na kłódkę i w sekundę zmienił ją w kroplę płynnego metalu. Krata otworzyła się, a światło zniknęło. Wyprowadziła starca z celi i korytarza.
Demonica stała tam gdzie wcześniej, ale tym razem trzymała w ręku miecz Elfki i chciwie go oglądała, gładząc dłonią.
Anielica na ten widok czujnie opuściła ręce do mieczy. Staruszek zatrzymał się jakby trafił na mur.
- A niech mnie.... Toż to Najprawdziwsza... Jakim cudem nie pozabijałyście się od razu!
Demonica spojrzała na staruszka z pogardą.
- I takie chuchro warto było ratować?
Parsknęła.
- Jak byś się dziadku nie wtrącił, to bym własnoręcznie zadusiła tą niklowaną flądrę.
Oczy Serafi niebezpiecznie błysnęły.
- Ale to może poczekać. Mam już to, po co przyszłam.
Prychnęła jeszcze jak rozłoszczona kotka i ruszyła do drzwi, którymi przed chwilą weszła, trzymając w ręku czarny miecz.
Staruszek patrzył jak znika za drzwiami, a potem popatrzył na Anielicę.
- Uuuuu... Widzę, żeś Pani sporo sił dziś straciła. Oj przydałby ci się teraz Jasny Pierścień Gauriego, oj przydałby się...
Serafia była wyczerpana, ale usiłowała tego po sobie nie pokazywać.
- Jaki pierścień?
Zapytała, żeby zyskać na czasie. Potrzebowała chwili wytchnienia, żeby odzyskać część sił i ruszyć w drogę do klasztoru. Niech się dziadek wygada, to przynajmniej zyska kilka chwil na odpoczynek. Staruszek był doświadczonym kapłanem. Widział w jakim stanie jest Anielica i wiedział, że duma nie pozwoli się jej przyznać, do słabości.
- Ależ Pani, nie znasz tej legendy? To znany w tych stronach artefakt, niestety dziś praktycznie nieosiągalny.
- Nie znam, Ojcze. Z daleka przybywam.
Staruszek rozejrzał się i dostrzegł ławę która uniknęła ochlapania krwią w czasie poprzednich walk. Klapnął na nią i wskazał obok miejsce.
- Siadaj Pani, Opowiem ci tę legendę a przy okazji, jeśli pozwolisz zaklepię tę nieprzyjemną szramę na twym ramieniu.
Wskazał na dość brzydką ranę, którą zadały jej szpony demona.
Uznała, że to jej nie zaszkodzi i usiadła obok kapłana. Ten wyciągnął nad ranę rękę, którą otoczyła blada poświata. A potem zaczął mówić.
- Powiadają, że działo się to jakieś dwie setki lat temu. Wielki arcymag Gauri, miał dwoje dzieci. Syna i córkę, bliźnięta jednego dnia rodzone. Dzieci jego zawsze skarbem dla jego serca były, tym bardziej, że oboje także drogę sztuk tajemnych wybrali. Córka jego, Rika, cudownej Magii Niebios się oddała, by ludzi chronić i starzejącego się Ojca wspierać. Syn zaś jego, Armen, zwrócił się ku Potężnej Magii Ognia, by wrogów swych pokonać, a bliskich bronić. Oboje zaś po swojej matce, słynnej wojowniczce, ducha przygody posiedli i po świecie wędrowali, przygód szukając.
Martwił się ojciec o swoje dzieci i stworzył dla nich dwa pierścienie magiczne, by jego dzieci chroniły. Jasny pierścień, córce swojej przeznaczył i mocą tak go nasycił, że z samych Niebios siłę i moc dla jego posiadacza płynęła, siły mu przywracając i magię boską potęgując.
Synowi zaś stworzył pierścień, który z samej domeny ognia siły czerpał i takoż mu pomagał.
Cieszył się mag Gauri, że gdy ze swojej podróży dzieci jego powrócą, prezenty tak wspaniałe im da.
Staruszek delikatnie wodził ręką nad raną, która już krwawić przestała i pomału się zabliźniała.
- Niestety, los okrutny nie czekał. Zamiast dzieci jego, posłaniec przybył i wieści okrutne przyniósł. O tuż dzieci jego, postanowiły w słynnym mieście Hedgenton, mieszkańcom pomóc i w starej krypcie pod miastem, Licza wielkiego i okrutnego pokonać. Niestety stwór ciemności, ochyda nieumarła, silniejszy się okazał i oboje dzieci Gauriego życia pozbawiła i w sługi swoje obrócił. Ojciec wpadł w rozpacz okrutną, pierścienie swoje, zabrał, wrota portalu do Hedgenton otworzył i w otchłań starej krypty się rzucił. A chwilę po wejściu, moc swą wyzwolił i wejście zawalił. Powiadają ludzie, że trzy dni słychać było, jak w trzewiach ziemi trwa walka śmiertelna. Trzęsła się ziemia, zapadały się ulice, pękały mury domów.
Po trzech dniach wszystko się skończyło. Mieszkańcy odwalili wejście zawalone, ale nikt się nie odważył wejść do krypty i sprawdzić co się dzieje. Zamknęli więc kryptę drzwiami srebrnymi, i pieczęcie magiczne założyli, żeby nic z trzewi ziemi nie wyszło.
Ot taka sobie skromna bajeczka, ale tobie by się teraz Pani, ten artefakt przydał, by siły przywrócić. No! Skończyłem. Za parę dni, śladu nie będzie. To jak Pani? Idziemy?
Serafia skinęła głową. I wyszli przez kuchnię. Serafia za nic nie poszła by za Demonicą. Gdyby jednak schowała dumę i wyprowadziła przeora głównym wejściem, mocno by się zdziwiła. Tuż za drzwiami, na podłodze korytarza siedziała zmęczona niemal na smierć Demonica. Słyszała każde słowo. Pierścień, łączący właściciela z domeną ognia. W krypcie pod Hedgenton. Świetnie. Na jej ustach błąkał się drobny uśmieszek.
Świetnie... dwie pieczenie na jednym ogniu.

C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-04, 23:39, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-06, 10:29   

Znów wyjeżdzam. ;/ Spokoju nie dadzą. Ledwo człowiek pocztę sprawdzi już trzeba jechać w jakieś zapomniane miejsce, gdzie laptop mówi dobranoc. :?

C.D.
Do klasztoru dotarli dość szybko, choć było już ciemno. Serafia uznała, że zaopiekowanie się kilkoma końmi, teraz gdy zabiła ich poprzednich właścicieli, jest zupełnie w porządku. Zresztą gdy dotarli na miejsce, oddała konie klasztorowi na własność, jako dar i rekompensatę za cierpienia ze strony wybitych bandytów. Przeor na widok zniszczeń jęknął i zaraz przeprosił swoją oswobodzicielkę i poszedł zająć się rannymi. Jakaś akolitka zajęła się nią. Po skromnej kolacji, zwaliła się na skromne łóżko i zasnęła kamiennym snem.
Ranno zbudziło ją ciche pukanie do drzwi. Tym razem pukał młody sługa. Przekazał jej, że po śniadaniu przeor Peace zaprasza ją do siebie.
I faktycznie, ledwo odsunęła talerz po zjedzeniu dość prostego śniadania. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawił się ten sam sługa i poprosił by udała się za nim.
Przeprowadził ją do sąsiedniego budynku i wskazał jej niepozorne drzwi.
Gabinet przeora był skromny. Poza biurkiem, dwoma krzesłami przy nim, oraz niewielkiego sekretarzyka, były w nim tylko dwie szafy z woluminami. Na ścianach nie było żadnych ozdób, a podłogę stanowił tylko goły parkiet z wyślizganych desek.
Przeor przywitał ją serdecznie i wskazał krzesło przy biurku. Sam nie skorzystał z krzesła.
- Pani. Bardzo nam wczoraj pomogłaś i szczerze ci za to dziękujemy. Twe poświęcenie było iście bohaterskim wyczynem.
- Ojcze, to był tylko mój święty obowiązek.
Przeor uśmiechnął się pod nosem.
- Daleko przekroczyłaś, o Pani, granice zwykłej powinności. Nie tylko ocaliłaś, mą skromną osobę, ale też wybawiłaś nas od wielkiej groźby, jaka wisiała nad tymi ziemiami i moim skromnym zdaniem zasłużyłaś na skromny podarek.
- Ależ nie potrzebuję żadnych...
Przeor zdecydowanym ruchem uniósł dłoń i przerwał jej.
- Pani, my sami jesteśmy tylko skromnymi sługami naszej Bogini. Nie mamy wiele złota i kosztowności. Ale cieszymy się łaską Ambilany. Wczoraj w nocy, a raczej już dziś, pomodliłem się do naszej Pani i spytałem czy zechce ci dać swoje błogosławieństwo. I uwierz mi, ale Pani nasza nie tylko mi odpowiedziała, ale i zesłała skromny dar, który jak mówi pomoże ci w twojej drodze. I ja teraz dary naszej Pani, tobie przekazuję.
Przeor rozłożył ręce i wyciągną je w stronę gościa.
- Pani nasza, o to łaskę twą daję tej, która ci służyła i własną krew rozlewała. Proszę ześlij na nią swą moc opiekuńczą i chroń ją na jej drodze!
Kiedy wypowiedział litanię, srebrzysty łuk światła zapłoną między jego dłońmi i delikatna, jasna aura otoczyła na moment postać Serafi, gdy boska łaska spłynęła na nią.
Przeor uśmiechnął się i sięgnął w zakamarki własnej szaty i wyjął mały przedmiot.
- Błogosławieństwo to wspaniałe wsparcie, Pani. Ale Pani nasza zesłała ci także ten okruch własnej mocy.
I położył na biurku niewielki amulet.
Duży kryształ szafiru otaczały dwa złote skrzydła wykonane tak dokładnie, że wyglądały jak żywe. A na kamieniu wyryto dziwną runę. Serafia ostrożnie wzięła ze stołu klejnot. Jego potężna aura wypełniła jej zmysły.
Przeor wskazał na amulet.
- Pani nasza, Ambilana znana jest także jako Obrończyni Świata. Według naszych pism, dawno temu, Ambilana broniła świata przed stworami otchłani w wielkiej bitwie. I używała potężnej magicznej broni. Wystarczy, że wymówisz słowo stworzenia, a ta broń zjawi się w twych rękach i będzie razić twych nieprzyjaciół. A specjalna moc tej broni jest szczególnie zabójcza dla Demonów z otchłani. A słowo stworzenia brzmi...
Wymówił słowo. Nic się nie stało. Serafia spojrzała na kapłana i powtórzyła po nim słowo. Ale tym razem, głos z jej ust zabrzmiał czystą mocą. Amulet rozsypał się na tysiące zimnych ogników. I wtedy przed twarzą Serafi, zawisła w powietrzu, wyłoniona z niebytu długa włócznia ze wspaniałym ostrzem. Cała w biało-srebrnej barwie i otoczona lśniącą poświatą.
Anielica uniosła ręce i złapała niezwykłą broń. Od razu wyczuła potęgę zawartą w niepozornej broni.
- Co prawda, można ją przyzwać, Pani, tylko na pewien czas, ale za to zawsze i wszędzie będzie ci już zawsze towarzyszyć, razem z łaską naszej Bogini.
A srebrzysta włócznia, tkwiła w rękach Anielicy, jako potwierdzenie jego słów. Podziwiała przez chwilę piękną broń, a potem odezwała się niespodziewanie.
- Ojcze? Możesz mi opowiedzieć jeszcze raz tę historię o tym jasnym pierścieniu?


- Piękny....
Handlarz wodził palcem po ostrzu czarnego miecza.
- Wspaniała robota. To ostrze musiały wykuć krasnoludy. Patrz tylko, wydaje się jednolicie czarny, ale widać pod światło wspaniały rysunek dziweru. A te runy. Wyglądają jakby były częścią ostrza. Żadne tam topornie wklepane druciki. Wygląda jakby kowal tak obrabiał stal, aż sama się ułożyła we właściwy i bezbłędny wzór. Żadnych szczerb na ostrzu. A ta linia... Cudowny...
Oczy człowieka aż się błyszczały na widok miecza. Stali na rynku Hedgenton, nieco na uboczu. Do Jarmarku było jeszcze daleko, ale i tak ogromny tłum przelewał się przez plac, szturmując liczne stragany. Ale dzięki woli Otchłani, tu kręciło się tylko kilka osób. Demonica by chyba się powiesiła, gdyby musiała wleźć w ten gęsty tłum śmiertelników.
- Miecz jak miecz, długi, prosty, metalowy, służy do zabijania. Mieliśmy umowę!
Warknęła zniecierpliwiona.
Handlarz wcale się nie przejął. Jeszcze przez chwilę pieścił ostrze, nim odłożył je ostrożnie na jeden z kufrów.
- Dobra, dobra. Żadnego poszanowania dla sztuki. Ten świat schodzi na psy...
Gderał pod nosem, szukając na wozie kuferka z runami.
- Moim zdaniem, gdyby ten świat zszedł na psy, to byłby dla niego tylko awans.
Demonica pomału traciła cierpliwość. Czuła, że dziś będzie musiała poszukać jakiegoś kłopotu, albo dwóch i kogoś zabić. Ten świat był dla niej prawdziwym koszmarem.
Handlarz w końcu wyciągnął znajomy rulon ze skóry i rozwinął go na małym stoliku. Delikatnie wyjął runę, popatrzył jeszcze z westchnięciem i wręczył ją Demonicy.
To trzeba przyznać, że nie wyrwała mu go natychmiast z ręki, choć czuła ogromną pokusę.
Emanacja znajomej magii nieco ją ukoiła. Schowała runę do sakwy. Później użyje jej mocy.
- Miło robić z tobą interesy człowieku. Mam jeszcze jedno pytanie. Gdzie tu jest jakaś krypta?
Handlarz wzruszyła ramionami.
- Jest kilka. Jest krypta pod główną katedrą. Można lochy zwiedzać z przewodnikiem, za kilka miedziaków. Jest też krypta na cmentarzu, ale tam chowają tylko bogatych i nie wpuszczają zwiedzających. A co?
- Szukam zamkniętej krypty.
Handlarz przeciągle gwizdnął.
- Fiuuuuu... O tą ci chodzi. Jest niedaleko stąd, na sąsiednim placu, tamtą uliczką kawałek. Na środku placu stoją ruiny starej świątyni, a pod nimi jest krypta. Ale z tego co słyszałem, to tam lepiej nie chodzić. Podobno dwa tygodnie temu, jakiś rycerz otworzył drzwi i wlazł do środka. Podobno ratusz miał zapłacić tysiąc sztuk złota za oczyszczenie krypty z niespodzianek, żeby można było ją znów używać. Do dziś nie wyszedł. Czekali na niego, ale przed paroma dniami dali spokój. Zamknęli drzwi i tyle.
Demonica pożegnała się zdawkowo i ruszyła w stronę uliczki. Kilka minut później uliczka skończyła się sporym placem. Był praktycznie pusty. Tylko jakiś podróżnik w płaszczu z kapturem wiązał konia przed karczmą. Zignorowała go. Ciemny kompleks ruin przyciągał uwagę. Nie czekała. Minęła pusty łuk bramy i weszła do środka. Główna nawa świątyni musiała być kiedyś imponująca. Ogromne, kamienne kolumny podpierały wysokie sklepienie. Dziś niestety pełne dziur, przez które wpadały promienie światła. Kałuże wody pod dziurami w suficie, rzucały dzikie refleksy na ściany. Resztki danych ław i sprzętów walały się po kątach w gnijących stertach, które nie nadawały się nawet na opał. Pełno kurzu i suchych liści pokrywało podłogę. Z wyjątkiem wąskiej ścieżki, niedawno wydeptanej. Prowadziło do jednej z bocznych naw. Czuła z tamtej strony delikatne pulsowanie magii. Skierowała się świeżym śladem i już po chwili stanęła przed kamiennymi schodkami, prowadzącymi w dół.
Ktoś powiesił tu kilka tabliczek z ostrzeżeniami. Zignorowała je i zeszła na dół. Kilka metrów dalej zobaczyła drzwi. Zamykały niewielki przedsionek. Widać było, że ktoś tu spędził ostatnio parę dni. Drzwi były pokryte srebrem, na którym wyryto ogromny znak pieczęci uwięzienia. Na łączeniu obu skrzydeł drzwi, linie pieczęci połączono lakowymi pałeczkami, tak, by linie były ciągłe. Pieczęć była aktywna. Magia pulsowała delikatnie, jej nieziemskie oczy dostrzegały niewyraźne nitki energii przepływające liniami pieczęci. Ktoś musiał niedawno aktywować znak. Spróbowała otworzyć drzwi. Kiedy tylko zbliżyła rękę, ogromny znak rozjarzył się ostrzegawczo, a impuls magii jaki wyczuła przy tym, uświadomił jej, że złamanie pieczęci będzie co najmniej bardzo bolesne. Ale wyczuła też coś jeszcze. Najwyraźniej jako uspokajacza natrętów użyto zaklęcia pioruna. Czemu by nie spróbować?
Sięgnęła do sakiewki i wyciągnęła nowo zdobytą runę.
- A co tam... I tak trzeba kiedyś to zrobić.
Ujęła runę mocniej i uniosła w górę. Oczy błysnęły pomarańczowym ogniem i bezgłośna wibracja przeleciała przez całe ciało. Buchnął słup ognia, który objął Demonicę. Runa błysnęła czerwono-złotym światłem i rozpadła się. Ogień zniknął. Demonica głośno westchnęła i Opuściła rękę. A potem wpatrzyła się w ścianę. Oczy nagle zmieniły kolor na jasno fioletowy. Fiolet błyskawicznie przeniknął jej ciało i nagle zmieniła się w demona fioletowej barwy i otoczonego wyładowaniami małych piorunów.
Podeszła do drzwi i dotknęła pieczęci. Błysnęło.
Ocknęła się oparta o ścianę na przeciwko drzwi. Jej demoniczna postać zniknęła, a pieczęć na drzwiach dalej delikatnie świeciła. Magicznymi ognikami.
Wszystko ją bolało. Zrozumiała co się stało. Ktoś połączył zaklęcie pioruna z jakimś zaklęciem przeciw demonom. I to potężnym zaklęciem. Trzeba znaleźć inny sposób.
- A Bur’zgar’k To!
Syknęła głośno i ruszyła do wyjścia. Zamknięta krypta może poczekać. Ona ma dosyć. Ma dosyć łażenia, moknięcia i żarcia sucharów, popijanych zgniłą wodą. Ma swoje prawa, a każda kobieta potrzebuje od czasu do czasu odrobiny przyjemności.
Sięgnęła do drugiej sakiewki, która była przyjemnie ciężka. Skoro była w twierdzy bandytów, nie zaszkodziło zaopiekować się paroma cennymi drobiazgami. Tym bardziej, że właściciele ich już nie protestowali.
Wyszła ze świątyni i spojrzała na znak gospody na przeciwko. Napis obok głosił, że mają najlepsze pokoje w mieście. Noc w pościeli, kąpiel (brrr) w ciepłej, nie, w gorącej wodzie, by zmyć z siebie brudy podróży. Oczyścić zbroję i ubranie. Zjeść porządną kolację, najlepiej coś krwistego i pożywnego. Napić się dobrego wina. W końcu to nie jej pieniądze.
Weszła do gospody.

C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-08, 17:12   

Byliście grzeczni? :wink:
To w nagrodę za cierpliwość, kolejna odsłona tasiemcowego serialu "Jak oni na, tak my ich" produkcji wenezuelskiej... :lol: Pomału zbliża się gorący moment. Trzymać miecze w pogotowiu. :spoko:

C.D.

Obudziła się o dość późnym rankiem. Miała wczoraj pracowity dzień. Dużo pytała i dużo się dowiedziała. Załatwiła kilka spraw. Do tego, obok wprowadziła się jakaś okropna baba, która do późnej nocy strasznie głośno klęła na służbę i obsługę. Sądząc jednak po tym, jak slużba skakała dookoła niej, musiał dobrze sypnąć złotem. Wstała, zebrała kilka rzeczy i ruszyła do łaźni. Myła się, gdy ktoś załomotał do drzwi.
- Otwierać! Do Cholery! Nie jesteście sami!
Damski głos o ostrym tonie dobiegł zza drzwi.
Uśmiechnęła się do siebie. Ale zaraz się babsko zdziwi.
Spokojnie dokończyła mycie i starannie się wytarła. Powoli.
Baba za drzwiami, coraz natarczywiej dobijała się do środka.
Podeszła do drzwi i Otworzyła je.
- I czego się tak dobijasz stara ... O cholera...
- ... O cholera...
Jak echo powiedziała ta druga.
Patrzyła w twarz Demonicy z zamku.
Demonica pierwsza zareagowała. Błyskawicznie złapała Anielicę za szlafrok i wypchnęła w głąb korytarza. Serafia zaskoczona poleciała i omal się nie wywróciła na podłogę. Złapała równowagę i odwróciła się gotowa do walki. Zobaczyła jeszcze jak zamykają się szybko drzwi do łaźni i usłyszała zamykaną zasuwę w środku. Chwilę później jej czułe uszy usłyszały niezbyt miły odgłos i głośne westchnienie ulgi.
Omal się nie roześmiała. No cóż. Widać nawet demonom trafiają się sprawy ważniejsze od odwiecznej walki Dobra ze Złem. Mimo wszystko współczuła karczmarzowi, niedługo będzie musiał stanąć przeciwko niezadowolonej klientce z piekła rodem. Dobrze, ze sama nie zamówiła żadnych dziwnych specjałów.
A potem, rozsądnie wróciła do pokoju i wyciągnęła z bagażu zbroję i broń. Na pewno się wkrótce przyda. Tak, czy inaczej.

Wreszcie się skończyło. Mocno wyczerpała ją ta niechciana przygoda. Ciągle miała wrażenie, że jest słaba i przydałby się jej wypoczynek. A Karczmarzowi zaraz podziękuje za ostatnie sensacje. Jak śmiał jej dać nieświeże mięso? Musiało być, nieświeże. Już mu zaraz podziękuje, oj dobrze podziękuje.
Ale… Spojrzała na drzwi. Za nimi mogła się czaić ta srebrna suka. A ona nie miała broni.
Zebrała się w sobie, i podeszła do drzwi. Zebrała resztki mocy i otworzyła szybko drzwi. Z głuchym hukiem odrzuciły do tyłu jakiegoś klienta, który właśnie chciał zapukać. Nieprzytomny osunął się po ścianie. Poza nim korytarz był pusty.
Zdała sobie sprawę że oddycha z ulgą. Bitwa z tą cholerną Anielicą dokuczyła jej mocniej niż chciała to przyznać przed samą sobą.
Ruszyła do swojego pokoju. Chwilę później ostrożnie zajrzała do środka. Tu też pusto. Zamknęła za sobą drzwi i podeszła do swoich rzeczy. Kilka minut później, miała już na sobie zbroję i pas mieczem. Wcisnęła na głowę hełm, uważając by rogi bez przeszkód przeszły przez otwory w nim. Teraz była gotowa na spotkanie ze światem.
Na korytarzu trzasnęły drzwi i usłyszała stukot srebrnych obcasów na korytarzu, a po chwili na schodach. Podeszła do drzwi i uchyliła je. Serafia w pełnym rynsztunku wychodziła z karczmy. Ciekawe gdzie niesie tę sukę.
Ruszyła za nią. Na swoje szczęście karczmarza nie było w Sali na dole. Wyszła przed karczmę i zobaczyła jak postać w srebrnej zbroi wchodzi do ruin katedry.
„Co ta wredna hetera ma tam za interes?” przemknęło jej przez myśl.
Ostrożnie ruszyła za nią.
Chwilę później była już w środku. Serafia poszła do wejścia do krypty… A więc to tak. Cwaniara też chce zdobyć błyskotkę. Dobra. Zaczekamy. Może ta dewotka lepiej sobie poradzi z pieczęcią…
Z piwnicy Błysnęło potężnie. I dobiegło ją barwne przekleństwo, chyba krasnoludzie, wysyczane srebrnym głosem.
Mimowolny uśmiech zakwitł na ustach Demonicy. Świętoszka też się sparzyła.
Z piwnicy dobiegło drugie przekleństwo, tym razem chyba elfickie i nagle moc przeniknęła świat. Demonica aż się wzdrygnęła. A chwilę później usłyszała otwierające się kamienne drzwi. Anielicy udało się zdjąć pieczęć. Odczekała moment i zajrzała do piwnicy. Była pusta, jeśli nie licząc otwartej, ciemnej czeluści, w głębi której znikało właśnie delikatne srebrzyste światło. Demonica ruszyła za nim.

Korytarz był dość długi i stromo opadał w dół. Kiedyś tędy procesje pogrzebowe zmierzały ze swoim smutnym brzemieniem na spotkanie wieczności.
Stare, kamienne ściany były pokryte dość grubo wiekowym kurzem. Widać było, że od wielu lat katakumby nie były używane. Podłogę pokrywała jeszcze grubsza warstwa pyłu. Srebrne buty zapadały się w nim prawie do połowy. W srebrnym świetle magicznego płomienia ten wiekowy kożuch był przeorany niezbyt starymi śladami dużych butów. Ślady po pechowym wojowniku. Znaczący był fakt, że prowadziły jak na razie tylko w jedną stronę. Przed nią korytarz otworzył się na spore skrzyżowanie. Dawni budowniczowie poszerzyli je w niewielką komnatę. W rogach stały małe, zakurzone ołtarzyki poświęcone zapewne kilku bogom. Niestety dziś ornamenty i runy dawno zniknęły pod warstwą kurzu, który wilgoć zmieniła w twardą skorupę. Ślady poprzednika prowadziły prosto. Jego ślady w twardszym pyle były nieco mniej widoczne, ale jednak były. Problem w tym, że nie były samotne. Z bocznych korytarzy prowadziła istna plątanina tropów. Ale były dziwne, długie jakby ich posiadacze powłóczyli nogami. Inne były głębokie, niemal punktowe, jakby zostawione przez twarde, ostre przedmioty. Widywała już takie ślady.
- Nienawidzę nieumarłych.
Mruknęła pod nosem, czując jak jej na karku unoszą się włoski. A potem nagle obróciła się na pięcie w stronę jednego z korytarzy i wzywając swoją moc, posłała potężną błyskawicę w jego głąb. Wprost w lecącą na nią wpół materialną zjawę. Magia nie widziała różnicy między żywym ciałem, a duchem. Uderzyła w niego z głuchym hukiem i zatrzymała go w miejscu. Niematerialny głos bólu przeniknął wymiary i dotarł do czułych uszu Serafi. Zaskoczona wyszarpnęła swoje miecze. W ciemnym lochu wyraźniej było widać otaczającą je aurę o srebrzystej barwie. Po takim ciosie jaki zadała, większość duchów powinna rozpaść się na kawałeczki i zniknąć z tego planu. Ale ten się tylko otrząsną i znów skoczył w jej stronę. Widmo zmieniało kształty i wygląd, usiłując przerazić intruza. Ale Ona się nie bała. Duch to tylko duch. Miecze zatańczyły w zawiłym układzie. Ostrza dosięgły ducha. Metal nie mógł mu zrobić krzywdy, ale ich aura wystarczyła. Pierwszy cios rozciął ektoplazmatyczną postać, ale szrama szybko się zamknęła, zostawiając tylko bladą bliznę. Drugi cios dał prawie identyczny efekt, ale tym razem trwało to odrobinkę wolniej. Trzeci i czwarty cios zostawiły już trwałe ślady. Duch znów wrzasnął przenikliwie i próbował uciec, ale kolejny cios rozerwał go na strzępy. Ostatni wrzask zjawy był najbardziej przenikliwy, żałosny i rozpaczliwy. Srebrzyste oczy Serafi dostrzegły jeszcze jak uwolniona dusza wije się rozpaczliwie i znika w białym rozbłysku światła.
- I co? Już nie jesteś taki blady, jak przed chwilą?
Parsknęła jak dzika kotka. Jej największa wada. Takie głupie żarty były jej sposobem na rozładowanie napięcia.
Przez chwilę wpatrywała się w miejsce, gdzie jej przeciwnik rozpłynął się w nicości.
Duchy były bardzo słabymi istotami. Nigdy nie miała z nimi większych problemów. Ten nie był wyjątkiem, ale… Był nadspodziewanie silny. Tylko niedawna dawka życiowej energii mogła tak wzmocnić ducha. Ale duch sam z siebie nie mógł takiej energii pobrać, z żadnego źródła. Ktoś musiał mu ją dać. Ktoś, kto dobrze znał ciemną magię i umiał składać rytualne ofiary. Skoro duch ją zaatakował, to coś musiało być na końcu tego korytarza. Lepiej się przygotować. Stanęła w rozkroku i wezwała swoją moc. Ogniste ostrza zawirowały, świetlista tarcza otoczyła jej postać. Z delikatnym błyskiem spłynęła na nią święta aura. Uniosła miecze i ruszyła w głąb lochu. Ktoś będzie miał dziś zły dzień i to nie będzie ona.

Zatrzymała się i przywarła do ściany. Srebrzyste światełko zatrzymało się daleko w przedzie. A potem znienacka ostry błysk światła i huk pioruna odbił się od ścian. Usłyszała niematerialny wrzask i świst mieczy. Kolejne wrzaski, a potem zapadła cisza. Błysnęło coś jeszcze i srebrne światełko podążyło w lewo. Poczekała jeszcze moment i wywołała własny, mały płomień, który zawisł nad jej głową i rozjaśnił tunel. Ruszyła dalej.
Chwilę później dotarła do krzyżówki. Wyczuła zapach ektoplazmy. Przypalonej. Uśmiechnęła się. Ta idiotka natknęła się na jakiegoś duszka i spanikowała. Te srebrne hetery są żałosne. Skoro ona poszła w lewo, to Ona pójdzie w prawo. Zobaczymy kto tu pierwszy się obłowi. I z tą pocieszającą myślą skręciła w prawo. Korytarz szybko zmienił swoją kamienną monotonię. Pojawiła się mnóstwo wnęk w ścianach i załomów. Zajrzała do jednej i znalazła tylko stare kości, pokryte kurzem. Druga była pusta. Podobnie jak trzecia. Ruszyła dalej.
Nie zastanowiło jej, czemu psute wnęki nie były zakurzone.
Korytarz skręcił. Przed sobą, w migotliwym świetle ujrzała jakąś szarawą postać stojącą przy ścianie. Była nieruchoma. Podeszła bliżej. I parsknęła śmiechem. To tylko stara rzeźba. O! Tam dalej jest druga, siedząca przy ścianie. A już się jej robiło przez moment nieprzyjemnie.
Podjęła wędrówkę przez brudne podziemia. Ale kiedy dochodziła do drugiej rzeźby, ta nagle ruszyła się i podniosła. Dziwnie niezgrabnie.
Zamarła. Ręka bezwiednie wyciągnęła miecz. Pomarańczowe ognie piekielnej energii rozpełzły się jego ostrzu. Siłą woli rozjarzyła mocniej swoje światełko. Szara postać powoli poczłapała w jej stronę. Wydawała przy tym smutne jęki. Światło ujawniło więcej szczegółów. Rozkładająca się skóra opinała sztywno kości. Plamy pleśni wykwitły na całej postaci. Wyszczerzone zęby tkwiły w wyschniętych ustach. Oczy już dawno zapadły się i zniknęły. Istotę napędzał najpotężniejszy z instynktów – głód.
Zombie. Prymitywna istotka. Poczekała aż się zbliży i cięła go mieczem. Ostrze przecięło starą skórę niczym papier i zagłębiło się w ciele. Buchnął okropny fetor, który mógłby powalić śmiertelnika. Tylko się skrzywiła. Wyrwała ostrze i zamachnęła się jeszcze raz. Zombie nagle skoczył na nią, nie czuły na własne rany. Wysuszone palce złapały ją za rękę i spróbował ugryźć. Miecz ciął drugi raz. Zombie się zachwiał. Nim wyszarpnęła ostrze, na jej niemy rozkaz ostrze rozpaliło się żywym ogniem i trup stanął w płomieniach. Tym razem był efekt. Zombie odskoczył do tyłu i krzyknął. To nie był zwykły ogień. Lecz Ogień. Zrodzony z siły najgłębszej otchłani samego piekła. Palił nie tylko ciało, ale i ducha w nim uwięzionego.
Zombie zaczął się bić po ciele, usiłując zdusić płomienie. Nie zdążył. Miecz zapłonął niczym pochodnia i ciął ponownie. Głowa trupa spadła z ramion. Duch został rozbity. Ciało, tym razem naprawdę martwe dogonił odwlekany czas. Rozpadło się na kawałki.
O kurcze… Coś tu było nie tak. Bardzo nie tak. Taka istota nie powinna być aż tak silna.
Stała się czujna. Odezwała się jej kobieca intuicja, zwiastująca kłopoty.
Schowała miecz do pochwy i przywołała własną siłę. Nie uaktywniła jej, ale trzymała niczym odbezpieczoną kuszę. Gotowa spuścić żywą śmierć na każdego, kto się nawinie, jedną szaloną myślą. Była gotowa. Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zawrócić.
Na wszelki wypadek przywołała jeszcze niewielką sferę ognia i kazała jej podążać za sobą. Lepiej pilnować pleców. Kilkadziesiąt kroków dalej korytarz otworzył się na większą komnatę. Pod ścianami tkwiło kilka dużych sarkofagów z odsuniętymi płytami. I było kilkana rzeźb pod ścianami. Rzeźb, które z jękiem ruszyły w jej stronę. Szalona myśl przebiegła przez jej głowę. I uwolniła skoncentrowaną magię. Ognisty Demon zjawił się na świecie, a blask bijący z jego skóry rozświetlił pomieszczenie. Był, wielki, silny, zabójczy i budził przerażenie. Ale tuzin Zombie nie czuł bólu i strachu. Chciały tylko jeść i tylko tego głosu słuchały.

C.D.N.

Przy okazji, trochę zwolnię tempa, bo chcę przerobić trochę końcową część powieści. Nie wyszła mi tak dobrze jakbym chciał. :cry: Pewnie zmęczenie twórcze. Ale wyjazd mi trochę podładował akumulatorki :drunk: Mam nowy pomysł i musze parę stron napisać od nowa. Ale nie bójcie się. Gotowe części, będą dalej publikowane, tyle, że co dwa trzy dni. :spoko:
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
Ostatnio zmieniony przez Madrik 2009-08-09, 14:38, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-10, 17:24   

C.D.

Zza załomu korytarza dobiegł ją suchy klekot. Znała ten dźwięk. Słyszała go już wiele razy. Wyjrzała za róg. Korytarz skręcał i zaraz otwierał się na duże pomieszczenie. W słabym świetle widziała kilka szkieletów człapiących przez ciemność. Zmrużyła oczy, gdy dostrzegła twarz jednej z czaszek. W ciemnych oczodołach lśniły fioletowawe ogniki. W tych starych kościach było bardzo dużo energii. Zbyt dużo. Taką siłą mógł je obdarzyć tylko naprawdę silny nekromanta. A to nie była miła myśl. Zebrała się w sobie i wpadła do komnaty.
Bezrozumne istoty zwróciły ku niej martwe, kościste twarze. Stare kości klekotały złowieszczo. Pierwszy ze szkieletów ciął szablą tak szybko, że ledwo zdążyła sparować cios.
Wijące się linie energii smagnęły jego kości. Rozległ się głośny syk i zapachniało spaloną kością. Ale nic więcej się nie stało. Normalnie, taki kościak powinien już stracić rękę. Ale nie było czasu na zastanawianie się. Szkielet znów ciął, a pozostałe już na nią skakały. Odbiła cios i wypowiedziała SŁOWO. Jak zwykle, wibracja przeniknęła materię i duchowe sfery. Wszechświat nagiął się do jej woli i kolumna srebrzystego światła spłynęła przed nią. Wprost na pierwszego kościotrupa. Ten otworzył kościstą paszczę i zatrząsł się od bólu, który przeniknął jego magiczną istotę. Światło w jego oczodołach zgasło, ale stał dalej i nawet zamachnął się do kolejnego ciosu. Ale siła i szybkość już zniknęły. Srebrne ostrze śmignęło i uderzyło z rozmachem w szkielet. Rozsypał się. Po prostu.
Ale następne były już blisko. Kolejny przeszedł przez kolumnę światła. Skurczony od bólu, którego żaden śmiertelnik nie mógł doświadczyć i przeżyć. Ale w jego oczach nadal widać było resztki tlącej się energii. Miecz strącił jego głowę. I następny już do niej doskakiwał. Ten był znacznie lepiej uzbrojony. Trzymał dużą tarczę, na której nadal widać było resztki jakiegoś herbu. W ręku ściskał długi miecz, a na głowie tkwił zardzewiały hełm. Żebra okrywał luźny napierśnik. Był naprawdę niezłym wyzwaniem. Przeskoczył przez kolumnę światła. I od razu zasłonił się tarczą. Głupi ruch. Tarcza była metalowa. Błyskawica uderzyła go i odrzuciła na drugi koniec pomieszczenia. Rozpalony metal stopionej tarczy ochlapał go, ale nie zatrzymało go to na długo i zaczął się podnosić. Następne już ją atakowały. Najbliższego kopnęła po prostu. Wpadł ponownie w kolumnę światła, której blask pomału przygasał. Ale powtórny prysznic boskiej energii wymył do końca jego plugawą istotę i kościak po prostu się rozsypał.
Następnego przyjęła czystą kombinacją szybkich ciosów. Nieumarły mógł jej przeciwstawić tylko resztki dawnego kunsztu, a wojownik był z niego kiedyś nie najlepszy. Co prawda teraz nie czuł fizycznego bólu, a jego szybkość i zwinność wspomagały moce nekromanty, który go powołał do ponownego istnienia. Nie dało mu to dużo. Zdołał sparować aż dwa ciosy, a potem magiczne miecze zadzwoniły o stare gnaty. Stracił rękę, kilka żeber, spadła mu głowa, a po kolejnym ciosie zmienił się w stosik kościanego pyłu i odłamków.
Jednak była to marna pociecha. Porażony truposz już rzucał się na nią ponownie, a kolejne trzy zmusiły ją do wycofania się z powrotem do korytarza. Były silne, ale ich inteligencja była cieniem dawnej siły. Walczyły i wygrywały dzięki uporowi, jaki mogła dać tylko śmierć. Bezlitosne i uparte. Szybkie i silne. Ale po prostu głupie. Teraz tylko dwa mogły się na raz wcisnąć między wąskie ściany. Wtedy jednak nie mogłyby walczyć. Jakaś resztka myśli w ich suchych czaszkach powstrzymała ich przed tym. Ale pojedynczo, było jej znacznie łatwiej.
Nie tak łatwo, jak być powinno, ale zawsze to jakaś korzyść.
Pierwszy wlazł za nią, ten, którego trafiła piorunem. Kuśtykał. Cios i przejście przez świetlistą kolumnę bardzo go osłabiły. Ale nie umiał się po prostu poddać. Nie znał takiej opcji, Szedł by zaznać powtórnej śmierci. Uniosła miecze. On uniósł swój, by sparować cios. Udało mu się, ale miała dwa miecze. Drugi, spowity srebrzystą energią, która niszczyła nieumarłe twory wypaczonej magii, spadł na jego czaszkę i rozciął ją niczym wysuszoną tykwę. Upadł całkiem martwy, tym razem na wieczność. Zniszczyła ducha uwięzionego w resztkach ciała. Tym razem, nawet najpotężniejszy nekromanta już go nie ożywi.
Następny truposz już szedł na nią. Zginął prozaicznie. Potknął się na resztkach poprzednika i wystawił pod ciosy mieczy. Czuła, że opuszcza ją siła. Zaraz straci swoją ochronę. Ale miała jeszcze trochę mocy. Wyszeptała krótką inkantację i skierowała ją na ostatni szkielet, za plecami swojego przeciwnika. Ogniki w jego oczach na moment przybrały niebieskawą barwę, gdy moc niebios wypełniła jego ducha. Uniósł topór który trzymał i spuścił go na plecy byłego kumpla od sarkofagu. I znowu. Zaatakowany instynktownie się odwrócił i ciął nieoczekiwanego wroga. Zabiły się wzajemnie.
Jej tarcza zgasła. Zwinęły się ostrza światła tańczącego w śmiertelnym tańcu. Zgasł blask jej aury. W komnacie zapadła ciemność. Iskra, która oświetlała drogę, również zgasła.
Samotna w ciemności, oparła się zmęczona o ścianę. Ale jej oczy błyszczały lodem. Odpocznie. Zbierze siły i pokaże istocie, która ośmieliła się kpić ze świętych praw, że Niebiosa są może miłosierne, ale też sprawiedliwe. Sprawiedliwe aż do bólu, nawet jeśli ten ból zabija. I miłosiernie dają szansę pokuty i skruchy. Choćby ich nie chciał i nie pragnął. To dostanie Miłosierdzie i Sprawiedliwość.
Srebrny lód nie znał litości.

Nie doceniła przeciwnika. Zombie nie byli godnym przeciwnikiem dla Demona z piekielnego ognia. I to ją zmyliło. Dała im się otoczyć na środku komnaty. Omal jej nie dopadły. Ostatniego musiała dobić mieczem, gdy jej moc się wyczerpała. Były niespodziewanie silne. Jej zbroja była w kilku miejscach mocno naruszona. Któryś zdołał nawet ją zadrapać. Czuła jad, który dostał się do jej ciała, ale energia demona wypaliła go, ni zdołał ją powalić. Gdyby była zwykłym śmiertelnikiem...
Zmęczona przysiadła na jakimś katafalku, który cudem uniknął pochlapania zgniłą posoką i mięsem. Przez moment poczuła zniechęcenie i przez głowę przemknęła zdradliwa myśl, żeby się po prostu odwrócić i pójść przed siebie. A potem przypomniała sobie obraz znikającego w drugim korytarzu srebrnego światła. Tamta idiotka nie zrezygnuje. Świętoszki były zbyt uparte i nie dopuszczały do siebie myśli o porażce. Tam, skąd pochodziła opowiadano wiele legend o Serafiach. Zawsze ośmieszały i wyszydzały te cholerne anielice. W końcu opowiadały je demony. Problem w tym, że te, które zdołały przeżyć, albo nie spotkały ich na swojej drodze. Wspólny mianownik zawsze był ten sam. Jak możesz, to zabij, bo ONE nie odpuszczą. Kilka dni temu sama poczuła siłę tej hetery. I nie było to miłe doświadczenie.
Ale ta duma, to tylko jeden z obowiązkowych grzechów każdego demona.
Choć starała się, ciągle pamiętała o tamtym dniu. Dniu, gdy zawalił się jej świat. Podły, dziki i zły, ale jej. A teraz krążyła uwięziona w tym miernym planie śmiertelników, obdarta z posiadanych wcześniej mocy. Uwięziona w kruchym ciele i skazana na zbieranie tych nędznych resztek mocy jej świata, które przenikały zasłonę między wymiarami. Tak jak teraz, jej aura wchłaniała magię kropla po kropli, odtwarzając mizerne zasoby jakimi dysponowała.
Ale to mogłaby ścierpieć. Gdyby tylko taki los ją dotknął, urządziłaby sobie nowe życie. Wystarczyłoby znaleźć jakąś miłą, gorącą i suchą okolicę. Jakąś starą świątynię. Odprawić parę trudnych i mozolnych rytuałów, po których otworzyłby się szerszy kanał pomiędzy światami. Paru niewolników, kilka ofiar dla rozrywki i nie byłoby tak źle.
Ale ON, JĄ, UPOKORZYŁ!. Zdradził, ośmieszył, wrobił i na końcu wygnał.
TEGO darować nie mogła. Zrobi wszystko, by się zemścić. Wszystko. I żaden cholerny nekromanta jej w tym nie przeszkodzi.
Oczy rozjarzyły się dzikim ogniem z taką siłą, że pomarańczowy blask na moment rozświetlił komnatę ukazując makabryczne resztki po niedawnej walce.
Spojrzała w ciemny korytarz i wstała. Czuła jak magia powraca. Była gotowa. Uśmiechnęła się paskudnie i rzuciła pod nosem przymilnym tonem.
- Idę do ciebie skarbie. Bądź gotowy na nasze spotkanie. Bo ja na pewno będę i pokażę ci niespodziankę.
Uniosła przed siebie miecz pochlapany zgniło-zielonkawo-burą posoką, przywołała mały płomyk oświetlający drogę i ruszyła w ciemność. Nie musiała się lękać ukrytego tam zła.
Była najwredniejszą suką w całej tej zakurzonej krypcie. Nie licząc oczywiście pewnej anielicy.
Nie zauważyła jak za jej plecami ze ściany na moment wyjrzała widmowa głowa i patrzyła za oddalającą się kobietą. A potem duch schował się na powrót w ścianie, a potem pomknął przez ziemię i grube mury, przekazać swemu panu wszystko co widział. A widział bardzo dużo.

C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Ezrile 



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Klan S1: White Warriors
Wersja gry S2: ZE: 2.65.2
Klan S2: White Warriors
Platforma S2: PC
Wiek: 42
Dołączyła: 15 Lip 2009
Posty: 58
Skąd: Katowice
Wysłany: 2009-08-12, 03:24   

Ja bardzo proszę o ciąg dalszy... :prosze:
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-12, 10:28   

To masz. Miałem wkleić jutro większy kawałek, ale skoro tak ładnie prosisz, to mała przystawaka nie zaszkodzi. :wink:

C.D.

Korytarz wił się i zakręcał wiele razy. Czasem rozszerzał się w małe komnaty wypełnione niszami i kamiennymi marami, na których spoczywały stare trumny. Ale był dziwnie pusty. Nie napotkała żadnych Istot, które można by przywrócić niebiosom. Ani żywych, ani umarłych. Przez moment widziała jakiegoś ducha, ale zjawa uciekła w ścianę nim zdążyła go ukoić solidną porcją magii i stali.
Chwilę później przejście zakończyło się ślepą ścianą. Z lewej strony, w murze tkwiły stare drzwi. Otworzyła je. Ustąpiły niemal bezgłośnie. Za nimi ujrzała krótki korytarz za którym widniała duża sala oświetlona widmowym światłem, którego źródła nie było widać. Ruszyła dalej. Wyszła z korytarza do Sali i wtedy zauważyła, że ktoś stanął obok niej.

Pochowali się. Sama nie wiedziała czy to dobrze. Z jednej strony fakt, że przeciwnik się jej boi mile łechtał jej dumę. Z drugiej nie miała się na kim wyładować i czuła dziką frustrację.
Zaglądała do mijanych sal, sprawdzała nisze grobowe, czy nie czai się gdzieś jakiś zombie, albo chociaż jakiś duch. Nic. W pewnym momencie rozwaliła nawet kopniakiem jakąś starą trumnę. Wypadły tylko zmurszałe gnaty ubrane w resztki spleśniałej sukni i niewielki diadem ze złota. Kiedy przekonała się, że szkielet nie wstanie i nie będzie zabawy, bez żenady przywłaszczyła sobie tę ozdóbkę. Jako rekompensatę za spotkany zawód.
Wreszcie korytarz skończył się ślepą ścianą. Po prawej stronie widniały stare drzwi. Jej zmysły wyczuły bliskie źródło mocy.
- Nareszcie... No to choć zatańczyć.
Mruknęła pod nosem i przeszła przez drzwi. Ujrzała oświetloną salę dziwnym światłem. Kilka kroków i weszła do Sali.
A tuż obok niej, z drugiego korytarzyka wylazła ta srebrnolubna idiotka!


C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-12, 21:15   

C.D.

Obróciły się do siebie niczym wściekłe kotki. Ale nie zdążyły nic więcej zrobić poza ostrymi parsknięciami.
Tuż za ich plecami oba korytarze zamknęły nagle zakratowane drzwi ukryte do tej pory w murze.
I w tej samej chwili zgrzytliwy głos zwrócił ich uwagę na jego właściciela.
- Witam drogie Panie. Co za wspaniały zbieg okoliczności. Proszę, jeżeli nie będzie się bronić obiecuję, że umrzecie szybko i PRAWIE bezboleśnie.
Obie odwróciły się od siebie, ciągle z dzikimi minami na twarzy i spojrzały na mówiącego.
Siedział na tronie zrobionym z kawałków potrzaskanych sarkofagów. Oświetlały go magiczne ogniki wiszące w powietrzu tuż obok dawno wygasłych pochodni. Krypta śmierdziała odorem rozkładu i zgnilizny.
Skóra wysuszona na wiór, opinała ciasno kości. Zamiast oczu świeciły się dwa zielonkawe ognie w czeluściach oczodołów. Opinała go stara szata, mocno już wytarta i pełna dziur. Na głowie miał złotą tiarę, a w lewym ręku trzymał dużą laskę, okutą złotą i srebrną blachą. Przy końcu laski lśniły oprawione kamienie, delikatnie świecące magicznym blaskiem. Na prawym ręku lśniły dwa srebrne pierścienie. W jednym z nich lśniła biała perła, a drugi porażał blaskiem krwawnika. Oba rozsiewały wkoło silną aurę mocy.
Nie był sam. Przed nim stała niewielka armia złożona z kilku szkieletów, zombie oraz paru duchów. Była nawet mumia. Wszystkie stwory emanowały silną aurą mocy. Szkielety były odziane w pancerze i miecze. Jeden z nich był odziany w porwaną szatę, z resztkami haftowanych run. W ręku lśnił mu kłąb dzikiej energii, gotowej do ciśnięcia.
Nekromanta patrzył beznamiętnie na obie wojowniczki.
- Och! Gdzie moje maniery?! Panie pozwolą jestem nowym panem tej krypty. To moje małe królestwo, ale jednak moje. Nazywam się Gauri. Mój poprzednik... –
Wskazał ręką w stronę jednej ze ścian, gdzie leżała kupka starych kości.
- ... Nie przedstawił mi się, więc nie wiem jak się nazywał. Zasadniczo powinienem spytać o wasze imiona, ale składniki zaklęć lepiej traktować bezosobowo. Tak jest wygodniej. Dla mnie. A ja właśnie potrzebuję dwóch składników. Srebrnej krwi Anioła i ognistej skóry Demona. Juz prawie straciłem nadzieję, a tu proszę. Anioł i Demon razem zawitały w moje skromne progi. Ostatnio duży tu ruch. Wczoraj ledwo co zyskałem nowego generała dla mojej małej armii... Feniu, pokaż się gościom!
Z ciemnego kąta wyszedł powoli następny zombie. Miał na sobie rycerską zbroję i duży miecz. Widać było liczne rany przecinające jego skórę. Zbroja na brzuchu była rozerwana i widać było niestarannie zaszyte długie rozcięcie.
- Wiecie, jak trudno sprowadzić potężnego i myślącego zombie? Ile potrzeba energii i mocy? Jak długie są rytuały? Z Feniem naszym drogim się udało, wybaczcie proszę to zdrobnienie, ale jego pełne imię wykręca nawet mój język. Podobno pochodzi z północy i był Gladiatorem. U mnie zostanie Feniem Najpierw musiałem go złapać żywcem. A to wcale łatwe nie było. Był całkiem dzielnym wojownikiem. Zabił mi nawet dwoje sług.
Ale to było proste. Trudniej było utrzymać go przy życiu, przez te siedem dni rytuałów. Wtedy już taki dzielny nie był, ale cóż począć. Cierpienie i ból generują tyle mocy...
Nekromanta wstał z tronu. Słychać było jak zatrzeszczały stawy.
- A jeżeli ofiara umrze przed końcem, to wszystko idzie na marne. A tu proszę. Jak ładnie wyszło. Udało się nawet zachować sporą część jego osobowości i inteligencji. A z tym zawsze jest problem. Głupiego sługę można stworzyć jednym zaklęciem. Ale nad dobrym trzeba się nieźle pomęczyć.
- Och! Za dużo pewnie gadam. Ale tak rzadko mam inteligentnych gości. Zwłaszcza, że długo nie zabawicie. Niestety wasze rodzaje nie dają się wykorzystać w mojej dziedzinie, a szkoda.
- Niestety dla was, potrzebuję rzadkich składników, których źródłem jesteście, by przywrócić moje dzieci.
Machnął ręką w stronę niewielkiej niszy grobowej, gdzie na katafalku spoczywały dwa stare szkielety.
- Mój poprzednik zabił je i zmienił w bezrozumne stwory. Zmusił mnie bym walczył z nimi i je pokonał. Ale byłem lepszym magiem niż on. Zawiesiłem dusze moich skarbów i przejąłem jego siłę, by móc dokończyć rytuały i przywołać ponownie moje pociechy. A wy drogie Panie, pomożecie mi w tym dziele. Dlatego poproszę tylko o kilka litrów krwi i parę łaków kwadratowych skóry. Panie pozwolą?
- Feniu! Zabić je! Postarajcie się tylko nie rozlać za dużo krwi Anioła i nie pociąć zbyt mocno skóry Demona.
Zebrane stwory na ten rozkaz ruszyły do przodu. Wprost na dwie kobiety.

C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Madrik 


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączył: 14 Cze 2009
Posty: 12
Skąd: Pcim
Wysłany: 2009-08-14, 10:43   

Wracam dopiero po weekendzie. Dlatego trochę dłuższy odcinek na osłonę deszczowych dni. :D

C.D.

Demonica pierwsza się otrząsnęła. Lubiła dobrą zabawę, ale tu sytuacja lekko ją przerosła. Mimo wszystko w każdym demonie drzemie mały racjonalista, który pozwala im troszczyć się o własną skórę.
- Te... Blada... Mam straszną ochotę wepchnąć ci do gardła mój miecz i wyciągnąć tyłkiem, ale jeszcze bardziej nie chcę dawać jakiemuś zasuszonemu truposzowi mojej skóry. A ty pewnie nie lubisz dzielić się krwią. Może mała współpraca?
Serafia nie spojrzała na nią, śledząc zbliżających się wrogów.
- Uważam, że te rogi na łbie muszą wam spowalniać myślenie, ale teraz masz akurat rację. Niech będzie. Ty bierzesz tych z prawej, a ja tych z lewej. Ale jak spróbujesz jakiś sztuczek, to osobiście wetknę ci ten twój hełm tam, gdzie ogień piekielny nie zagląda i gdzie będzie boleć!
Demonica parsknęła.
- Jak chcesz. Ja mogę obiecać, że dziś nie wbiję ci miecza w plecy.
Serafia uaktywniła tarczę i resztę swych mocy.
- W takim razie, ja obiecuję, że dziś nie ześlę na ciebie Jasnego Promienia Odkupienia.
Demonica zmieniła się w demona z ognia, który zahuczał jeszcze głuchym głosem.
- A co z innymi zaklęciami?
- A co z innymi miejscami wbijania miecza?
Demon uśmiechnął się paskudnie.
- Umowa stoi. Dziś mamy dość zabawy. Jutro się pozabijamy.
Serafia ruszyła do walki.
- Niech będzie. Jutro się potniemy na plasterki. A dziś potniemy kogo innego.
Anielica otoczona świętą magią niebios i Demon spowity ogniami piekieł razem skoczyły na nie znające strachu potwory. Po raz pierwszy od zarania świata Niebo i Piekło wspólnie stanęły do walki. Po tej samej stronie.

Mieszkańcy Hedgenton zatrzymali się jak wryci, wyrwani nagle z rytmu codziennych czynności. Ziemia zadrżała gdy potężne wibracje przeniknęły grunt. Na placu Herstena, gdzie stała opuszczona świątynia, w jednym z budynków z hukiem pękła frontowa ściana. Cudem się nie zawalił. Zwykli ludzie wpadli w panikę. Krzyczano o trzęsieniu ziemi i końcu świata. Ożyły w umysłach stare legendy, którymi straszono ich w dzieciństwie.
Gdyby jeszcze mogli poczuć to, co poczuli miejscowi magowie, wszyscy by pewnie uciekli z miasta.
Czarodzieje i każdy kto był obdarzony magicznym talentem, szybko zdołali zlokalizować źródło niezwykłych zdarzeń. Emanacje Aury były silne i wyraźnie określone. Bardzo szybko, w starej świątyni pojawili się dwaj czeladnicy z Gildii Magicznej w eskorcie miejskich strażników. Zerwana pieczęć mówiła wszystko. Ktoś zdołał pokonać bardzo mocne zaklęcia i teraz pod ziemią toczy się epicka walka. A to znaczy, że w krypcie nadal było coś, co można pokonać. A jeżeli nieznany wojownik poniesie porażkę to, to coś może chcieć wyjrzeć na powierzchnię. Wojownik może też wygrać, a wtedy trzeba go powitać jak bohatera. Podjęto szybkie decyzje. Wyjście z krypty otoczyli strażnicy i kilku czeladników. W razie czego, jeden z nich miał wezwać mistrzów z Gildii i posiłki z koszar.

Stały oparte o siebie plecami. Magia uleciała już jakiś czas temu. Wyciągnięte miecze kreśliły w zatęchłym powietrzu niebezpieczne linie. Większość nieumarłych leżała już w wiecznym spokoju na podłodze. Z reguły w małych kawałkach. Demonica ledwo stała. Wynik głębokiej rany na udzie. Serafia Trzymała tylko jeden miecz. Lewa ręka zwisała bezwładnie. Zbroje ich obu były porysowane i powgniatane i tylko zaklęta w nich magia trzymała je w całości. Obie ciężko oddychały, ale ich oczy błyszczały szalonym blaskiem. Chodź żadna nic nie mówiła, uświadamiały sobie, że są bardzo blisko własnego końca.
Feniu stał przed tronem Gauriego. Sam Nekromanta siedział na tronie z żywym zainteresowaniem oglądał spektakl. Co jakiś czas bił lekceważące brawa, gdy którejś z nich udawało się dobić jakiegoś truposza. Chichotał złośliwie, gdy jego słudzy zadawali im rany.
I zupełnie nie przejmował się stratami, jakie jego małej armii zadały przez ostatnią godzinę.
Nie licząc Gauriego i jego generała, były otoczone przez ostatnie cztery szkielety.
Wendalin trąciła lekko łokciem plecy Demonicy.
- Te, Rogata, zostało ci trochę magii? Albo jakaś sztuczka w zapasie? Cholernie by się teraz przydała.
Demonica śledziła wzrokiem dwa szkielety, które na moment wstrzymały atak i teraz cała czwórka z klekotem starych kości otaczała obie wojowniczki na środku komnaty.
- Coś by się jeszcze znalazło, Świętoszko, ale te kościaki to tylko przystawka. Trzeba coś zachować na danie główne. A jak u ciebie?
Serafia prychnęła.
- Na tym polega kłopot z wami, Sukubie, Nie lubicie ryzykować. Czy te twoje też się ustawiły mniej więcej po okręgu?
- Tak, a co? Zaprosisz je do kółeczka?
Serafia uśmiechnęła się kwaśno i błysnęła oczkami.
- Powiedzmy. Jakby nie wyszło, to tylko ty masz broń.
I cisnęła mieczem w ciemność.
Demonica zdębiała.
- Zwario…
Z ostrym furkotem wirujące ostrze powróciło z ciemności. Szkielety były silne, szybkie i uparte do bólu. Ale też do bólu głupie. Nie dostały jeszcze żadnego rozkazu, po za otoczeniem wojowniczek. Nim nowy rozkaz nadszedł. Wirujący miecz zatoczył szeroki łuk. Rozległy się dwa trzaski i dwa truposze opadły na kolana, gdy ich czaszki spadły na podłogę.
A potem rozsypały się w sterty kurzu i gnatów. Furkoczący miecz zawrócił, tracąc wysokość i upadł do stóp właścicielki. Schyliła Się szybko po niego.
- To trochę wyrównuje szanse...
Gromkie oklaski nadleciały od strony tronu.
- Brawo! Słynny wyrzut Mistrzów Śmierci z Kerwanel! Nie sądziłem, że to zobaczę!
Ciekawe, skąd się tego nauczyła? Nie sądzisz Feniu? Nie wygląda przecież na członkinię ich zakonu zabójców. A może?
Feniu tylko wydał z siebie charkliwe westchnienie. W tym samym momencie dwa ostatnie szkielety skoczyły do ataku.
Rozdzieliły się i każda zajęła się jednym przeciwnikiem. Były zmęczone, ranne, ale też cholernie wkurzone. Szczęk broni znów rozbrzmiał w Sali.
Ostry cios wyrwał Serafi miecz z ręki. Nim truposz zdołał ją trafić, zanurkowała pod jego ręką i przeturlała się po podłodze. Jęknęła głośno gdy zraniona ręka zetknęła się z podłogą, czemu zawtórował złośliwy chichot Gauriego.
Szkielet odwrócił się i ruszył za nią unosząc broń. Jej ręka natrafiła na rękojeść topora, należącego do jednego z pokonanych trupów. Złapała go i machnęła z dzikim obrotem w nadchodzącego wroga. Ciężkie ostrze uderzyło w kości ręki, zdruzgotało je i szkielet stracił broń. Zamachnął się drugą ręką i uderzył ja w twarz. Odskoczyła od ciosu dwa kroki i czując rozpływający się na bladej twarzy nowy siniak, znad głowy cięła toporem z całą siłą na jaką jeszcze było ją stać. Czaszka rozprysła się na kawałki. Ostrze przerąbało bark i zmiażdżyło żebra. Przeciwnik padła martwy na wieki.
Feniu zawył i rzucił się na Serafię.
W tym samym momencie Demonica dobiła swojego przeciwnika, ścinając mu kościstą głowę i skoczyła na Fenia. Nim zdołał ciąć Serafię, miecz Demonicy ciął go przez plecy. Gdyby Feniu żył, zginąłby na miejscu. Ale tylko się odwrócił i pchnął mieczem. Demonica jęknęła gdy stal przebiła jej zbroję i ciało i padła na kolana. Nim Feniu zdołał ją dobić, topór spadł na czubek jego hełmu. Ciało zwiotczało i padło, rozsiewając w koło nieziemski odór zgnilizny. Z ciała wyrwał się blady duch i krzyknął radośnie.
– Wolny! Wolny! Wolny! Wolny!
I zniknął, rozpływając się w powietrzu.

C.D.N.
_____________________________________________________________________
"Widzisz, mój uczniu. Magia to wspaniałe narzedzie, ale ma brzydki zwyczaj zawodzić w trudnych chwilach. I właśnie dlatego, warto mieć przyjaciela Kowala, który umie wykuć porządny miecz."
Ze "Wspomnień Zebranych" Arcymistrza Klobergena Starego, Mistrza z Mascarell.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Możesz zmieniać swoje posty
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Możesz załączać pliki na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Powiadom znajomego o tym temacie
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Śledź odpowiedzi w tym temacie
Oznacz temat jako nieczytany

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 1,08 sekundy. Zapytań do SQL: 12