logo



FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
ProfilProfil  Nie masz wiadomościNie masz wiadomości  Wyloguj [ Arch ]Wyloguj [ Arch ]

Poprzedni temat «» Następny temat
Ścieżki Przeznaczenia - Skorpion i Skowronek    Ignoruj ten temat
Autor Wiadomość
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2008-12-10, 15:51   Ścieżki Przeznaczenia - Skorpion i Skowronek

Kontynuacja (nareszcie) serii opowiadań, którą kiedyś zaczęłam. Chyba najdłużej w moim życiu powstający tekst, bo pierwsze trzy strony napisałam jakiś rok temu. Potem była trzecia klasa liceum, matura i wszystko jakoś się rozlazło. Teraz - będzie ze dwa tygodnie temu - nareszcie siadłam z powrotem do pisania. No i poszło z górki. Myślałam, że będzie nieco dłuższe opowiadanko od poprzedniego, tak z 15 stron. Nie wyszło i miałam nadzieję, że zamknę je w 20, co (oczywiście) też mi się nie udało. 25 też jakoś mnie nie zatrzymała i udało mi się wyhamować dopiero na ostatniej linijce strony 27. Tak więc nie strasząc was dłużej, życzę miłego czytania :)

Ścieżki Przeznaczenia:
Skorpion i Skowronek


Młody wojownik Mrocznych Elfów wciągnął głęboko zimne górskie powietrze czując jak pali go w gardle i zmusza do kaszlu. Stał na warcie przy głównym wejściu do fortecy Zhurag-Nar, zajętej przez mroczne elfy kopalni krasnoludów. Było to chyba najbardziej niewdzięczne zajęcie ze wszystkich. Mroczne Elfy przyzwyczajone do ciepła i mroku podziemi nienajlepiej znosiły przeciągi czy długie przebywanie na zimnie, jasna skóra nie chroniła przed ostrym górskim słońcem, a światło odbijające się od topniejącego wiosennego śniegu raziło przywykłe do ciemności źrenice. Mimo to straż była niezbędna. Niewielu śmiałków odważało się zapuszczać wgłąb niebezpiecznych bagien, zwłaszcza w porze śniegów. Jednak niedługo przed pierwszymi opadami zjawił się tu mężczyzna – niezbyt okazałej postury, lecz jednym gestem i słowem spopielił straż bramy, a wilki uciekały przed nim w ślepej panice. Przez swoją arogancję i zaślepienie magią popełnił jednak błąd – zapomniał, że Mroczne Elfy mają sojuszników. Przegapił dwa gargulce flankujące wrota, gdy zafascynowany próbował uruchomić nigdy niedziałający teleport. Resztkami mięsa i kośćmi zajęły się bojowe Wargi. Od tamtej pory straż przy wejściu do kompleksu została wzmocniona i młodzieniec ze swego wygodnego stanowiska przy niewolnikach w kuchni został wyrzucony na to przeklęte zimno.
„Już niedługo”- pocieszał sam siebie. Za niecałe dwa tygodnie, po ceremonii, gdy zostanie pełnoprawnym mężczyzną, dostanie przyjemniejsze zadanie. Może będzie mógł doglądać wilków w ich zagrodach, albo któraś z kapłanek wybierze go sobie na partnera i nie będzie musiał robić nic... Z braku lepszego zajęcia pogrążył się w marzeniach na temat czekającej go przyszłości.
Zluzowany przez kolejnego strażnika najszybciej jak mógł wrócił do sypialni, którą zajmował wraz z kilkunastoma innymi młodymi elfami płci męskiej. Kobiety miały swoje komnaty w najdalszej części fortecy i rzadko pojawiały się tak blisko wejścia. Zrzucił przemarznięte ubranie i usiadł na swoim posłaniu zawijając się w koc.
- Znowu warta, co? - spytał z zadowoloną miną Dermaghan. Był młodszy o cztery lata, lecz zachowywał się jakby to on miał niedługo zostać mężczyzną. Wszystko dlatego, że został przy kuchni i niewolnikach, a nie wyleciał do straży. Zmarznięty wartownik nie zaszczycił młodszego Elfa niczym poza wściekłym spojrzeniem. Ten chyba jednak nie chciał robić sobie wroga z kogoś, kto ma wkrótce osiągnąć wyższy status społeczny, bo usiadł w kulturalnej odległości i zniżając lekko głos, mruknął – Podobno oddział już ruszył. Zabrali aż trzy kapłanki.
Dopiero teraz młody Elf spojrzał na towarzysza z zainteresowaniem. Ceremonia wejścia w wiek męski była prawdziwym świętem – wielu nie dożywało swoich siedemdziesiątych urodzin. Zawsze wyprawiano wcześniej grupę wojowników, zazwyczaj pod dowództwem jednej z kobiet, by znalazła odpowiednią ofiarę na tę uroczystość, ale rzadko zdarzało się aby posyłano aż trzy kapłanki. Albo w okolicy działo się coś niebezpiecznego albo mieli upatrzoną bardziej wymagającą ofiarę. Ta druga opcja bardzo mu się spodobała. Im więcej sił miała poświęcona istota tym większą moc zyskiwał poświęcający.
Trzy dni później gdy znów posłusznie odmrażał sobie palce w pochmurny wiosenny wieczór, oddział wrócił. Brakowało w nim dwóch mężczyzn, zaś jedna z kapłanek miała opatrzone ramię i bok. Pozostali przy życiu wojownicy wlekli między sobą nieprzytomną kobietę. Nie widział twarzy, gdyż zasłaniały ją opadające włosy, lecz z pewnością pochodziła z pobliskiego miasta – nigdzie indziej oddział nie doznałby tak poważnych strat. Poza tym nosiła strój, który, choć poszarpany, różnił się od ubioru mieszkańców bagiennych wiosek, a jasne włosy były zbyt starannie rozczesane jak na wieśniaczkę. Chciał przyjrzeć się zdobyczy, nie śmiał jednak opuścić posterunku bez pozwolenia.
Gdy tylko uwolnił się od znienawidzonego zajęcia i przywrócił swojemu ciału normalną możliwość ruchu i temperaturę, zaczął zastanawiać się dokąd mogli zabrać kobietę. Pierwszym pomysłem było udanie się z tym pytaniem do kapłanek, jednak idea równie szybko znikła jak się pojawiła. Kiedyś wraz z Falhade'em dla zabawy chcieli wejść do damskiej części podziemi – on wyszedł z tej próby jedynie z kilkoma siniakami, lecz Falhade niemal stracił oko, zaś prawa część jego twarzy będzie już do końca życia oszpecona. Postanowił zamiast tego odszukać męską część patrolu, w nadziei, iż może któryś z nich będzie wiedział coś na temat schwytanej. W wielkim kompleksie znalezienie kogokolwiek z tej grupy zajęło mu sporo czasu, w końcu jednak dowiedział się, że zdobycz trzymana jest wraz z innymi w więzieniu, lecz w osobnej celi. W oddzielonej przepaścią części fortecy natknął się najpierw na dwa gargulce, które jednak przepuściły go, poznając zapach, który czuły czasem gdy przynosił strażnikom posiłki z kuchni. Za drzwiami w całkowitej ciemności płonęło tylko kilka magicznych lamp, co istotom nienawykłym do życia w ciemnościach podziemi nie pozwalało dostrzec niemal niczego poza cieniami w mroku. Młody elf bez trudu jednak odnalazł jednego z pilnujących, siedzącego wygodnie na kamiennej ławie pod ścianą i drapiącego za uszami wielkiego, kudłatego Warga. Widząc go zwierzę podniosło łeb, a jego czerwone oczy zalśniły czujnie, lecz zaraz uspokoiło się na powrót.
- Chcę porozmawiać z kobietą, którą dzisiaj przyprowadzono.
- Na jakiej podstawie sądzisz, że ci na to pozwolę? - strażnik wyraźnie naigrywał się z niego, wykorzystując swoją wszechwładzę w tym miejscu – A w ogóle kto ci pozwolił tu wejść? - czerwone oczy Warga znowu błysnęły, gdy stwór szykował się do okrutnej wersji zabawy w berka.
- Ona jest przeznaczona dla mnie – te krótkie słowa sprawiły, że ręka strażnika momentalnie chwyciła za obrożę gotującego się do skoku wilka, usadzając go w miejscu, a sam strażnik zerwał się na nogi. Nikt nie chciał wywołać gniewu kapłanek, a skoro ta ofiara była dla tego chłopaka, miał prawo ją zobaczyć.
Poprowadził przybysza do zamkniętych na głucho drzwi na końcu korytarzyka. Stał przy nich kolejny gwardzista z wilkiem u boku. Dziwne – tyle zamieszania wokół jednego więźnia. Młodzieńcowi podobało się to wszystko coraz bardziej – zamknięta za tymi drzwiami kobieta musiała być naprawdę ważną osobą. Strażnik usunął magiczne blokady by mógł wejść do celi. Okazała się ona maleńkim pomieszczeniem, pozbawionym jakiegokolwiek źródła światła. Jedynie blask trzymanej w ręku magicznej lampy pozwolił Elfowi dojrzeć siedzącą pod przeciwległą ścianą więźniarkę. Jej nadgarstki krępował łańcuch przeciągnięty przez kółko nad jej głową – na tyle długi, że mogła wstać lub usiąść, lecz o położeniu się czy zrobieniu choćby kroku nie było mowy. Kobieta siedziała ze spuszczoną głową, długie włosy zasłaniały jej twarz. Nie poruszyła się gdy wszedł do celi.
Mroczny Elf zastanawiał się, po co te wszystkie środki ostrożności – siedząca pod ścianą była drobna, drobniejsza od kapłanek jego ludu, i nie wydawała się zbyt silna. Ośmielony jej nieruchomością podszedł bliżej, uklęknął i, chwyciwszy kobietę za podbródek, zadarł jej twarz do góry. Musiał szybko ugryźć się w język aby nie zakląć. Tych rysów nie dało się pomylić, a już z pewnością nie w momencie gdy odrzucone włosy odsłoniły spiczaste ucho. Leśna Elfka. Co prawda nie widział nigdy dotąd przedstawiciela tej rasy, lecz wiele o niej słyszał. Wiedział, że ich kapłanki są potężne i potrafią zadawać okropny ból ofiarom. Nie inaczej postępowały kobiety jego rodzaju, lecz opowiadania o okrucieństwach tamtych wywoływały dreszcz nawet u zaprawionych w walce wojowników Mrocznych Elfów. Mówiono, że władające magią Leśne Elfki sprawiały, że ofiarę oplątywały rośliny o kolcach długich na dłoń, które wbijały się w ciało i sączyły powolne trucizny lub przyzywały agresywne duchy, przyprawiające o obłęd lub rozrywające przeciwników od środka. Teraz, gdy pierwszy szok minął, młodzieniec zauważył, że spojrzenie kobiety jest nieostre, półprzytomne. Musiała być właśnie jedną z kapłanek Leśnych Elfów - zapewne została odurzona, by nie mogła rzucać zaklęć. Znał jednak działanie otępiających ziół i wiedział, że jest na tyle przytomna, by go słyszeć i rozumieć.
- Kim jesteś? Jak się nazywasz? Skąd tu przybyłaś?- władał dość płynnie wspólnym, z rzadka jedynie używając wtrętów ojczystego narzecza. Dopiero teraz naprawdę cieszył się, że poświęcił część swojego wolnego czasu na naukę tego języka, zamiast brać udział w "rozrywkach" uwielbianych przez swoich rówieśników – dręczeniu niewolników, urządzaniu walk wilków czy wzajemnym praniu się po gębach. Mężczyźni Mrocznych Elfów bardzo rzadko odbierali szersze wykształcenie niż nauka czytania i pisania – nie było im ono potrzebne, gdyż nie pozwalano im studiować magii i rytuałów, które stanowiły wyłączną domenę kobiet. On jednak, chcąc choć odrobinę umniejszyć przewagę kapłanek nad sobą, przyswoił sobie nieco wiedzy na temat świata.
- Odpowiadaj! - warknął i potrząsnął lekko kobietą. Więźniarka była jednak tak osłabiona, że pod wpływem wstrząsu głowa ponownie jej opadła. Zdołała ją podnieść na tyle, by spojrzeć na niego, lecz widać było, że nie może skupić myśli na tyle, by odpowiedzieć nawet na trzy proste pytania. Mroczny Elf westchnął z irytacją i powtórzył – Jak się nazywasz?
Z twarzy kobiety widać było, że nawet przypomnienie sobie własnego imienia sprawia jej trudność. W końcu jednak jej usta otworzyły się. Przez chwilę zdawała się zmuszać je do ułożenia się zgodnie z jej wolą, lecz zatrute ziołami ciało było całkowicie nieposłuszne i wydała z siebie jedynie cichy jęk. Dochodząc do wniosku, że raczej nic z niej nie wyciągnie, młodzieniec szykował się do odejścia, gdy usłyszał niewiele głośniejszy od oddechu, zachrypnięty szept kobiety.
- Mmm... Meeeghhh... - jej głowa znów opadła bezwładnie, a cała postać znieruchomiała.

***


Następnego dnia w drodze na wartę dowiedział się, że dziś został zwolniony ze służby, zaś jego miejsce przy bramie zajmuje nie kto inny jak Dremaghan. Młodemu Elfowi nie przeszkadzało to jakoś szczególnie – nigdy nie lubił Dremaghana, a fakt, że tak nagle zmienił on zajęcie mógł świadczyć tylko o tym, że podpadł którejś z kobiet. Jego problem, niech teraz on marznie. Zobaczymy, czy dziś wieczorem też będzie taki wygadany jak zwykle
Tymczasem jednak były wartownik, nie mając nic lepszego do roboty, powrócił na swoją, opustoszałą w tym czasie, kwaterę i zabrał się za przeglądanie torby łupów, którą pozostawił przy posłaniu jeden z jego współlokatorów. Wszelkie kwestie sporne w stylu prawa własności wyjaśnią sobie później. Jak jednak można się było spodziewać, pakunek nie zawierał niczego wartościowego – jego właściciel dobrze znał panujące wśród mężczyzn zwyczaje. Jedynymi przedmiotami, które mogły być godne uwagi, były miedziana bransoletka, która jednak po bliższych oględzinach nie była zbyt interesująca, i książka. Odrzuciwszy metalową ozdobę postanowił zaopiekować się nieco wytartym tomem – jego dotychczasowy właściciel prawdopodobnie nawet się o niego nie upomni. Trochę szkoda, ale z drugiej strony nie miał ochoty na bójkę. Zbyt wiele spraw zaprzątało jego umysł, by chciało mu się dodawać do nich jeszcze problemy z kimś sypiającym trzy posłania dalej.
Zdobyczna książka okazała się być zbiorem wierszowanych utworów jakiegoś bliżej nieznanego autora. Były w niej teksty opowiadające o jakimś „wielkim królu” ludzi (jak jakikolwiek człowiek może być „wielki”?) i jego fortecy, okrutnym baronie, którego „dosięgła sprawiedliwość” (cały ten baron był strasznie naiwny, żeby dać się tak podejść, ale czego oczekiwać po człowieku?) oraz o bitwie o Mhurag-Nar. Tę historię młody Elf znał aż za dobrze i po przeczytaniu tej wersji miał ochotę cisnąć książką przez sypialnię. Jego rasa została opisana jako okrutne, żądne krwi potwory paktujące z demonami. Autorowi chyba pomyliło się, kto w tej bitwie był atakującym, a kto obrońcą, zaś fakt, że – pomimo dwukrotnie większej liczebności i chroniących je murów – Mroczne Elfy zostały wyrżnięte co do jednego, chyba bez wątpliwości wskazywał na to, która ze stron musiała bratać się z mieszkańcami Otchłani.
Ochłonąwszy nieco, wrócił do lektury. W końcu nie od dziś wiedział, że ludzie są tchórzliwymi, podstępnymi kłamcami. Ledwo nadawali się na niewolników. Kolejne utwory traktowały o kolejnych, żałosnych przepychankach ludzi, walczących o władzę. Dopiero za połową tomu tematyka zmieniła się. Kilka krótkich wierszy opisywało krajobrazy nieznane wychowanemu na bagnach Mrocznemu Elfowi – kwitnące łąki, wielkie rzeki, wiecznie zielone lasy na wysokich górach. Nie miał pojęcia, jak to wszystko wyglądało, ale musiało być ładne. Kolejnym tematem książki okazały się związki kobiet z mężczyznami. Tę część młody Elf czytał z wyraźnym niesmakiem. Kobieta błagająca o coś mężczyznę? Kobieta czekająca na deszczu i zimnie na mężczyznę? Kobieta ulegająca mężczyźnie?! Żałosne. Kobiety nie miały tak wiele siły fizycznej jak mężczyźni, musiały więc mieć silną wolę. A pozbawione jednego i drugiego stawały się całkiem zdane na łaskę i niełaskę płci przeciwnej. Żałosne. No ale chyba tylko z powodu tej słabości mają tak posłuszne służące – potulne kobiety przeżywały w niewoli dłużej niż buntowniczy mężczyźni, były subtelniejsze i przez to bardziej cenione jako służba.
Znudzony lekturą odrzucił ją w miejsce, z którego ją zabrał. Nie mając żadnych konkretnych obowiązków do wypełnienia wyciągnął się wygodnie na materacu i wlepił wzrok w kamienny sufit. Jego myśli błądziły bez celu, aż wreszcie trafiły na jakiś punkt zaczepienia. Znał kobiety swojej rasy – dumne, inteligentne i porywcze, władające potężną magią Mrocznej Bogini. Znał też ludzkie kobiety – niezbyt rozgarnięte, strachliwe (ileż to razy był świadkiem jak któraś, przestraszona, mdlała – była to jedna z popularnych rozrywek wśród młodzieży Mrocznych Elfów) i brzydkie – przynajmniej te służące w męskiej części podziemnego kompleksu. Orkijskiej kobiety nigdy nie widział, ale nie miał ochoty spotkać którejś. Ale ta Leśna Elfka, jego ofiara, intrygowała go. Niewiele wiedział o tej rasie, poza kilkoma paskudnymi opowiadaniami o ich złośliwości i okrucieństwie. Z pewnością były inne niż jego kuzynki – nie tylko z wyglądu – gdyż mężczyźni Leśnych Elfów również praktykowali magię, zaś kobiety nierzadko wybierały drogę oręża, nie czarów. Ta, na przykład potrafiła władać łukiem, gdyż pamiętał kołczan przewieszony przez jej plecy gdy oddział wlókł ją do fortecy. Gdyby tylko mógł z nią porozmawiać... Ale utrzymywano ją w stanie zbyt silnego odurzenia. Przez chwilę nawet zastanawiał się nad podaniem jej odtrutki, ale stwierdził, że nie ma ochoty zostać przemienionym w żabę czy rozerwanym przez duchy gdy kobieta odzyska zdolność rzucania zaklęć.
Komnata sypialna zaczęła się zapełniać, wyrywając go z zamyślenia. Wracali młodzi Elfowie, którzy po skończeniu swych porannych i wczesnopopołudniowych zajęć nie mieli żadnych pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Wrócił również właściciel torby, której zawartość leżała obecnie w nieładzie na jego posłaniu. Z niezadowolonym warknięciem zgarnął wszystkie przedmioty z powrotem, ale nie szukał winnego tego bałaganu. W tak ciasnym zgrupowaniu męskich przedstawicieli rasy Mrocznych Elfów nastroje szybko zaczęły się zagęszczać, jednak ktoś dostatecznie przytomnie myślący rzucił pomysł na zajęcie i tym samym oderwał wszystkich w pomieszczeniu od chęci wzajemnego poobijania sobie twarzy. Idea brzmiała całkiem ciekawie – wrzucić niewolnika do zagrody wilków i sprawdzić, jak długo przeżyje – i natychmiast znalazła się grupa chętna do obserwowania przebiegu „eksperymentu”. Hałaśliwie wytoczyli się z sypialni, gwałtownie dyskutując na temat wyboru zagrody, ilości wilków i tego, skąd można będzie zabrać niewolnika tak, aby nikt nie zwrócił uwagi na jego zniknięcie. Takie przemieszczenia trwały całe popołudnie – jedni przychodzili, inni wychodzili, tylko jeden Elf, leżący na swoim miejscu, nie przejawiał ochoty na jakąkolwiek formę aktywności. Kilku próbowało go zaczepiać, ale nie interesował się ich staraniami, więc w końcu dali spokój.
Wieczorem w komnacie zrobiło się nieco spokojniej. Część lokatorów postanowiła urządzić wypad do kuchni celem zdobycia czegoś lepszego na dzisiejszą kolację (choć bez wątpienia podczas tego wypadu ucierpią – zarówno psychicznie jak i fizycznie - niektóre pracujące w kuchni niewolnice). Kilku innych miało przydzielone obowiązki, a dobrze wiedzieli, że uchylanie się od wypełnienia ich może grozić czymś o wiele gorszym niż zwykła chłosta czy areszt. A Dremaghan nie wrócił z warty – musiał naprawdę poważnie nadepnąć komuś na odcisk. Pomimo dużej ilości wolnej przestrzeni, w dalszej części pomieszczenia wybuchła kłótnia, przybierająca z każdą sekundą na sile. Posypały się wyzwiska, adwersarze rzucili się sobie do gardeł, jeden wyciągnął sztylet, zaś obserwatorzy ochoczo zagrzewali do walki na przemian obydwu. Prawdopodobnie całe zajście skończyłoby się wraz z utkwieniem sztyletu między czyimiś żebrami lub w szyi, po czym wszyscy żywi świadkowie mieliby kłopoty, lecz przeszkodziły temu gwałtownie otworzone drzwi.
W progu stała młoda kapłanka Skorpiona, drugiego wcielenia Mrocznej Bogini. Za jej plecami, w pełnej gotowości do wypełnienia każdego jej rozkazu, stało dwóch Strażników Skorpiona – części elitarnej grupy mężczyzn (do której należeli zazwyczaj jedynie blisko spokrewnieni z kapłankami, i to tylko ci wybrani) służącej bezpośrednio przy kulcie Mrocznej Bogini, mającej swobodny dostęp do niemal całego podziemnego kompleksu. Wszelkie hałasy natychmiast ucichły, sztylet wrócił na swoje miejsce zanim zdążył zostać użyty.
- Wszyscy wynocha! - zakomendowała kobieta, a obecni w komnacie natychmiast ruszyli do drzwi, w drodze kłaniając jej się z szacunkiem – Ty zostajesz – wskazała na Elfa, który na jej poprzedni rozkaz odłożył czyszczone ostrze na posłanie i wstał by podążyć za innymi. Był najstarszy z nich, wkrótce miał zostać pełnoprawnym mężczyzną. Kapłanka machnięciem ręki odprawiła strażników i zwróciła się do jedynej oprócz niej osoby w komnacie.
– Słyszałam, że chciałeś rozmawiać z tą Elfką, którą sprowadzono dla ciebie na ofiarę - jasnym było, że nie oczekuje potwierdzenia - Nic z tego, utrzymamy ją w pełnej nieświadomości aż do ceremonii. Leśne Elfy to zbyt zręczni kłamcy i manipulatorzy, z pewnością namąciłaby ci w głowie. Przywrócimy jej umysł dopiero tuż przed rytuałem, by mogła w pełni poczuć potęgę naszej Bogini. Ach, to już tak niedługo – jej ton nagle zmienił się na bardziej miękki – Ale powiedz mi, czy nie marzyłeś kiedyś, by zostać Strażnikiem Mrocznej Bogini?
- Oczywiście, Zhuma'Sharil – mruknął niepewnie zapytany. Do czego dążyła? Czy chciała tylko wyśmiać jego fantazje, czy może je urzeczywistnić? - Niewielu jest takich, którzy nie pragnęliby tego zaszczytu – odpowiedział wymijająco woląc, aby jego myśli pozostały równie nieodgadnione jak jej zamiary.
- Mogę sprawić, że zostaniesz jednym z nich. Będziesz moim wojownikiem i dołączysz do Strażników Skorpiona. Matriarchini zgodziła się gdy ją o to poprosiłam – widząc, że jej rozmówca zdaje się ogłuszony tym nagłym odkryciem kart, kontynuowała – Mój Shalinor musi jednak dowieść swojej siły.
Podeszła bliżej, jej oczy lśniły w słabym świetle.
- Stoczyłem już wiele walk i nieraz udowodniłem swoje umiejętności w walce – miał ochotę odsunąć się, ale nie śmiał się poruszyć.
- Och, siłę mężczyzny określają nie tylko jego blizny – roześmiała się niemal wesoło. Niemal. Drapieżna żądza w jej oczach przytłaczała go. Wiedział, że podoba się kobietom, a szrama przecinająca skosem jego prawy oczodół według wielu przydawała mu jeszcze więcej atrakcyjności (usłyszał jak dwie z nich dyskutują na ten temat, choć udawał, że jest bardzo zajęty pilną obserwacją śpiącego w swej zagrodzie Warga). Normalnie nie odmówiłby życzeniu kapłanki, lecz tym razem wypełniał go dziwny niepokój. Czuł na sobie przeszywające duszę spojrzenie uważnych turkusowych oczu. Turkusowych?! Skąd przyszło mu to do głowy? Stojąca przed nim kapłanka miała przecież oczy czarne, jak cała jego rasa. Czy rzuciła na niego zaklęcie? Nie, nie czuł żadnych wpływów magii. Próbował otrząsnąć się i przywrócić sobie normalną możliwość myślenia, lecz delikatny zapach perfum i bliskość jej ciała skutecznie mu to uniemożliwiały.
- Te drzwi nie mają zamknięcia, Zhuma'Sharil, ktoś może wrócić... wejść – niezręcznie próbował się bronić. Nie chciał zbliżać się do tej kobiety. Bynajmniej nie dlatego, że była nieatrakcyjna, wręcz przeciwnie. Jednak każda myśl o spędzeniu z nią nocy wywoływała uczucie, jakby ktoś zaciskał mu pętlę na szyi.
- Uwierz mi, że potrafię skutecznie zamknąć drzwi jeśli chcę. Nawet jeśli nie mają zamka. Więc jak będzie wojowniku? Czy może powinnam już mówić „mój Shalinor”? - poczuł ciepło jej miękkiego szeptu na policzku i poddał się. Zdał sobie sprawę, że myślenie i próby oporu tylko przeszkadzały i sprawiały ból. O wiele łatwiej było ulec i zapomnieć o wszystkim.

***


Przez kolejne dwa dni chodził podenerwowany. Jeden Elendiar, którego przypadkowo usłyszał w jadalni żartującego niewybrednie na temat wizyty kapłanki w ich sypialni, szybko wylądował na podłodze ze złamanym nosem i trzema pękniętymi żebrami. Inny, nieco starszy, zebrał cięgi w zasadzie za nic. Trzeciemu upiekło się jedynie dlatego, że rozdzieliło ich dwóch Morgwath. Skończyło się na tym, że siedział samotnie przy zagrodach wilków, pogrążony we własnych myślach i omijany z daleka zarówno przez młodszych jak i starszych Elfów.
Kiedy ktoś dotknął jego ramienia, skoczył na równe nogi, gotów bić bez powodu i bez litości. Na szczęści opamiętał się w porę, widząc przed sobą tych samych dwóch Strażników Skorpiona, którzy towarzyszyli kapłance – jego Zhuma'Sharil. Nakazali mu iść ze sobą i posłuchał. Możliwość bezmyślnego wypełniania rozkazów jakoś go uspokajała.
- Ładnie załatwiłeś tego młodzika przy kuźniach. Dostał za coś, czy tak tylko z nudów? - wyższy ze Strażników próbował nawiązać rozmowę, ale jego słowa trafiły w próżnię.
Młody Elf dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, dokąd idą. Zbliżali się niebezpiecznie do kobiecej domeny podziemi. Ku jego uldze skręcili jednak zanim doszli do wielkich wrót prowadzących do dalszej części kompleksu. Strażnicy zaprowadzili go do ciężkich, bogato rzeźbionych drzwi, wpuścili przez nie i zostawili. Nie był jednak sam w pomieszczeniu. Oprócz niego w komnacie było jeszcze pięć kapłanek: Matriarchini – Arcykapłanka Pająka, Arcykapłanka Skorpiona, Arcykapłanka Węża, dobrze znana mu kapłanka Skorpiona i jeszcze jedna kobieta, której nie znał. Wszystkie wyraźnie na niego czekały – nie podobało mu się to.
- Witaj, mój Shalinor – powitała go jego kochanka – Nadszedł czas, byś przysiągł swoje posłuszeństwo Mrocznej Bogini i przyjął jej znak. Podejdź tu – wskazała na miejsce między trzema Arcykapłankami – Uklęknij.
Nie lubił rytuałów, których nie rozumiał, lecz postępował tak, jak mu nakazano. Gdy tylko usłyszał cichy zaśpiew kobiet nad swoją głową, wydawało mu się, że światło w komnacie – i tak przytłumione na potrzeby oczu Mrocznych Elfów – jakoś zagęściło się i jakby skurczyło. Z cienia natomiast dobiegł go cichy głos, jakby szept i syk w jednym. Nie rozumiał słów, ale wiedział, że przeznaczone są nie dla jego uszu, lecz duszy. Ta natomiast zdawała się rozumieć je i wyrywać z ciała, by podążyć na wezwanie swej Mrocznej Bogini. Zaczął walczyć, lecz czuł, że przegrywa z potężniejszą wolą. W ciemności widział parę czarnych oczu, syczący szept rósł w siłę. Wtedy jednak, gdzieś daleko w mroku ujrzał inne oczy - o barwie czystego turkusu oblamowanego złotem. Skupił się na nich, a natarczywy syk zaczął ustępować miejsca kojącemu, melodyjnemu głosowi, który sprawił, że jego duch uspokoił się i powrócił do ciała.
Młody Elf upadł na podłogę, wycieńczony.
- Jego dusza spotkała się z samą Mroczną Boginią. Musiała go naprawdę mocno doświadczyć – oznajmiła Matriarchini – Będzie wspaniałym Strażnikiem Skorpiona.
Młodzieniec poczuł, że jest podnoszony i sadzany na jakimś krześle. Jego lewy nadgarstek został przytwierdzony obręczą do poręczy krzesła, barki unieruchomione pasem przyciskającym go do oparcia. Ktoś przycisnął mu do ust naczynie z kwaśno pachnącą zawartością.
- Wypij to – nakazał kobiecy głos.
Płyn, pomimo swego zapachu miał mdło-słony smak i powodował zawroty głowy. Elf zdał sobie sprawę z tego, że traci przytomność, choć jednocześnie w jego umyśle zjawiło się mnóstwo proszonych i nieproszonych myśli. Odgłosy otoczenia docierały do niego z bardzo daleka, tak samo jak uczucie podobne do bólu w lewym ramieniu – coś jakby był to ból odczuwany przez kogoś innego.
- Megha'tair, podaj mi jeszcze trochę jadu skorpiona, musimy to dobrze utrwalić. Pośpiesz się, jeśli rana się zajątrzy, znak będzie nierówny i będzie to twoja wina, Megha'tair!
„Megha'tair” - już to gdzieś słyszał, tylko gdzie? Nie, nie „Megha'tair”, tylko „Megh”. Tak, tak powiedziała ta Elfka w więzieniu. „Megh” to dziwne imię, prawda? Takie dzikie, jakby w ogóle nie było imieniem. Ciekawe, co oznacza? „Megh”... „Megh”... „Megh”...
W końcu Mroczny Elf stracił przytomność.

***


Dzień jego siedemdziesiątych urodzin i ceremonii wejścia w wiek męski nadszedł wreszcie, choć wcześniej zdawał się oddalać, jak każde wydarzenie, na które zbyt mocno się czeka. Tępy ból w ramieniu w końcu zniknął i jedynym jego wspomnieniem było czerwone znamię w kształcie skorpiona. Od rana kręcił się bez celu po wielkich podziemiach. Na tę okazję otrzymał od swej Zhuma'Sharil lekką kurtkę, spodnie i buty – wszystko wykonane z mocnej czarnej skóry i krwistoczerwonych jaszczurzych łusek. Strój był naprawdę imponujący, widać było, że kapłanka chce zaprezentować za jego pomocą swoje wpływy i pozycję.
Wieczór rytuału zbliżał się jednocześnie zbyt szybko i nieznośnie powoli. Po zachodzie słońca wokół komnaty rytualnej – olbrzymiej sali, na środku której stał posąg Mrocznej Bogini otoczony wiecznie bulgoczącym i syczącym jeziorem kwasu, do którego wrzucano ciała ofiar – zgromadziło się niezwykle wielu Elfów. Ceremonia wejścia w wiek męski była świętem, ale rzadko przejmował się nim ktokolwiek poza samym zainteresowanym i kilkoma kapłankami. W tym wypadku jednak nie tylko wystawny strój, ale i całe wydarzenie miało ukazać wszystkim potęgę pewnej kapłanki, która postarała się, by jej triumf obejrzało jak najwięcej widzów. Idąc korytarzem do drzwi komnaty, w której ma zostać oficjalnie ogłoszony mężczyzną, młody Elf przyciągał wiele ciekawych, zawistnych i nienawistnych spojrzeń. Nie przejmował się jednak nimi. Adrenalina buzowała w jego żyłach, zaś myśli skupione były już tylko na najbliższych wydarzeniach.
Wszedłszy do pustego jeszcze pomieszczenia mimowolnie spojrzał w górę na wielką statuę w centrum. U jej stóp, na brzegu jeziora kwasu, stał między dwoma kolumnami zwieńczonymi wypełnionymi czerwonym ogniem naczyniami ołtarz. Przed schodami do niego prowadzącymi na ozdobnych stojakach oczekiwały na krew nowych ofiar dwie misy. Młodzieniec skierował się w kąt komnaty, gdzie oczekiwały na niego dwie kapłanki, mające jeszcze raz przypomnieć mu wszystkie szczegóły uroczystości. Za jego plecami przez otwarte drzwi zaczął wlewać się tłum. Mimo to wokół nadal było cicho – wszelkie rozmowy urywały się w progu gdy wchodzących przytłaczał majestat posągu. Pomruk przy wejściu, rozchodzący się niczym fala na wodzie, świadczył o tym, że ofiara została przyprowadzona i wkrótce będzie oczekiwać go przy ołtarzu. Ze swego miejsca w kącie nie widział ołtarza, gdyż zasłaniała go potężna kolumna, lecz usłyszał wyraźnie głos Arcykapłanki Skorpiona śpiewający modlitwę do Mrocznej Bogini. Już za chwilę jego kolej.
Przeszedł z powrotem do drzwi i ruszył w kierunku środka komnaty. Kapłanka właśnie zstępowała tyłem ze stopni ołtarza, w jej ręku w czerwonym blasku ognia lśniło ostrze rytualnego noża, którego rękojeść i jelec przypominały kształtem skorpiona. U stóp schodów odebrał, z zachowaniem wszystkich ceremoniałów, sztylet i ruszył pod górę.
Na szczycie schodów, przed kamiennym postumentem, stała jego ofiara. Była już w pełni przytomna, nie uciekała jednak. Nie było dokąd - za plecami miała pieniący się kwas, przed sobą setki Mrocznych Elfów i nieznane podziemia. Patrzyła na niego, jak zbliża się powoli, a gdy stanął naprzeciw niej – górując nad nią o pół głowy – uśmiechnęła się.
- Widywałam cię czasem we śnie – rzekła tak cicho, że przez syczący kwas nie mógł usłyszeć jej nikt poza nim – Wydawało mi się, że krzyczysz i wołasz o pomoc. Chciałam ci pomóc, ale przez te zioła nie mogłam się uwolnić. Czy po to przyszedłeś? Nadal pragniesz pomocy?
- Przyszedłem odebrać ci życie. Twoja krew pozwoli mi stać się mężczyzną.
- Naprawdę tak sądzisz? - przekrzywiła głowę zdziwiona – Zrobisz to?
Nie odpowiedział, gdyż dołączyło do nich dwóch Strażników Skorpiona, którzy chwycili Elfkę za ramiona, unieruchamiając ją, by złożona ofiara był czysta. Ona jednak nadal wpatrywała się w swego oprawcę tymi swoimi wielkimi oczami i Mroczny Elf wiedział, nawet w tym czerwonym świetle płomieni, że miały one barwę turkusów oblamowanych złotem. Nie odrywając od niej wzroku zacisnął mocniej palce na rękojeści sztyletu. Nie mógł się wahać. Ofiara musi zostać złożona.
- Pani Mroku, przyjmij tę duszę wyrwaną ciału moimi rękoma! – rozpoczął własną inkantację rytuału – W zamian daj mi siłę, bym mógł niszczyć mych wrogów i wypełnić cel mego istnienia. Bogini mych przodków i braci, wysłuchaj prośby syna oddanego Tobie narodu! - sztylet wzniósł się i wraz z ostatnimi słowami opadł...
...celując w Strażnika trzymającego lewą rękę Elfki. Zaklęte ostrze z łatwością przeszło przez skórzany kaftan i odnalazło serce. Jednocześnie drugi Strażnik otrzymał nieomylne kopnięcie w przeponę, które na dłuższy czas pozbawiło go możliwości oddychania. Niedoszły Shalinor naparł mocniej na rękojeść i ciało wraz z nadal tkwiącym w jego piersi sztyletem runęło do kwasowego jeziora. Ofiara została dopełniona.
W komnacie zapadła cisza zakłócona jedynie bulgotaniem cieczy u stóp posągu, nikt z zebranych nie rozumiał, co właściwie się stało. Ta chwila konsternacji wystarczyła by młody Elf, chwyciwszy niemal wpół swoją niedoszłą ofiarę, rzucił się biegiem w dół schodów, w stronę drzwi. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknęli za zakrętem. Wtedy, niczym długo uśpiony wulkan, całe zgromadzenie wybuchło krzykami. Mężczyźni stojący bliżej wyjścia rzucili się w pościg. Kobiety wydawały głośne, nierzadko sprzeczne rozkazy. Dwoje uciekinierów nie zwracało jednak uwagi na oddalający się hałas, pędząc przez opustoszałe korytarze. Mroczny Elf, znający podziemia, przewodził, prowadząc ich bezpiecznymi skrótami. Jedynym miejscem, gdzie spodziewał się kogoś spotkać, była brama prowadząca na zewnątrz. Ku swojej uldze zastali tam jedynie dwóch wartowników, reszta prawdopodobnie schowała się przed zimnem w pomieszczeniu straży, niedaleko wyjścia. W jednym z nieszczęśliwych „wybrańców” rozpoznał Dremaghana.
- Hej, a ty co tu robisz? - młodszy Elf jak zwykle nie okazywał mu najmniejszego szacunku – Czy nie powinieneś teraz być?... - nie zdążył dokończyć, gdyż dwa otrzymane równolegle, zaskakujące ciosy – w żołądek i w szczękę – pozbawiły go przytomności. Drugi ze strażników nie dał się już tak zaskoczyć. Zdążył nawet sięgnąć po strzałę i nałożyć ją na cięciwę trzymanego łuku, lecz na tym jego działania skończyły się – sztylet wyrwany zza pasa pierwszej powalonej ofiary z cichym świstem przeciął powietrze i rozpłatał łucznikowi gardło. Stojący nad pokonanymi Elf nie miał jednak czasu świętować zwycięstwa. Wyszarpnął ostrze z pochwy przytroczonej do uda nieprzytomnego, złapał swoją towarzyszkę za ramię i chciał wybiec z podziemi.
- Poczekaj – wyrwała mu się. Podbiegła do martwego strażnika, zabrała łuk z jego ręki i wyciągnęła garść strzał z kołczanu.
Tak uzbrojeni wypadli pod otwarte niebo. Wieczór był chłodny, zbyt chłodny dla przyzwyczajonego do ciepła Mrocznego Elfa. Bieg pozwalał mu jednak utrzymać odpowiednią temperaturę ciała i gdyby był sam mógłby prawdopodobnie pędzić tak aż do świtu, jednak Elfka traciła siły dużo szybciej. Wycieńczona wieloma dniami uwięzienia wkrótce zaczęła zostawać z tyłu. Ciągnięcie jej za rękę niewiele pomogło, potykała się coraz częściej. Raz nieomal upadłaby, gdyby w porę nie chwycił jej za ramiona. Wiedział, że nie dadzą rady dłużej tak uciekać. Pościg bez wątpienia był już w drodze, choć poruszał się cicho jak myśliwy ścigający zwierzynę. Chciał skręcić na wschód w kierunku gór i zapaść w dzikie lasy, mając nadzieję zgubić lub przynajmniej opóźnić tam ścigających, lecz jego towarzyszka, pomimo tego, że jej oddech stawał się coraz płytszy i szybszy, pokręciła gwałtownie głową i uparcie ciągnęła go w przeciwnym kierunku, ku bagnom i torfowiskom. Pozwolił jej prowadzić. W podziemiach orientował się lepiej, lecz tutaj, na otwartej przestrzeni, ona miała przewagę.
Posągi Strażników Doliny pojawiające się przed nimi w mroku natchnęły go nową, choć irracjonalną nadzieją. Za tą bramą co prawda kończyły się tereny Mrocznych Elfów, co nie znaczyło jednak, że nie sprawowały one kontroli nad wielką częścią bagien wokół. Pościg na pewno nie zatrzyma się i nie zawróci w tym miejscu, jednak dotarcie tutaj oznaczało już jakiś postęp i zmianę. Oby na lepsze.
Musieli jednak odpocząć. Kobieta nie była w stanie samodzielnie ustać na nogach. Przebiegli między posągami i opuścili drogę, wybierając zejście, czy właściwie ześlizgnięcie się, po stromym zboczu, u stóp którego rósł zagajnik bagiennej roślinności – ciemne, pokręcone lub skarlałe drzewa i gęste, czarne krzewy. Zagłębiwszy się weń odrobinę padli na miękką, torfową glebę. Elfka zamknęła oczy i jedyną oznaką tego, że jeszcze żyje był płytki, nierówny oddech wydobywający się ze świstem z jej rozchylonych ust. Mogli zostać tu na kilka godzin. Jeśli pierwszy ze ścigających ich oddziałów nie miał ze sobą wilków – a mało prawdopodobne, by miał – nie znajdą ich zbyt szybko. Kiedy jednak przestali biec, natychmiast dogoniło ich coś innego – chłód. Pomimo iż opuścili wyżyny i ze wszystkich stron osłaniały ich rośliny, wiosenny wieczór był chłodny. Elf nie chciał zmarznąć, gdyż późniejsze rozruszanie mięśni byłoby nieprzyjemne i długotrwałe. Potrzebował jednak odpoczynku, więc nie mógł chodzić w kółko by się rozgrzać. Jedynym sposobem było więc przytulenie się do towarzyszki i wspólne poszukiwanie ciepła. Sam pomysł był dobry, lecz niósł ze sobą ryzyko – wtuleni w siebie mogli usnąć oboje, a on musiał czuwać, inaczej żadne z nich mogłoby już się nie obudzić. Jego dylemat jednak szybko się rozwiązał, gdy usłyszał, że kobieta drży i szczęka zębami z zimna. Przysunął się do niej, objął ramieniem i przyciągnął do siebie. Teraz całą siłą woli musiał się pilnować, by nie zasnąć.
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
Ostatnio zmieniony przez Kalia 2008-12-10, 15:56, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2008-12-10, 15:53   

***


Szare światło sączące się przez liście powiedziało mu, że nastał dzień. Przez całą noc nie słyszał niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że pościg złapał ich trop. Dzisiaj jednak z pewnością wypuszczą wilki, a wtedy ucieczka stanie się trudniejsza. Delikatnie potrząsnął śpiącą w jego objęciach kobietą.
- Hej, obudź się. Musimy iść dalej, bo inaczej wkrótce nas znajdą.
Elfka zadziwiła go sprawnością, z jaką pozbierała się po nie tak dawnym wyczerpaniu. Widać było, że jest przyzwyczajona do dużych wysiłków i zmęczenia. Po chwili maszerowali już między drzewami na południe, a przynajmniej miał nadzieję, że dobrze rozpoznał kierunek. Zapoznał się nieco z mapami i próbował odgadnąć cel, do którego zmierzali. W końcu jednak dał za wygraną.
- Dokąd idziemy? - zapytał nie zwalniając kroku.
- Do Highmarsh – odparła po prostu. To sprawiło, że Elf aż się zatrzymał. Był w tej wiosce dwukrotnie i nie sądził aby ktokolwiek z jej mieszkańców ucieszył się na jego widok.
- Nie mogę wejść do osady ludzi – zaprotestował podejmując marsz.
- Dlaczego? Przecież nie chcesz wyrządzić im krzywdy, prawda?
- Nie, nie chcę – postanowił nie tłumaczyć jej całej historii sąsiedztwa wioski z fortecą Mrocznych Elfów – Ale oni o tym nie wiedzą.
- To im powiedz – wzruszyła ramionami jakby tłumaczyła mu rzecz najprostszą w świecie. Pokręcił głową. Nie miał pojęcia, czy ona nie zdawała sobie sprawy z tego, jak postrzegana jest jego rasa, czy może wierzyła, że wszyscy wokół niej mają dobre intencje, tylko nie zawsze potrafią to uzewnętrznić.
- To chyba nie jest dobry pomysł. Ale po co w ogóle tam idziemy?
- Zostawiłam swoje rzeczy w gospodzie. No i musimy kupić jedzenie na podróż. Co prawda mogę polować, ale to bardzo by nas spowolniło, a mówiłeś, że nas ścigają. Nie chciałabym zostać znowu złapana.
- Podróż? Dokąd? Tam skąd przybyłaś?
- Być może, zobaczymy. Posłuchaj, mój mroczny przyjacielu – jej głos stał się twardszy – Chyba nie sądzisz, że możesz zostać tutaj, tak blisko Zhurag-Nar po tym, co zrobiłeś?
- Nie, oczywiście, że nie – zdał sobie sprawę, jak bardzo pomylił się w jej ocenie. Nie była naiwna i łatwowierna. Po prostu starała się nie widzieć mroczniejszej strony życia. Być może wierzyła, że dzięki temu ta strona nie przyjdzie do niej.
- No właśnie – powróciła do swojego poprzedniego tonu – Pomyślałam, że możemy przedostać się na zachód, na tereny ludzi. Może gdzieś tam, gdzie twoja rasa jest tylko legendą, mógłbyś zacząć nowe życie. Tak jak mówiłeś mi we śnie.
- Dobrze, jak chcesz. Ale do Highmarsh nie wejdę. Mogę poczekać na ciebie tutaj, między drzewami.
- Zgoda – nie powiedziała nic więcej.
Niedługo dotarli do skraju zagajnika i Elfka, zupełnie nie kryjąc się, ruszyła w kierunku zabudowań zbitych w ciasną grupkę między drzewami a leniwą rzeką. Wróciła godzinę później, mając na jednym ramieniu plecak z prowiantem, na drugim kołczan, zaś w ręku niosła czarną pochwę na ostrze – nie dającą się z niczym pomylić robotę Mrocznych Elfów.
- Skąd to masz? - spytał, gdy podała mu pokrowiec i zajęła się wygodniejszym układaniem rzeczy w plecaku.
- Kupiec mi oddał. Powiedział, że i tak nie pasuje do żadnych normalnych mieczy, więc nie ma tego jak sprzedać, bo nikt nie potrzebuje tych waszych dziwnych broni.
- Te „nasze dziwne bronie” są najlepszymi ostrzami w całej Ankarii.
- Być może, tylko nikt poza wami nie potrafi się nimi posługiwać, więc nie można ich porównać.
Ruszyli znów w drogę, omijając od południa bagienne miasteczko. Na długo przed tym, nim słońce sięgnęło zenitu, udało im się znaleźć bród, który pozwolił na przedostanie się przez rzekę i ponownie zniknęli w cieniu drzew. Obeznana z życiem w lesie Elfka bez trudu odnajdywała kolejne ścieżki zwierzyny, dzięki czemu marsz nie był tak trudny, jak mógłby być gdyby musieli przedzierać się przez gęste poszycie. Udało im się przemaszerować spokojnie niemal cały dzień, z jednym krótkim postojem. Wokół panowała całkowita cisza, jakby w tym gąszczu nie żyło nic, a przecież coś musiało wydeptać dróżkę, którą właśnie szli. Kobieta była tym trochę zdziwiona, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało. Był dziwnie spokojny, jakby mógł tak wędrować do końca życia. Do tej pory opuszczał podziemia tylko na krótkie wypady łupieżcze do okolicznych wsi. Teraz, pomimo świadomości niebezpieczeństwa, czuł się nareszcie swobodnie. Te przyjemne rozmyślania przerwało mu gwałtowne zatrzymanie się przewodniczki. Elfka przyklękła by zbadać ślady.
- Co to? - zajrzał jej przez ramię. Sam niezbyt dobrze znał się na tropieniu, jednak rozpoznał bez pudła ślady na ścieżce. Wielkie niemal jak ludzka dłoń, głębokie odciski psich łap. Teraz wiadomo było, co przepłoszyło zwierzęta.
- Wargi. Prawdopodobnie trzy, przeszły tędy około dwie godziny temu. Wygląda na to, że ścigający nas są przed nami.
- Nie – zbyt dobrze znał taktykę pościgową Mrocznych Elfów – Jesteśmy w kleszczach. Przed nami są Wargi, za nami idą moi pobratymcy.
- Możemy zejść ze ścieżki. Nie zgubimy się, ale oni pewnie tak.
- Lepiej idźmy ścieżką. Widzisz, Wargi, gdy wracają do oddziału są nauczone nie powtarzać swojej trasy i nie idą po własnych śladach. Więc jeśli pójdziemy ich tropem, mamy szansę ominąć je.
Pośpieszyli więc do przodu. Drzewa zagęściły się. Podszyt, choć wcześniej gęsty, teraz stał się niemal nie do przebycia. Jedyną drogą naprzód była ścieżka, która zaczęła prowadzić nieco w dół. Zarośla skończyły się gwałtownie tuż za zakrętem, jakby ktoś uciął je nożem. Nagłe pojawianie się światła było tak zaskakujące, że Mroczny Elf zamknął oczy i syknął nerwowo. Obydwoje wędrowcy, oślepieni blaskiem zbyt późno zorientowali się, że nie są na polanie sami. Znad źródła, w którym gasił pragnienie, podniósł łeb olbrzymi wilk. Czerwone ślepia trzech innych zalśniły w cieniu drzew po drugiej stronie pokrytej mchem przestrzeni, gdy bestie obróciły się, by spojrzeć na nowoprzybyłych. Ich nozdrza gwałtownie rozszerzyły się, wychwytując wśród wielu innych zapachów te, które kazano im odnaleźć. Pośród szumu liści i cichego pluskania wody dał się słyszeć gardłowy, przybierający na sile warkot. Wojownik natychmiast sięgnął do ostrza, lecz poczuł na ramieniu łagodny dotyk.
- Poczekaj, to tylko zwierzęta. Może będę mogła z nimi porozmawiać – chciała już odłożyć łuk na ziemię, by wilki nie widziały w niej zagrożenia.
- To nie są zwierzęta, to demony w zwierzęcych ciałach – powstrzymał ją – Zrozumieją cię, wysłuchają, po czym rzucą ci się do gardła, gdy podejdziesz. Nie opuszczaj broni.
Elfka wyraźnie nie była do końca przekonana, lecz to on wychował się w towarzystwie tych stworzeń i znał je lepiej. Postanowiła jednak nie zabijać żadnego jeśli nie będzie musiała. Chciała obejść źródełko i polanę dookoła, by nie prowokować drapieżników, lecz jej towarzysz ruszył prosto przed siebie. Warknął coś w swoim języku i przez chwilę wyglądało na to, że wilki zastanawiają się – wypełnić rozkaz czy uciec. Wahanie jednak błyskawicznie zmieniło się w działanie. Dwa z nich wybiły się jednocześnie, celując prosto w stojącego przed nimi Elfa. Obserwująca wszystko z odległości Leśna Elfka z szybkością myśli napięła łuk, chcąc położyć jedną z bestii, atakujących jej towarzysza, lecz natychmiast zmieniła cel widząc, że jeden Warg pędzi w jej stronę. Trzy strzały, jedna za drugą, z furkotem przecięły powietrze i nieomylnie utkwiły w łbie i piersi szarżującego stwora. Ta chwila wystarczyła jednak trzem pozostałym zwierzętom, by otoczyć Mrocznego Elfa i zmusić go do obrony. Jeden z napastników był poważnie ranny w bok, drugi otrzymał kilka lżejszych trafień w kark i łapę, lecz wszystkie nadal zaciekle atakowały. W jednej chwili, gdy wojownik szybkim skokiem znalazł się między dwoma bestiami, jednocześnie wyprowadzając zabójcze uderzenie w łeb jednej z nich, trzecia skoczyła mu na plecy, obalając na ziemię. Pomimo iż błyskawicznie obrócił się i szerokim cięciem opędził się od jednego stwora, drugi zdołał doskoczyć, lecz atak przerwała wypuszczona z olbrzymią siłą strzała, która zagłębiła się w jego boku prawie do połowy, odrzucając go jednocześnie o kilka kroków. Pozostałe wilki nie ustępowały, lecz kolejny wkrótce padł z dwoma brzechwami sterczącymi z boku i szyi. Drugi zwierz, pozbawiony nagle wsparcia towarzysza poległ szybko od precyzyjnego cięcia, które niemal oddzieliło jego łeb od reszty ciała.
Wojownik pozbierał się z ziemi, nieco potłuczony, lecz nieporaniony. Wytarł ostrze o futro zabitego stwora podczas gdy Elfka odzyskiwała strzały z powalonych przez siebie przeciwników.
- Miałeś rację, to nie były zwierzęta – powiedziała, gdy odpoczywali przez chwilę po walce – Gdybym bez powodu zabiła zwierzę, czułabym smutek natury wokół mnie. A nie czułam nic, żadnego żalu.
Mężczyzna jedynie pokiwał głową, zamyślony.
- Musimy wyjść z tych lasów najszybciej jak się da. Tutaj zbyt łatwo nas wytropić – spojrzał na ciemne ściany zarośli wokół nich – Nasi prześladowcy co prawda nie mają już wilków, lecz teraz wiedzą, że tu jesteśmy. Zaś ścieżki są nieliczne i łatwe do znalezienia, a zejście z nich byłoby tak widoczne, jakbyśmy zostawiali za sobą płonący ślad. Wystarczy, że wyślą część oddziału każdą z dróg, a któraś grupa z pewnością trafi na nasz trop. Nie możemy dłużej ukrywać się pod drzewami.
- Powinniśmy teraz być na południe od Hedgenton – powiedziała po krótkim namyśle – Jeśli wyjdziemy z lasów, znajdziemy się w zlewisku dwóch dużych rzek. Nie ma na nich brodów, a żeby przejść mostem, musielibyśmy wrócić daleko na północ, aż do wielkiego ludzkiego miasta – Braverock. Jedyna droga pozwalająca ominąć wszystkie osady ludzi i rzeki to ścieżki zwierząt w lesie.
- Możemy więc iść na skraju drzew i w razie potrzeby uciekać w jedną lub w drugą stronę.
- Dobrze, ruszajmy dalej. Mówiłeś, że mamy za plecami cały oddział twoich twoich pobratymców. Jeśli zostaniemy tu, wkrótce nas dogonią.
Co do tego nie było wątpliwości, więc weszli ponownie w cień drzew, wybierając ścieżkę, która, według kobiety, powinna najszybciej doprowadzić ich na otwarty teren. Nie uszli jednak nawet kilkunastu kroków, gdy zatrzymali się ponownie. Zza ich pleców dobiegły wyraźne przekleństwa, choć tylko jedno z uciekinierów rozumiało wypowiadane słowa. Bez słowa oboje sięgnęli ponownie po broń. Choć zmęczeni poprzednią potyczką, nie mogli zostawić sobie przeciwników depczących im po piętach. W milczeniu podkradli się z powrotem do brzegu polanki, wciąż pozostając w ukrywającym ich cieniu. Wokół źródełka, wśród trucheł Wargów kręciło się dwóch Mrocznych Elfów – Morgwath i Zhur'Urkahi , jak szybko rozpoznał przyczajony pod drzewami wojownik. Najwyraźniej zostali wysłani przodem, reszta pościgu musiała być niedaleko. Ten moment dawał jednak szansę na pozbycie się dwóch ścigających nim połączą się znów z głównymi siłami. Ruchem ręki wskazał towarzyszce Elfa po prawej stronie, ubranego w czarny strój, bez żadnych jaśniejszych akcentów – wiedział, że trzeba go unieszkodliwić nim zdąży wykorzystać swoją zabójczą znajomość różnych mieszanek alchemicznych. Sam postanowił zająć się drugim – nie mniej groźnym przez swoją mistrzowską sprawność we władaniu bronią. Cofnął się o dwa kroki, biorąc krótki rozpęd i z całych sił wybił się w powietrze, lądując kilka metrów dalej, w pobliżu swego celu. Przeturlał się kawałek, wytracając pęd. Wrogi Elf, choć zaskoczony, był naprawdę doskonale wyćwiczonym szermierzem i bliźniacze ostrza znalazły się w jego rękach nim nawet dokładnie zlokalizował zagrożenie. Nim jeszcze wojownicy starli się, zaśpiewał łuk i dwie wystrzelone równocześnie strzały wbiły się w udo i bok drugiego przeciwnika, powalając go na kolano. Ten, pomimo śmiertelnej rany i szybko ulatującego życia, wciąż próbował sięgnąć do przytroczonej do pasa sakwy i zabrać z tego świata swojego zabójcę przy użyciu któregoś ze swych własnych śmiercionośnych pocisków. Kolejna strzała trafiła go w głowę nim zdążył sztywniejącymi palcami odpiąć zatrzask zamykający sak. Obok tymczasem trwał istny pokaz szermierki. Choć jeden z walczących miał tylko jedno ostrze, podczas gdy przeciwnik dysponował dwoma, nie wydawało się to umniejszać jego szans, gdyż doskonale nadrabiał ten brak korzystając z faktu, że wolną dłonią mógł swobodnie chwytać i wykręcać ręce wroga czy szarpnięciami wytrącać go z równowagi. Żaden z walczących nie mógł uzyskać odpowiedniej przewagi, by zakończyć pojedynek, a czas działał w tym momencie na niekorzyść uciekającej pary. Stojąca w pobliżu Elfka wiedziała o tym doskonale, lecz przy tym tempie walki nie miała szans strzelić, nie ryzykując zranienia swego towarzysza. Zamknęła więc oczy, rozłożyła ręce i pozwoliła, by jej dusza na chwilę opuściła ciało, wołając o pomoc do krążących wokół duchów natury. Czując, że jej prośba została wysłuchana, otworzyła na powrót oczy i patrzyła, jak kilka jasnych smug, lśniących jednocześnie wszystkimi kolorami tęczy mknie w kierunku szermierzy. Elfowie odskoczyli od siebie, obydwaj wyraźnie i jednakowo przestraszeni, lecz duchy w mgnieniu oka otoczyły tylko jednego z nich, szarpiąc i przebijając jego ciało swymi energetycznymi emanacjami. Mężczyzna w panice próbował atakować bezcielesnych wrogów, lecz równie dobrze mógłby ciąć promienie słońca. Przyzwanym na pomoc zjawom zaledwie kilka sekund zajęło pozbycie się istoty, która zagrażała jednej z córek ukochanego przez nie Leśnego Ludu, po czym zgromadziły się wokół niej wyczuwając jej emocje i upewniając się, że czuje się już bezpiecznie. Tak istotnie było, lecz uczucia tego nie podzielał stojący obok Mroczny Elf. Po raz pierwszy na własne oczy widział działanie czarów Leśnych Elfów i rzeczywiście były one potężne i potrafiły zabijać w straszny sposób. Co prawda te ogniki, które przed chwilą rozszarpały jego kuzyna, teraz wyglądały niegroźnie i nawet całkiem ładnie, gdy krążyły dookoła tej, która je wezwała. Mimo to wolał się do nich nie zbliżać – nie wiedział, w jakim stopniu kontrolowała te duchy... jeśli w ogóle je kontrolowała. Zamiast tego podszedł do powalonego Morgwath i odpiął od jego paska trok zawierający groźne czarnoksięskie mieszanki, znane jedynie Mrocznym Elfom. Gdy się odwrócił, zobaczył już tylko Elfkę, czekającą na niego na skraju drzew. Zbliżył się ostrożnie, wciąż nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu lśniących duszków.
- Gdzie te zjawy znikły? - zapytał, nie dojrzawszy żadnej z nich.
- Znudziło im się bycie widzialnymi – odparła, odwracając się w kierunku ścieżki, z której zmuszeni byli wcześniej zawrócić.
- To znaczy, że nadal gdzieś tu są?! – mężczyzna omal z wrażenia nie upuścił sakwy, którą właśnie przypinał do własnego pasa.
- Oczywiście. Duchy przyrody są wszędzie tam, gdzie coś żyje. Nawet w tych waszych ciemnych tunelach czułam obecność wielu z nich, ale nie mogłam ich zawołać.
- Jeśli są tam, dlaczego nie atakują? Te tutaj rzuciły się na tego Zhur'Urkahi niczym wygłodniałe Wargi na ochłap mięsa.
- Zaatakowały, ponieważ poprosiłam je, by ci pomogły. To trochę co innego – wyjaśniła, gdy wchodzili w cień pod drzewami – Natura nie jest agresywna, nie zabija tylko dlatego, że ma taką możliwość. Rozejrzyj się, czy widzisz, aby te drzewa chciały rzucić się na ciebie?
- Drzewa nie mogą się na mnie rzucić – parsknął – Są przymocowane korzeniami do ziemi.
- Mylisz się, mój mroczny przyjacielu. One też czują i potrafią się bronić.
- Dlaczego więc nie bronią się, gdy są wycinane i palone? - postanowił zaatakować ją, choć poczuł się mocno nieswojo, wiedząc, że otaczające go pnie mogłyby w każdej chwili ruszyć w jego stronę.
- Bo wiedzą, że ich śmierć przyczyni się do dobra innych żywych istot. To odwieczny krąg życia. Takim cyklem od niepamiętnych czasów żyje cały świat.
- Czyli to wszystko, co zrobiliśmy, zrobiliśmy dla dobra natury?
- Próbujesz sobie drwić? Gdybyśmy nie zabili ich, oni zabiliby nas. A choć tego nie chciałeś, to jednak powiedziałeś prawdę. Tak, to wszystko przysłuży się naturze. Tamte ciała zgniją i staną się nawozem dla nowych roślin, zaś rośliny – pokarmem dla zwierząt.
Mroczny Elf fuknął gniewnie i nie odezwał się więcej. Dlaczego ona musiała mieć rację? Wszystko, co powiedziała było prawdą. Zdał sobie sprawę, że nawet te duchy, które tak go przeraziły, nie wyrządziły mu najmniejszej szkody, pomimo iż czuł , jak ocierają się o niego w locie. Wydawało mu się nawet, że jeden czy dwa przeniknęły wręcz bezpośrednio przez niego. Mimo to jedynym, co odczuł, były łagodne muśnięcia skoncentrowanej energii, podobne do delikatnego dotknięcia magii. Niedługo jednak maszerowali w milczeniu. Leśna Elfka, z wrodzoną sobie pogodnością, przerwała ciszę.
- Wcześniej nie miałam okazji o to zapytać, ale jak mam cię nazywać, mój mroczny przyjacielu?
- Lauretarrad – odpowiedział po krótkim namyśle, a widząc jej pytające spojrzenie, dodał – To w języku mojego ludu znaczy „uciekający przed ciemnością”.
- Bardziej pasowałoby „wyzwolony z ciemności”. Jak to będzie?
- Laurelinad.
- Laurelinad. Bardzo ładnie – uśmiechnęła się, tak szczerze i niewinnie, że idącemu u jej boku mężczyźnie też poprawił się humor.
- A jak tobie na imię? Bo nie nazywasz się „Megh”, prawda?
- Moje imię znane jest tylko duchom drzewa, pod którym się urodziłam. Zdradzą mi je gdy opuszczę to ciało i dołączę do nich, by razem z nimi strzec wszystkich żywych stworzeń tego świata. Ale ci, którzy mnie znają, nazywają mnie Mayegarl't'Caerwen. To znaczy „śpiew skowronka” - zachichotała, jakby nagle czymś rozbawiona – Nie zdziw się jednak, jeśli ludzie będą nazywali mnie inaczej. Ich mowa jest dużo prostsza, nie potrafią wymówić mojego imienia i zazwyczaj mówią do mnie „Maegalcarwen” lub nawet „Meg”.
- Czy ja też mogę tak się do ciebie zwracać? Twój język jest dla mnie całkiem nieznany, zaś wspólny, używany przez ludzi, poznałem dość dobrze.
- Cóż, jeśli tak ci wygodniej, myślę, że jakoś to zniosę - roześmiała się.
Pod drzewami szybko zaczęło robić się coraz ciemniej, dzień kończył się i musieli poszukać miejsca na nocleg. Po dwóch stoczonych tego dnia potyczkach oboje byli zmęczeni, zaś Elf dodatkowo nie spał poprzedniej nocy. Na szczęście kobieta czuła się już na tyle dobrze, że zgodziła się objąć pierwszą wartę i obudzić go w połowie nocy. Tutaj, dalej od gór i bagien, powietrze było cieplejsze i suchsze. Wiosna była w pełni, jej zapach towarzyszył mu we śnie. Kiedy jednak, nie budzony, otworzył oczy, pod gałęziami panował już szarzejący mrok, zaś jego towarzyszka siedziała obok pod drzewem i w zamyśleniu patrzyła w górę na liście.
- Miałaś mnie obudzić – rzekł jednocześnie z wyrzutem i wdzięcznością.
- Po co? Nic się nie działo. Ale skoro już wstałeś, to może i ja trochę się zdrzemnę – powiedziała, zwijając się w kłębek na kępie mchu. Tym ruchem sprawiła, że niemal roześmiał się w głos. Przypomniała mu szczenię wilka, które kiedyś wykradli z zagród, nim zostało oddane treserom. Małe zwierzątko było tak samo ufne i radosne. Bez strachu zwinęło się kiedyś na jego poduszce, tak jak Maegalcarwen spała teraz na posłaniu z mchu. Nim zorientował się, co robi, wyciągnął rękę i pogładził ją po włosach tak, jak kiedyś drapał za uszami szczeniaka. Elfka podniosła odrobinę głowę i posłała mu ciepły uśmiech. Przez resztę nocy był tak skupiony na wyklinaniu siebie, że nie zauważyłby zbliżającej się armii orków.

***


Niedługo po świcie ostrożnie opuścili schronienie, jakie dawały im drzewa, lecz nie oddalili się od ściany drzew o wiele więcej niż na strzał z łuku. Utrzymując południowy kierunek marszu posuwali się jednak w irytująco powolnym tempie. Daleko po swojej prawej mieli najwyraźniej drogę, gdyż od czasu do czasu widzieli przemieszczające się tamtędy postaci. Każdy taki widok zaś zmuszał ich do szybkiego poszukiwania kryjówki – gdyby któraś z grup okazała się patrolem wojskowym, mogłaby zainteresować się dwoma osobami przedkładającymi marsz w dziczy nad przejście drogą. A odkrycie, że jedną z tych osób jest Mroczny Elf, z pewnością nie spotkałoby się z miłym przyjęciem. Skutek tej zabawy w chowanego był taki, że przez cały dzień na otwartej przestrzeni przebyli o ponad połowę mniejszą odległość, niż poprzedniego dnia pod drzewami, pomimo dwóch stoczonych potyczek i zmęczenia po poprzedzającej nocy. Aby nadrobić choć odrobinę straconego czasu postanowili iść również po zmroku, dopóki Mayegarl't'Caerwen, nie mająca oczu przyzwyczajonych do życia w mroku, będzie bez problemu mogła rozpoznać okolicę. Nie było to trudne, gdyż cały czas posuwali się wzdłuż lasu, którego czarna ściana wyraźnie odcinała się na tle nocnego nieba. Minąwszy jedną z wysuniętych dalej w równinę macek puszczy zobaczyli po swojej lewej ogniska. Prawdopodobnie minęliby je bez żadnego zainteresowania, gdyby Elfka nie wychwyciła niosącego się w nocnym powietrzu wołania o pomoc. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję towarzysza ruszyła w stronę świateł, na wszelki wypadek naciągając cięciwę na łuk.
- Zaczekaj, co ty wyprawiasz? - Mroczny Elf zatrzymał ją – Mieliśmy się nie ujawniać.
- Tam ktoś potrzebuje pomocy, nie możemy go zostawić. Nikt inny tu nie przyjdzie.
- To może być pułapka. Poza tym, kto mógłby potrzebować pomocy tutaj, przy lesie?
- Pułapka? Na kogo? Czy widzisz tu gdzieś szlak karawan, na które można by zastawiać pułapki? A wołać może nawet zwykły drwal, któremu ciężka gałąź spadła na nogę. Wtedy po prostu zdejmiemy ją i pójdziemy dalej – pod tym względem kobieta wykazywała nieugięty upór. W końcu, aby nie zostać samemu, Laurelinad zgodził się pójść.
Ukrywszy się tuż za pierwszą linią drzew, by ich cienie stanowiły osłonę, podkradli się do ognisk. Okazały się one rzeczywiście być obozowiskiem drwali, lecz w tym momencie służyły zupełnie innemu celowi. Na środku przecinki klęczało dwóch mężczyzn i kobieta. Wyglądało na to, że zajęci byli pozyskiwaniem drewna i chrustu, gdy dołączyła do nich druga – większa – grupa. Wokół kręciło się niemal tuzin zbrojnych, przetrząsających dwie torby, które jeńcy zapewne mieli jakiś czas temu przy sobie. Zawierały one głównie jedzenie, lecz zbóje najwyraźniej byli z tego bardzo zadowoleni i raczyli się, nieproszeni, skradzionymi owocami, mięsem, serem i chlebem. Hałasy, które sprowadziły na miejsce dwoje Elfów, powodowała kobieta, skrajnie przerażona tym, co działo się wokół niej. Z tej odległości przez krzyki niewiasty nawet czułe elfie uszy nie potrafiły wychwycić treści rozmów grupki stojącej w pobliżu schwytanych, lecz nie było to potrzebne. Bandzior w niebieskim kaftanie i wysokich brązowych butach chwycił krzyczącą i brutalnie postawił na nogi. Jeden z klęczących zerwał się, chcąc rzucić się na niego, lecz w pół kroku zatrzymała go przystawiona do gardła szabla. Cała grupka zarechotała i zaczęła pokrzykiwaniami zachęcać kompana do kontynuacji. Kobieta już nie krzyczała. Była śmiertelnie blada i wyglądało na to, że za chwilę zemdleje.
Kryjąca się w krzakach Elfka chciała poderwać się i wrazić strzałę w jakąkolwiek część ciała brutala, byle oderwać go od obecnego obiektu zainteresowania. Bardzo zdziwiło ją więc, że jej ruch powstrzymał silny uchwyt na ramionach.
- Puść mnie! - syknęła wściekle – Oni ją zgwałcą! - zaczęła się szarpać, ale mężczyzna przytrzymał ją jeszcze mocniej.
- Wiem, uspokój się! - próbował opanować szamoczącą się kobietę, nie robiąc przy tym hałasu – Nasadź to na grot strzały i wystrzel w tamto ognisko – podał jej malutki ceramiczny przedmiot.
Nie bardzo wiedząc, o co chodzi chciała protestować, ale on już zniknął. Nie pozostało jej nic innego, jak zrobić to, o co prosił i liczyć, że zadziała. Cel był tak łatwy, że nie musiała nawet mierzyć i niemal bezmyślnie wypuściła strzałę. Eksplozja, jaka nastąpiła ułamek sekundy później, sprawiła, że Mayegarl't'Caerwen usiadła zszokowana na ziemi, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Zbóje byli równie, jeśli nie bardziej, zaskoczeni. Ten, który trzymał kobietę puścił ją tak, że osunęła się oszołomiona na ziemię – wybuch ogłuszył wszystkich w okolicy. Prawie wszystkich. Kolejną przykrą niespodzianką dla rabusiów był błyskawiczny kształt, który wyłonił się z mroku i od razu odesłał z tego świata jednego z ich towarzyszy. Dwóch krzyknęło i próbowało usunąć się z drogi, lecz nie zdążyli i padli, jeden cięty skośnie przez pierś, drugi z przebitym płucem. Czwarty niemal wyciągnął broń, lecz ogłuszony niedawną eksplozją poruszał się zbyt wolno jak na kogoś, kto chciałby stawić czoła furii Mrocznego Elfa. Dopiero pozostali zdołali zorganizować opór. Czterech zaciskało dłonie na rękojeściach broni, dwóch wycofało się, podnosząc leżące przy ognisku łuki i nasadzając strzały na cięciwy, lecz jeden pozostał nadal bezbronny.
- Na co czekasz?! Strzelaj, matole! - krzyknął na bliższego łucznika ten, który nie nosił broni.
- To Mroczny Elf, ich nie da się zastrzelić!
- To bujdy dobre dla starych bab. Niby dlaczego miałby być odporny na strzały? Nie ma czegoś takiego jak...
- Chcesz się przekonać? - warknął Laurelinad. Jego głos, albo raczej fakt, że odezwał się w ich języku, sparaliżował ludzi – Twój przyjaciel czarodziej musi być bardzo uczony, prawda? A mądre osoby nie mówią niczego, czego nie są pewne. Dalej, strzelaj! - prowokował. Widział dokładnie, jak ręka przerażonego łucznika drży, naciągając cięciwę.
„Oby tylko nie spudłował” - myślał usilnie, starając się wyglądać jak najmniej groźnie i stanąć w możliwie luźnej postawie, by łucznik nie stresował się aż tak bardzo. Niech zginie spokojny. W końcu człowiek chyba zdecydował, że dobrze wycelował w sam środek tułowia stojącego dziesięć kroków dalej Mrocznego Elfa. Strzała świsnęła, rozległ się metaliczny brzęk, a po nim jęk konającego, gdy mężczyzna, wciąż trzymając łuk, osuwał się na ziemię z brzechwą sterczącą mu z piersi. Laurelinad powoli opuścił ostrze, którym zablokował strzał. Przez chwilę wszyscy przeciwnicy stali zszokowani, a potem zaczęli się cofać. Widząc upadające morale swojego mocno przerzedzonego oddziału mag szybko postanowił działać.
- Jesteś sprytny, potworze. To cię jednak nie ochroni. Możesz odbijać sobie strzały, ale błyskawicy nie odbijesz. A może i pod nią podstawisz swój przeklęty miecz? Śmiało, stopię go razem z twoim trupem!
Ku uldze czarodzieja, wśród pozostałych przy życiu członków bandy podniósł się śmiech. Oto koniec tego paskudnego Elfa. Nie miał szans doskoczyć szybciej, niż magiczny pocisk go zabije. Nawet zresztą nie próbował. Czyżby pogodził się z porażką? Uśmiechał się tym swoim złośliwym uśmieszkiem, ale była to tylko dobra mina do złej gry. Gry, która skończy się błyskawicznie. Mag skoncentrował się na swym celu, wyciągnął dłoń, na końcach jego palców tańczyły już elektryczne iskierki. Stojący naprzeciw Elf ustawił lewą rękę, jakby trzymał w niej tarczę. Żadna magiczna osłona nie zmaterializowała się jednak i czarownik wyzwolił zaklęcie. Wyraz zdziwienia, jaki chwilę później wykwitł na jego twarzy, pozostał tam już do końca życia. Błyskawica odbita przez zaklęty potężną magią Mrocznej Bogini tatuaż wypaliła w ciele maga olbrzymią dziurę, odrzucając go na kilka kroków.
Uzbrojeni ludzie stali jak sparaliżowani i Laurelinad oczekiwał, że tym razem rzucą się do panicznej ucieczki. Teraz jednak przyszła kolej na niego, by zostać zaskoczonym. Z wściekłym wrzaskiem wszystkich czterech mężczyzn skoczyło na Elfa. Nawet gdyby nie potrafili posługiwać się bronią – czego w żaden sposób nie można było im zarzucić – każdy z nich był niemal dwukrotnie cięższy i samotny wojownik musiał zwyczajnie ustąpić przed nacierającą na niego masą.
Wciąż siedząca w krzakach Leśna Elfka obserwowała wszystko jak urzeczona. Zauważyła, jak jej towarzysz z niesamowitą prędkością i precyzją położył czterech zbójów. Gdy łucznicy podnieśli swoją broń, chciała włączyć się do walki, lecz słowa Laurelinada zaskoczyły ją w równym stopniu, co ludzi. Od tego momentu nie śmiała nawet drgnąć, jakby najlżejszy dźwięk mógł sprowadzić katastrofę. Odbicie lecącej strzały zachwyciło ją – widziała jednak tę sztukę wykonywaną przez jednego z jej pobratymców (choć myśl o tym, że wśród Mrocznych Elfów wyczyn ten nie jest niczym nadzwyczajnym, sprawiła, że kobieta zadrżała). Kiedy mag szykował się do rzucenia zaklęcia, chciała ruszyć na pomoc, lecz nie potrafiła wydobyć głosu ani poruszyć choćby jednym mięśniem. Gdy zalśniła błyskawica, musiała przycisnąć dłonie do ust, by stłumić krzyk. Przez chwilę była pewna, że Laurelinad jest martwy i nie potrafiła pojąć, dlaczego on stoi, podczas gdy czarodziej szybuje w powietrzu i upada kawałek dalej. Dopiero krzyk atakujących ludzi wytrącił ją z dziwnego otępienia. Wyrwała strzałę z kołczanu i naciągając w biegu łuk, wyskoczyła spomiędzy drzew, by mieć czyste pole do strzału.
Stojący za plecami swych towarzyszy, jedyny pozostały przy życiu łucznik nie zamierzał opuścić towarzyszy w walce z tym czrnomagicznym potworem. Chociaż każdy nerw mówił mu aby uciekał jak najdalej i ratował skórę, żałosna pozostałość odwagi i lojalności przykuła go twardo do miejsca. Ręka nieco mu się trzęsła, a w dodatku ten Elf poruszał się denerwująco szybko – za szybko, by mógł wymierzyć. W tym momencie zauważył ruch po prawej od walczących. Między ogniskami pojawiła się kobieta, również z łukiem w ręce. Najwyraźniej przybyła z odsieczą swemu diabelskiemu towarzyszowi. Stojąc nieruchomo na jasnym tle stanowiła jednak łatwy cel - dużo łatwiejszy niż skaczący z kocią zwinnością Mroczny Elf. Łucznik naciągnął cięciwę i wymierzył dokładnie.
Mayegarl't'Caerwen chciała dokładnie wybrać cel dla swojej strzały, by nie zaryzykować chybienia, które mogłoby źle skończyć się dla Laurelinada. Wtedy z pewnej odległości usłyszała doskonale znany jej dźwięk – skrzypienie drewna napinanego łuku. Zapomniała o pozostałym przy życiu łuczniku! Instynktownie poderwała łuk i strzeliła bez celowania. Obie strzały jednocześnie pomknęły przez nocne powietrze. Mężczyzna upadł, łapiąc się w bezsensownym, odruchowym geście pierzastego pocisku sterczącego z jego brzucha, tuż powyżej pachwiny. Elfka natomiast już szukała kolejnego celu.
Na placu boju sytuacja wydawała się patowa. Ludzie nie mogli dosięgnąć zwinnego Elfa, lecz i on był zmuszony cały czas bronić się. Dwóch bandytów lekko kulało z powodu dokuczliwych rozcięć na udach, jeden został niezbyt groźnie trafiony w ramię. Laurelinad zapłacił za te trzy trafienia drobnym cięciem w lewe przedramię. Jak dotąd jednak żadnej ze stron nie udało się uzyskać nic więcej. Wtedy do walki włączyła się jedna, zapomniana przez wszystkich strona. Jeden z jeńców, dotąd siedzących cicho, rzucił się na najbliższego sobie zbója z pałką, którą zabrał któremuś z trupów. Chłopak – lub też młody mężczyzna – szybko zapłacił za swą odwagę, gdy bandzior sparował jego niezgrabny cios i uderzył styliskiem topora w twarz, łamiąc nos i poważnie obijając szczękę. Nie zdążył jednak dobić młodzika, gdyż popełnił swój ostatni w życiu błąd, odwracając się od prawdziwego zagrożenia. Czyste cięcie trafiło go w kark i zatrzymało się dopiero na łopatce. Trzech pozostałych wciąż napierało, lecz utrata kompana nieco wybiła ich z rytmu, w który wcześniej wpadli. W momencie gdy jeden z nich nagle napotkał zastawę tam, gdzie do tej pory trafiał w próżnię, drugi wpadł na niego, zaś trzeci, aby uniknąć zderzenia, zatoczył się w bok. Tam dosięgła go strzała. W oczach – i ruchach – dwóch ocalałych znać było narastającą panikę. Ich koncentracja całkiem znikła i w chwilę później kolejny człowiek runął na ziemię, gdzie jego palce w agonii darły ziemię wokół szybko rosnącej kałuży krwi. Ostatni, widząc padającego kamrata, z krzykiem rzucił się do ucieczki. Nie miał jednak szans umknąć chyżym strzałom.
Nad polem niedawnej bitwy zaległa cisza, prawdopodobnie jeszcze gorsza od panującego wcześniej szczęku stali i krzyków. Przerwał ją cichy jęk dochodzący z miejsca, gdzie leżał obity chłopak. Podczas gdy Elfka odzyskiwała strzały z zabitych przeciwników i uzupełniała swój zapas tymi, które znalazła w kołczanach martwych łuczników, zaś Elf przeszukiwał poległych pod kątem wszelkich przydatnych w dalszej podróży przedmiotów, dwoje pozostałych ludzi podpełzło do rannego towarzysza. Słysząc ciche łkania, Mayegarl't'Caerwen spojrzała w tamtym kierunku. Ocalili kobietę przed zgwałceniem, a wszystkich troje przed niechybną śmiercią, lecz nie potrafiła pogodzić się z tym, że jedno z nich zostało ranne. Podeszła i uklękła przy mężczyźnie trzymającym zalaną krwią głowę przyjaciela na rękach.
- Idź precz! - krzyknął ten, lecz zapłakana kobieta położyła mu dłoń na ramieniu, być może rozpoznając jej pochodzenie lub po prostu wyczuwając w Elfce przyjazną duszę.
- Możesz mu pomóc? - zapytała, a w jej oczach było jeszcze więcej błagania niż w głosie.
- Spróbuję – odparła Mayegarl't'Caerwen i cicho zanuciła zaklęcie uzdrawiające. Po chwili chłopak zaczął kaszleć, przetoczył się na brzuch i wypluł krew, która z rozbitego nosa zlała mu się do gardła. Spojrzał w pełni przytomnym, choć nieco zdziwionym wzrokiem na otaczające go postacie. Elfka uśmiechnęła się do swego pacjenta – Opuchlizna zejdzie najwyżej za kilka dni.
Wtem na całą czwórkę padł cień. Klęczący mężczyzna gwałtownie wciągnął powietrze, kobieta jęknęła cicho i skuliła się. Mroczny Elf spojrzał z na nich góry, po czym skinął na swoją przyjaciółkę.
- Chodźmy już – rzekł, odwracając się – Zabrałem kilka rzeczy, które mogą się przydać. I tak straciliśmy dość dużo czasu.
Dwójka Elfów zaczęła oddalać się w mrok, gdy dobiegł ich głos, który wywołał uśmiech na twarzy Mayegarl't'Caerwen i dziwne przyspieszenie rytmu serca u Laurelinada.
- Dziękujemy! – zawołał za nimi młodzieniec.

***


Wyszli z przecinki. Gwiazdy świeciły na tyle jasno, że bystre oczy umożliwiały im bezproblemowe kontynuowanie wędrówki. Zabrali bandytom parę płaszczy dla ochrony przed chłodem oraz rękawice, które pasowały na dłonie Laurelinada. Wkrótce dotarli do rzeki i Elfka bez słowa skręciła wzdłuż brzegu, idąc zgodnie z nurtem wody.
- Chwileczkę, mówiłaś, że powinniśmy trzymać się drzew, bo tu nie ma mostów. Dokąd idziesz? - spytał jej towarzysz mocno zdziwiony tą nagłą i nieuzgodnioną zmianą trasy.
- To dobry kierunek – odparła tylko. Zdawała się głęboko pogrążona w myślach, bo szła powoli, ze spuszczoną głową.
Mroczny Elf obejrzał się jeszcze raz na las i ruszył w przeciwnym kierunku. W końcu to ona znała teren. Uszli całkiem spory kawałek, gdy Mayegarl't'Caerwen zatrzymała się. Przez chwilę stała, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym osunęła się na kolana.
- Hej, malutka, co się dzieje? - Elf złapał ją zanim przewróciła się zupełnie – Jesteś zmęczona? Mogłaś przecież powiedzieć, że chcesz odpocząć. Tam są jakieś drzewa, możemy pod nimi schować się do rana, potem pójdziemy dalej – nie zaprotestowała ani nie przytaknęła mu, więc objął ją, by pomóc jej wstać.
Wtedy poczuł, że jego dłoń w rękawicy trafiła na coś lepkiego. Gwałtownie cofnął rękę. Nie potrzebował widzieć dokładnie tego, czego dotknął. Zapach krwi znał od bardzo wielu lat. Na pobojowisku było go pełno, ale nie zauważył wtedy, by kobieta była ranna. Po prawdzie, co uświadomił sobie teraz z bólem, wcale się jej wtedy tak naprawdę nie przyjrzał. Nie zapytał, czy nic jej nie jest. Po prostu kazał jej iść, a ona poszła. I stąd ta nagła zmiana kierunku. Elfka zapewne, walcząc z cierpieniem, przestała zupełnie kojarzyć, co się wokół niej dzieje. Ściągnął zębami rękawicę i, jednym ramieniem wciąż chroniąc ją przed upadkiem, dotknął dłonią jej policzka. No tak, miała gorączkę. Usilnie starał się pomyśleć nad jakimś sposobem ratunku. Nie miał czym jej opatrzyć, nie znał się na żadnej magii, nie mówiąc już o zaklęciach uzdrawiających, a z ziół potrafił rozpoznać tylko te, z których można sporządzić trucizny i niektóre mieszanki alchemiczne. Przez chwilę przyszło mu na myśl, by wrócić na przecinkę i poprosić o pomoc uratowanych ludzi. Pomysł jednak był całkowicie chybiony – z pewnością już dawno ich tam nie ma, a gdyby chciał ich stamtąd tropić, niosąc nieprzytomną Mayegarl't'Caerwen, zajęłoby mu to tak dużo czasu, że kobieta niechybnie wykrwawi się do tego czasu. Jako że nic nie przychodziło mu do głowy postanowił przynajmniej zanieść swą towarzyszkę pod pobliskie drzewa – nie żeby miało to jakoś pomóc. Po prostu czuł się lepiej robiąc cokolwiek, niż siedząc i myśląc.
Szczęście jednak uśmiechnęło się do Mrocznego Elfa i w momencie, gdy zbliżał się do zagajnika, nad wysokimi trawami ujrzał w pewnej odległości światło – płonące ognisko. W duchu modląc się do obojętnie jakiego bóstwa, by nie był to kolejny obóz bandytów, ruszył w tamtym kierunku. Niewiele miał do stracenia. Jeśli jego modlitwy nie zostały wysłuchane, Elfka i tak umrze, a gdyby tak się stało... cóż, jemu będzie już wtedy wszystko jedno. Ogień, który widział z daleka, rzeczywiście był ogniskiem, wokół którego stały trzy wozy, tworząc nieco kanciasty okrąg – obóz kupców. Naciągnąwszy kaptur nisko na twarz i powoli wszedł w krąg światła. Tak, jak się spodziewał, natychmiast szczęknęły napinane kusze i dobywana broń.
- Spokojnie, nie zamierzam wyrządzić wam krzywdy – powiedział szybko, starając się jednocześnie możliwie mocno ukryć w cieniu kaptura i pozbawić głos zgrzytliwego akcentu, właściwego jego ojczystemu językowi – Moja przyjaciółka została zraniona przez rozbójników. Czy możecie jej pomóc?
Twarz spoczywającej w jego ramionach kobiety była doskonale widoczna, gdyż kaptur dawno zsunął się podczas marszu, odsłaniając delikatne rysy, jasne włosy i spiczaste ucho. Jeden z ludzi najwyraźniej rozpoznał w niej córkę Leśnego Ludu, bo zaczął wydawać szybkie dyspozycje. Któryś z kupców przyniósł derkę i rozścielił na ziemi, by przybysz mógł na niej położyć ranną. Czując twardość ziemi pod plecami Mayegarl't'Caerwen otworzyła oczy.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała cicho, marszcząc twarz, gdy przez przypadek spojrzała w ognisko.
- Ci dobrzy ludzie nam pomogą. Leż spokojnie, już nic ci nie grozi.
Wtedy jednak, ciesząc się tym nagłym zrządzeniem losu, zapomniał o ostrożności i o tym, że, pomimo wyraźnej chęci pomocy, jest nadal bacznie przez ludzi obserwowany. Chciał uspokajająco pogładzić jej twarz i zsunął rękawicę. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Jeden z młodszych kupców krzyknął i, złapawszy miecz, doskoczył do klęczącego nieznajomego, po czym zerwał mu kaptur z głowy.
- To Mroczny Elf! - wrzasnął, kopnięciem przewracając Laurelinada na ziemię.
Zapadła nagła cisza, wszyscy wokół wstrzymali oddech, oczekując, że zaatakowany poderwie się z ziemi i rzuci na napastnika. Nic takiego jednak się nie stało. Leżący mężczyzna przez chwilę walczył z samym sobą, tłumiąc agresję, jaką przyzwyczajony był odpowiadać na zaczepki. Gdy się odezwał, głos drżał mu lekko, lecz nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu. Tu nie chodziło tylko o niego.
- Rozumiem wasz niepokój. Jak jednak powiedziałem, nie chcę niczyjej krzywdy. Szukam tylko kogoś, kto pomoże mojej przyjaciółce.
- Proszę, uwierzcie mu – poprosiła słabym głosem kobieta, próbując się podnieść. Przez jej twarz przemknął skurcz bólu. Laurelinad delikatnie pomógł jej położyć się z powrotem.
- Jeśli nie chcecie mnie tutaj, mogę sobie pójść. Tylko zaopiekujcie się nią.
- Pójść sobie?! O nie, nigdzie się stąd nie ruszasz! - kontynuował ten, który zdemaskował przybysza – Jeszcze sprowadzisz nam na kark inne diabelstwa twojego pokroju. Będziesz tu siedział, żebyśmy mieli cię na oku.
Mroczny Elf wzruszył ramionami i usadowił się obok swej towarzyszki. W zasadzie ta „niewola” była mu bardzo na rękę. Nie chciał zostawiać Mayegarl't'Caerwen samej, a przede wszystkim – nie chciał zostać sam.
Bardzo ostrożnie zbliżył się do nich ten, który jako pierwszy zareagował na prośbę nieznajomego o pomoc. Podchodził powoli i czujnie, lecz nie wyglądał na przerażonego. Raczej na niepewnego. Widząc jednak, że siedzący Elf, choć nie spuszczał z niego swoich czarnych oczu, nie porusza się nawet odrobinę, uspokoił się nieco. Był zapewne wprawnym lekarzem, bo bez trudu zlokalizował ranę – dość głębokie cięcie nad lewym biodrem, tuż pod żebrami - sprawnie oczyścił ją, założył opatrunek i chciał go przybandażować. Tu jednak pojawił się problem – nie mógł jednocześnie trzymać kobiety, która z powodu osłabienia nie mogła sama siedzieć i okręcać jej ciała paskiem materiału. Spojrzał w kierunku swych kompanów, lecz choć każdy z nich dokładnie wiedział, że potrzebna jest ich pomoc, żaden nie miał zamiaru zbliżać się do niebezpiecznego gościa. Mężczyzna westchnął. Był prawdziwym lekarzem z powołania, nie zostawiał żadnej dobrej istoty, nie próbując jej pomóc, nawet jeśli miała ona za przyjaciela Mrocznego Elfa czy innego demona. Została tylko jedna możliwość.
- Podnieś ją, żebym mógł przymocować opatrunek – zwrócił się do przybysza siedzącego po drugiej stronie rannej. Ten bez słowa rozpiął płaszcz kobiety i przytrzymał ją w pozycji siedzącej dopóki medyk nie skończył swojej pracy. Potem położył ją łagodnie na twardym posłaniu, zdjął własną opończę i otulił nią leżącą.
- Dziękujemy – powiedział tylko, podnosząc wzrok na szykującego się do odejścia człowieka. Lekarz jedynie skinął nerwowo głową i śpiesznie wrócił do swych kompanów, którzy skupili się po drugiej stronie ognia, jak najdalej od obcych, zostawiając wszakże w pobliżu jednego ze swoich, z załadowaną kuszą na kolanach.
Korzystając z tej odrobiny prywatności, jaką dawało odizolowanie od reszty grupy, oraz z faktu, że Elfka chyba na dobre odzyskała przytomność, Laurelinad chciał poznać odpowiedź na kilka pytań. Położył się na brzuchu obok rannej, aby żadne z nich nie musiało podnosić głosu ponad szept. W szczególności ona.
- Kto cię zranił? Wydawało mi się, że wszyscy są odpowiednio zajęci mną.
- Lubisz być w centrum uwagi, prawda? - zadziorny humor nigdy jej nie opuszczał. Widząc jednak, że mężczyzna jest naprawdę przejęty i nie ma ochoty na żarty, odpowiedziała – Ten drugi łucznik. Zupełnie o nim zapomniałam, chcąc pomóc ci w walce z tamtą czwórką. Dopiero gdy usłyszałam, jak napina łuk, zdałam sobie sprawę z tego, że on wciąż tam jest. Zabiłam go, ale nie zdążyłam już uskoczyć. Odsunęłam się jedynie na tyle, że strzała nie trafiła prosto we mnie, tylko otarła o mój bok. Daj mi wody, strasznie chce mi się pić.
- Oczywiście, poczekaj chwilkę. Mam nadzieję, że coś jeszcze zostało. Nie chciałbym musieć znowu o coś ich prosić – spojrzał w stronę ludzi zbitych w ciasną grupę – Może i miałaś rację, że wystarczy powiedzieć, iż nie mam złych zamiarów, żeby nie zabili mnie od razu. Ale na niewiele więcej się to przydaje.
- Och, przesadzasz. Przecież mi pomogli – wypiła kilka łyków - Dziękuję, już lepiej.
- Jeśli nie jesteś zmęczona, może powiesz mi, co robiłaś na bagnach? Z tego, co wiem, to daleko od twojego kraju, więc raczej nie trafiłaś tam przypadkiem.
- Zostałam wysłana, by porozmawiać z kimś z waszego ludu.
- Szpieg?!
- Nie, nie szukałam nikogo konkretnego. Po prostu miałam poznać odpowiedzi na kilka pytań, lecz każdy z twoich braci, do którego próbowałam się zbliżyć, atakował mnie i, aby bronić swojego życia, musiałam ich zabijać.
- Ach, więc dlatego wysłali po ciebie aż trzy kapłanki! Musiałaś narobić naprawdę niezłego zamieszania, rozrabiako, bo nie sądzę aby kobiety przejęły się utratą kilku mężczyzn więcej.
- Jak to kilku więcej? To znaczy, że w ogóle nie obchodzi je, jeśli ktoś z was zginie?!
- No, może tak bym tego nie ujął, ale nie jest to dla nich żadna tragedia.
- To okropne. Nie mam pojęcia, jakim cudem wasza rasa jeszcze istnieje...
- Cóż, jeśli chodzi o przetrwanie rasy, to ważniejsze są kobiety, prawda? To powinnaś wiedzieć, przecież tak dobrze znasz naturę!
- Wiem, ale... - urwała, nagle rozumiejąc, że teraz to on żartuje sobie z niej, a ona pozwoliła mu wyprowadzić się z równowagi – Ciesz się, że nie mogę się ruszyć, bo miałbyś poważne problemy, mój drogi – fuknęła, obrażona.
- Zapamiętam to i będę ostrożniejszy, gdy już staniesz z powrotem na nogi – dopiero teraz roześmiał się, a Elfka nie mogła powstrzymać się, by nie odpowiedzieć uśmiechem - Ale wracając do tych pytań. Przecież masz mnie pod ręką, może znam odpowiedź na któreś.
- Dziwne, że wcześniej o tym nie pomyślałam... Może dlatego, że nie mieliśmy okazji, by porozmawiać... - zamilkła na chwilę, po czym podjęła wątek – Niedawno w naszych lasach pojawiły się dziwne istoty. Są z wyglądu podobne do Elfów, ich sposób poruszania się też może świadczyć o jakimś pokrewieństwie między naszymi rasami. Nigdy jednak nie widzieliśmy nikogo takiego jak oni. Ich skóra jest biała jak śnieg czy lód, podobnie włosy. Korzystają z innego źródła magii niż my – ich zaklęcia nie czerpią siły z natury. Są agresywni, bardzo agresywni. Pierwszą myślą Starszych naszego Ludu było powiązanie tych dziwnych przybyszów z wami – wasza skóra i włosy też są jasne. Nie opieracie potęgi swej magii na rytmie przyrody, a okrutny charakter twojej rasy jest powszechnie znany. Przepraszam – dodała, widząc, że Elf spuszcza głowę i zagryza wargi.
- Nie, nie przepraszaj. Masz rację i teraz to widzę. Nazywają nas Mrocznymi nie tylko dlatego, że żyjemy w ciemności – sam nie wiedział, czemu, ale na myśl przyszła mu czytana niedawno książka, a szczególnie jej fragment o oblężeniu Mhurag-Naru – Nasze serca są równie czarne, jak nasze oczy... - przerwał, czując dotknięcie drobnych palców na swojej twarzy.
- Ty jesteś inny, mój Shahirrimo. Wyczułam to, gdy przyszedłeś do mojej celi i potem, gdy we śnie słyszałam twój krzyk.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz – westchnął – Jeśli zaś chodzi o te Lodowe Elfy, to nic mi o nich nie wiadomo. Nigdy nie słyszałem, podobnie jak wy, o takich istotach, więc możecie wykluczyć jakiekolwiek powiązanie ich z nami... z nimi... Och, chyba jestem zmęczony – mruknął, odwracając się na plecy i patrząc w górę na dalekie gwiazdy.
- Jeśli ktoś zasłużył sobie dziś na odpoczynek, to właśnie ty, Shahirrimo. Śpij spokojnie, ten miły człowiek z kuszą z pewnością nas przypilnuje – zaśmiała się cicho.
- O tak, z pewnością – zawtórował jej z cichym chichotem – Ale co to znaczy, to „Shahirrimo”? - zapytał jeszcze, układając się wygodniej.
- Shahirrim to w moim języku „wolny duch”.
- Mhm – mruknął już na skraju snu. „Wolny duch” zasnął pod okiem czujnego strażnika, sprawiając tym niejaki zawód wszystkim ludziom w obozowisku, którzy mieli cichą nadzieję, że jednak okaże się tym krwiożerczym potworem, jakim opisywały go legendy.

***


Kolejny dzień wstał chłodny i mglisty z powodu wilgoci ciągnącej od pobliskiej rzeki. Zimno obudziło Laurelinada tuż przed świtem, gdy cała reszta obozu – w tym człowiek z kuszą, który chrapał na swoim posterunku – wciąż smacznie spała. Nieco zdrętwiały podszedł do wygasłego ogniska, położył nań kilka szczap drewna ze zgromadzonego obok stosiku i rozdmuchał żar. Zdziwił się, że żaden z kupców nie obudził się, choć nie starał się nawet zachowywać ciszy. Albo zupełnie zapomnieli, że mają gości albo tak zawzięcie czuwali w nocy, iż nad ranem zmorzył ich sen na tyle mocny, że zapewne prześpią do południa. Cóż, niech im będzie na zdrowie, przynajmniej nie siedzieli wokół spięci i nie patrzyli na niego wilkiem. Delikatnie obudził śpiącą Elfkę.
- Będziesz mogła dzisiaj iść?
- Jeśli pomożesz mi zdjąć ten opatrunek, będę mogła posłużyć się swoją magią. A potem nie widzę żadnych powodów, które miałyby dłużej nas tu trzymać – rozejrzała się po śpiącym obozie.
- Skoro możesz uleczyć siebie, to czemu nie zamknęłaś najpierw swojej rany, tylko zajęłaś się tamtym chłopakiem? Jemu nic by nie było, a ty... mogłaś umrzeć.
- Tamci ludzie byli tak przerażeni, nie potrafiłam ich zostawić. Gdybym najpierw zajęła się sobą, musiałabym długo odpocząć i wtedy bylibyśmy zmuszeni zostać tam. A tak mogliśmy iść dalej...
- Co omal cię nie zabiło – wpadł jej w słowo – Ciągle myślisz o innych. Może pomyśl też czasem o sobie.
- Właśnie myślę. Jestem głodna – chciała się podnieść, ale zrezygnowała – Najpierw jednak muszę coś zrobić z tą raną, bo nie mogę się ruszyć. Pomóż mi z tymi bandażami, sama nie dam rady.
Posadził ją, opierając o swoje ramię, i ostrożnie zaczął odwijać pasy materiału. W końcu został tylko kawałek tkaniny osłaniający bezpośrednio ranę, nasiąknięty krwią i przyschnięty do ciała. Kobieta wzięła głęboki oddech i zacisnęła zęby. Wiedząc, co chce zrobić jego przyjaciółka, Mroczny Elf przytrzymał mocno jej lewe ramię, by możliwie skrócić czas paskudnej operacji. Mayegarl't'Caerwen szarpnęła z całej siły, z jej ust dobiegł stłumiony jęk, a po boku natychmiast popłynęła świeżymi strużkami krew. Pomimo nagłej bladości szybko odzyskała panowanie nad sobą i zaczęła nucić zaklęcie uzdrawiające. W kilka chwil posoka przestała płynąć, a oddech Elfki powrócił do swego normalnego rytmu.
- Tak jest o wiele lepiej – stwierdziła, oglądając miejsce, w którym przed chwilą była rana. Jedynym tego świadectwem była obecnie rozcięta i zabrudzona tunika – Zjedzmy coś, zanim nasi mili gospodarze się obudzą, i ruszajmy.
W milczeniu spożyli posiłek. Ich zapasy nie były zbyt duże i Laurelinad na odchodnym chciał uzupełnić je, korzystając z zawartości jednego z wozów. Mayegarl't'Caerwen jednak obrugała go tak gniewnie, że poczuł się niemal jakby z powrotem znalazł się w jaskiniach Zhurag-Naru.
- I tak wiele dla nas zrobili – wyjaśniła widząc, że Elf naprawdę przejął się jej reprymendą.
Szybko zniknęli we wciąż wiszącej nad ziemią mgle. Już z pewnej odległości zdawało im się, że słyszą krzyki dochodzące od strony obozowiska. Najwyraźniej ludzie właśnie się obudzili.
Niedługo po wschodzie słońca dotarli ponownie do lasu. Trochę zajęło im odszukanie właściwej ścieżki, która zaprowadziłaby ich do przeprawy przez płynącą niedaleko wodę. W końcu jednak znaleźli się po drugiej stronie strumienia i kontynuowali marsz po nieco pochyłym terenie, który wznosił się po lewej, zaś po ich prawej stronie – opadał. Tam w dole, jak mówiła Mayegarl't'Caerwen, leżała śliczna wioska ludzi. Pomimo że osada była mała, był tam i klasztor i garnizon, a nawet arena. Podobno kiedyś cała ta okolica należała do bogatej rodziny, mieszkającej w pobliskim dworze, lecz od wielu, wielu lat pałacyk był opuszczony i wśród chłopów krążyły na jego temat straszliwe legendy.
Marsz po stoku nie był trudny do momentu gdy pojawiły się wiatrołomy. Olbrzymie sterty drzew, które, upadając, nierzadko naruszały zbocze i sprawiały, że grunt pod nogami groził osunięciem, zagradzały drogę w wielu miejscach. Nieraz wędrowcy zmuszeni byli nadkładać kilkaset kroków w górę i w dół stoku by ominąć przeszkody. Takie lawirowanie okazało się niezwykle męczące. Trzykrotnie musieli zrobić postój, by dać odpocząć nogom.
W międzyczasie odkryli jednak jeden fakt, który zdecydowanie poprawił im nastrój. Mayegarl't'Caerwen kilkakrotnie odkryła na ścieżkach i w ich pobliżu ślady olbrzymich wilczych łap oraz inne, delikatniejsze, podobne do odcisków ludzkich stóp. Gdyby trop prowadził prosto przed nich, byliby zaniepokojeni, lecz wyglądało na to, że ścigający ich oddział – do którego najwyraźniej należały ślady – przeszedł w jedną stronę, po czym zawrócił tam, skąd przyszedł. Nieplanowane opóźnienie, które spowodowało wyjście na otwarty teren, walka ze zbójami i pobyt w obozie kupców, sprawiło, że pościg ominął ich, a straciwszy zupełnie pojęcie o możliwym położeniu swojego celu – cofnął się prawdopodobnie z powrotem do miejsca, w którym zgubił trop. To znaczyło, że mają co najmniej dzień lub dwa przewagi. Jeśli nie zwolnią zbytnio tempa, powinni zdołać dotrzeć do Silvercreek nim zostaną ponownie dogonieni. A dalej niż tam Mroczne Elfy nie odważą się zapuścić.
Zgodnie z przewidywaniami przewodniczki późnym popołudniem trafili nad kolejny spływający ze wzgórz strumień. Przeprawiwszy się na drugi brzeg, postanowili zatrzymać się przy nim na noc i wypocząć porządnie po forsownym marszu i wydarzeniach poprzednich dni. Znalazłszy wśród drzew odpowiednie miejsce na postój, powrócili nad wodę i wygrzewali w ostatnich promieniach słońca, które docierały do nich między drzewami. Gdy pod gałęziami zaczął zapadać zmrok, choć niebo było nadal dość jasne, Laurelinad wychwycił w powietrzu narastającą, znaną sobie woń. Zapach przypominał mu chwile, które spędzał w towarzystwie kapłanek. Był bardzo przyjemny, cudownie słodki i delikatny.
- Co tak pachnie? - zapytał swoją towarzyszkę
- Hmmm? - wciągnęła mocniej powietrze, rozejrzała dookoła, po czym wskazała kępkę niepozornych fioletowawych kwiatuszków, przycupniętą w cieniu drzew – Maciejka. O tam.
- Dlaczego wcześniej jej nie czułem? Przecież nie pojawiła się nagle znikąd – przyglądał się malutkiej roślince. Jak coś tak małego może tak mocno pachnieć?
- Maciejka kwitnie wieczorem, dopiero gdy zaczyna robić się chłodno. Podoba ci się?
- Tak – mruknął, po czym drgnął – Idę rozpalić ogień, robi się zimno. Może ten kwiatek to lubi, ale ja nie.
Wrócił między drzewa i zabrał się za organizowanie ogniska, którego żar będzie ogrzewał ich w nocy. Po jakimś czasie dołączyła do niego Mayegarl't'Caerwen, która – ku jego zdziwieniu, lecz nie niezadowoleniu – wplotła sobie we włosy kilka fioletowych kwiatków. Wieczór upływał im na luźnych rozmowach, oboje czuli się swobodnie, nie musząc wreszcie walczyć o życie gdy po piętach depcze im sfora rozwścieczonych Mrocznych Elfów. Laurelinad, chcąc czymś zająć ręce, zabrał się za czyszczenie swojej skórzanej kurtki i butów. Według Elfki od tej pory będą podróżować po suchszym terenie. Jako narzędzia, z braku czegokolwiek lepszego, wykorzystał krótką gałązkę i szorstkie futerko jakiegoś dużego leśnego gryzonia, który posłużył im za kolację. Kobieta tymczasem gdzieś zniknęła. Gdy nie pojawiła się ponownie przez dłuższy czas, Elf zaczął się niepokoić. Nie miał pojęcia, dokąd mogła pójść, ponieważ oddaliła się bez wyjaśnienia. Może po prostu poszła nad strumień, popatrzyć na gwiazdy? Oby. Było to jedyne miejsce, gdzie mogła się udać, które przychodziło mu na myśl.
Wyszedł spomiędzy drzew kryjących światło ich ogniska i rzeczywiście – znalazł swoją zgubę, lecz niezupełnie tak, jak się spodziewał. Mokra tunika była rozłożona nieopodal na głazie, dokładnie wyprana z plamiącej ją do niedawna krwi i innych brudów. Reszta odzienia leżała w nieładzie w pobliżu, zaś jego właścicielka stała nad brzegiem niewielkiej, lecz głębokiej sadzawki, wybitej przez mały wodospad, zajęta zaplataniem swych długich, jasnych włosów w luźny warkocz. Odziana jedynie w światło księżyca i gwiazd wyglądała naprawdę magicznie na tle roziskrzonej wody.
Laurelinad stał jak wmurowany na skraju lasu z cokolwiek tępym wyrazem twarzy. Dopiero teraz dotarło do niego, że Elfka, która towarzyszyła mu przez te ostatnie dni, jest kobietą, i to prawdziwie piękną. Nie to, żeby nie zauważył tego wcześniej, ale jakoś fakt ten nie zwracał jego większej uwagi. Może to dlatego, że tak bardzo różniła się od kobiet jego rasy – nigdy nie usłyszał z jej ust słowa skargi gdy podróżowali czy wypoczywali w niewygodnych warunkach, nie rozkazywała mu na każdym kroku oraz nie zwracała się do niego z wyższością i jedynie po to, by go znieważyć lub zganić. Cały ten czas traktował ją raczej jak przyjaciela lub, gdy była ranna, małe zwierzątko wymagające opieki. Rozpościerający się przed nim widok ukazywał mu jednak inną prawdę o niej, równie rzeczywistą jak te dwie poprzednie. To odkrycie sprawiło, że czuł się jakby dostał w głowę czymś ciężkim, choć miękkim.
Mayegarl't'Caerwen spostrzegła go i uśmiechnęła się. Wydawała się zupełnie niespeszona jego obecnością.
- Coś się stało? - spytała, nie przerywając zaplatania włosów.
- Nie, nic – musiał odkaszlnąć, bo coś dławiło go w gardle – Tak tylko... Zastanawiałem się dokąd poszłaś.
- Przepraszam, nie chciałam cię zaniepokoić, powinnam była ci powiedzieć. Chciałam wyprać tunikę, ale skoro już i tak się rozbierałam, to pomyślałam, że się wykąpię. Chcesz popływać ze mną? Woda jest trochę zimna, ale można się przyzwyczaić.
- Dz-dziękuję, nie. Wolę zostać na brzegu – zmusił się, by oderwać od niej wzrok. Nie był dobrym pływakiem i miał kiepskie doświadczenia z podziemnymi jeziorami Zhurag-Nar, w których każda kąpiel oznaczała ryzyko zostania posiłkiem ryby jaskiniowej lub innego paskudztwa. Był jednak zupełnie inny – dużo ważniejszy – powód, dla którego chciał jak najszybciej wrócić do ogniska i pozbierać się w sobie.
- O co chodzi? Wszystko w porządku?
- Tak, tak – odparł z roztargnieniem. Niespoglądanie na nią nie tylko było trudne, lecz również nie pomagało. Wypełniający powietrze zapach wieczornych kwiatów do reszty mącił mu w głowie.
- Więc dlaczego odwracasz głowę? - zamilkła na chwilę – Nie podobam ci się?
- Nie, nie o to chodzi! - wykrzyknął tak gwałtownie, aż zdziwił samego siebie. Stała przed nim z lekko przekrzywioną głową, jak zwykle gdy czemuś się dziwiła lub zastanawiała nad czymś. Ponownie spuścił wzrok, choć w myślach nadal miał jej obraz – Po prostu nie sądzę, że powinienem... oglądać cię...
- Nago? - roześmiała się serdecznie – Czuję się prawie jakbym rozmawiała z człowiekiem. Mówisz zupełnie jak jeden z nich. Oni też wstydzą się swoich ciał. Nigdy nie potrafiłam tego pojąć. Czy widziałeś kiedyś by jakaś roślina próbowała ukryć swoją nagość, aby dojrzane przez ciebie zwierzę szukało kryjówki jedynie dlatego, że nie ma na sobie okrycia? Nie rozumiem tego i zapewne nigdy nie zrozumiem – usłyszał jak podeszła o krok – Ty jednak jesteś Elfem, tak jak ja. Myślałam, że nasza rasa nie posiada takich dziwnych obsesji – najwyraźniej oczekiwała wyjaśnienia.
- Nie chodzi mi tylko o to, że nie jesteś ubrana. Raczej o to, że... - musiał odchrząknąć - …że jesteś kobietą i... - znów coś ścisnęło mu krtań.
- To przez te wszystkie kapłanki, prawda? Nawbijały ci do głowy głupot, jakie to one są nietykalne i święte. Wiedziałam, że potrafią wyrządzać innym poważne krzywdy, ale sprawić, żeby mężczyzna, który w walce nie ulega czterem przeciwnikom jednocześnie, bał się jednej bezbronnej kobiety, to naprawdę szczyt okrucieństwa.
- Co?! Nie mówiłem, że się boję... - poderwał głowę, lecz ona już szła w kierunku jeziorka, śmiejąc się. Znowu udało jej się go sprowokować.
- Skoro tak, to chodź, na co czekasz? - zawołała go, wchodząc do wody.
W myślach wściekając się na siebie za swoją porywczość, zrzucił ubranie. Woda była wręcz lodowata dla jego nieprzywykłej do zimna skóry, a kamienie na dnie okazały się zdradliwie śliskie i niestabilne. Wojownik, który nigdy w życiu nie stracił równowagi w najtrudniejszej walce, stąpał powoli i ostrożnie, w obawie przed skąpaniem się razem z głową. Widok musiał być doprawdy komiczny, gdyż stojąca głębiej niż po pas w wodzie Elfka nie przestawała się śmiać, choć nie był to śmiech złośliwy, a raczej zachęcający. Był już kilka niepewnych kroków od swej roześmianej towarzyszki, gdy ta, bez ostrzeżenia chlapnęła w niego wodą. Teoretycznie zimny prysznic powinien był zmrozić go i początkowo rzeczywiście tak się stało. Odczuł każdą pojedynczą, lodowatą kropelkę uderzającą w niego i towarzyszący temu gwałtowny dreszcz, który przebiegł mu po plecach, jeżąc włosy na całym ciele. Potem jednak, jakby w odpowiedzi na chłód z zewnątrz, gdzieś ze środka poczuł gwałtowny przypływ energii, który spowodował wrażenie, jakby wypełnił go ogień.
Skoczył do przodu, przestając zwracać uwagę na niepewne podłoże. Widząc jego reakcję, kobieta krzyknęła i z udawanym przestrachem rzuciła się do ucieczki, wyskakując z wody. Takie zachowanie obudziło w Mrocznym Elfie najczystszy instynkt drapieżnika – oto umykająca zwierzyna, którą trzeba dopaść nim znajdzie schronienie w bezpiecznym lesie. Nie myśląc już o ryzyku zimnej kąpieli, puścił się pędem za Elfką. Miał dłuższe nogi i ogólnie biegał szybciej, lecz i uciekinierka jakoś niespecjalnie starała się zwiększyć dzielącą ich odległość.
Dopadłszy swej ofiary Laurelinad chwycił ją w pół i pociągnął za sobą na trawę. Kobieta trochę szarpała się, niby próbując uwolnić. Kiedy jednak przygniótł ją do ziemi swoim ciężarem i przycisnął wargi do jej ust – uspokoiła się i delikatnie oddała pocałunek. Nie wyrywała się już gdy pieścił jej szyję i piersi. Poddała mu się całkowicie, pozwalając całować i dotykać swoje ciało według jego woli.
- Maegal... - szepnął i urwał – Meg, moja słodka Meg – wymruczał, gładząc palcami brzuch Elfki. Trochę obawiał się, że może zrobić jej krzywdę. Był co prawda jedynie pół głowy wyższy, lecz jednocześnie niemal dwukrotnie szerszy w ramionach. Teraz gdy leżała obok, wydawała się taka drobna i delikatna. Wyczuwając jego wahanie, westchnęła cicho i przyciągnęła go do siebie. Nie chciał jej skrzywdzić, lecz jednocześnie pragnął jej, jak żadnej innej kobiety wcześniej. Wiedział, że ona czuła to samo w stosunku do niego. Rozumiał to, słuchając drżącego oddechu Elfki i wyczuwając delikatne drżenie, towarzyszące każdej pieszczocie. Pochylił się, by ponownie okryć pocałunkami dekolt i piersi ukochanej, i poczuł, jak jej palce, wplątane w jego włosy, zaciskają się lekko.
„Gdzieś o tym czytałem... kobieta ulegająca mężczyźnie...” pomyślał, nie odrywając warg od jej miękkiej, ciepłej skóry. Ta myśl została jednak szybko wypchnięta z jego umysłu przez wiele innych, skupiających się wokół teraźniejszości, nie wspomnień.
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2008-12-10, 15:53   

***


Wschód słońca zastał dwoje Elfów wciąż śpiących, wtulonych w siebie, zawiniętych na jednym posłaniu w obydwa zdobyczne płaszcze. Dopiero trzask złamanej gałązki gdzieś w pobliżu wyrwał ich oboje ze słodkiego stanu zapomnienia. Momentalnie oprzytomnieli starali się zlokalizować źródło hałasu. Uspokoili się jednak, widząc na skraju ich małego obozowiska sarnę, która swoimi wielkimi czarnymi oczami czujnie obserwowała ich nagłe poruszenie się. Kiedy Mroczny Elf usiadł, zwierzę zastrzygło uszami i uciekło.
- Przestraszyłeś ją – mruknęła Mayegarl't'Caerwen, również siadając i przeciągając się.
- A wolałabyś, abym zrobił z niej dzisiejsze śniadanie? - spytał zaczepnie, lecz nim zdążyła odpowiedzieć, pochylił się i pocałował ją – Żartowałem. Pójdę poszukać naszych ubrań. Jakkolwiek to, co mówiłaś o chodzeniu nago brzmiało całkiem interesująco, ja jednak przyzwyczaiłem się, że mam coś na sobie.
Kiedy wrócił, mając nadzieję, że żadne nocne stworzenie nie przywłaszczyło sobie jakiejś części odzieży któregoś z nich, Elfka rozpaliła ponownie małe ognisko i wydobyła z plecaka część niezbyt obfitych zapasów. Jutro dotrą do Silvercreek i kupią coś więcej. I nareszcie przestaną kryć się po krzakach.
Po posiłku, z nowym zapasem energii, ruszyli w drogę. Wiatrołomy tutaj były już na szczęście rzadsze i mogli iść dość szybko. Wkrótce wzgórza skręciły na zachód i wędrowcy podążyli w tym samym kierunku. Było już nieco po południu, gdy Laurelinad zaczął odczuwać niepokój. Bez wątpienia szli we właściwym kierunku, lecz coś było nie w porządku. Czuł mrowienie na skórze, coś jakby... magię. Jego towarzyszka maszerowała jednak w milczeniu obok niego i zdawała się niczego nienaturalnego nie zauważać.
- Meg, coś jest nie tak – mruknął - Mam wrażenie, jakby w pobliżu ktoś rzucił mocne zaklęcie, albo nadal je rzucał.
- Dziwne, ja nic nie czuję... To na pewno nikt korzystający ze znanej mi magii... - urwała, a jej oczy rozszerzyły się.
- Zdaje się, że nasi prześladowcy złapali trop o wiele wcześniej niż się spodziewaliśmy. Może jednak zdołamy im uciec, jeśli pobiegniemy.
Bez dalszych dyskusji ruszyli szybciej, lecz po kilkuset metrach zatrzymali się. Przed sobą między drzewami usłyszeli głuche wycie. Źródło głosu było dość daleko, lecz bez wątpienia wróg był przed nimi. Gdzieś z lewej strony nadeszła odpowiedź. Dużo bliższa. Zasadzka. Wyglądało na to, że ścigający aż zbyt dobrze przewidzieli ruchy uciekinierów i drogę, jaką będą chcieli wybrać. Oczywistym posunięciem było teraz odbicie w prawo i próba ominięcia oddziału przed nimi. Tego jednak prawdopodobnie spodziewały się Mroczne Elfy. A może domyśliły się, że zwierzyna, odkrywszy pułapkę właśnie tam nie pójdzie, oczekując iż wpadnie prosto na kolejnych łowców? Zabawa w kotka i myszkę z równie inteligentnym przeciwnikiem była naprawdę trudna. Jedyną szansą uciekającego gryzonia jest zupełne zaskoczenie drapieżnika przez zrobienie czegoś całkowicie sprzecznego z logiką i instynktem.
Znając zasady tej śmiercionośnej gry uciekinierzy ruszyli ponownie przed siebie, nie zmieniając kierunku. Taktyka zdawała się działać. Skradając się od pnia do pnia znaleźli w końcu miejsce, z którego dobiegło ich pierwsze wycie. Niedaleko przed wiatrołomem przyczaiła się niewielka grupka – dwa Wargi i trzech Mrocznych Elfów. Laurelinad bez słowa wyjął z sakwy przy pasie małą ceramiczną kulkę, którą podał towarzyszce. Elfka, również bez słowa, wbiła koniuszek grotu w woskowy korek i, wymierzywszy w środek grupy, wypuściła pocisk. Eksplozja przewróciła całą piątkę przeciwników, trzech już nie wstało – jeden wilk skamląc wił się na ziemi, drugi z nich i jeden Elf nie poruszali się w ogóle. Na dwóch pozostałych przy życiu wpadł z pełnym rozpędem ich kuzyn, pokonując ich w krótkiej walce.
Wybuch zaalarmował całą resztę ścigających. Ku przestrachowi obojga uciekinierów wrogowie okazali się być bardziej zapobiegliwi. Krzyki zbliżających się przeciwników dochodziły nie tylko zza ich pleców, lecz również sprzed nich. Za wiatrołomem też ukryta była część oddziału i jeśli spróbują przebiec obok niego, znajdą się w kleszczach. Elfka zagwizdała donośnie przez zęby.
- Co ty wyprawiasz?! - elfi renegat doskoczył do niej – I tak dostatecznie dobrze wiedzą, gdzie jesteśmy!
Mayegarl't'Caerwen jednak nie zwróciła na niego uwagi, patrząc na coś za jego plecami. Gdy się odwrócił o mało co nie wpadł na olbrzymiego białego rumaka. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że wcale nie jest to koń – z głowy zwierzęcia sterczał długi złoty róg, grzywa i ogon też miały ten niezwykły kolor, zaś jego grzbiet pokrywały zawiłe wzory utworzone przez złocistą sierść. Jednorożec. Kobieta wzięła jego łeb w swoje dłonie i zaczęła coś szybko mówić w swoim języku, po czym puściła go, złapała Laurelinada za nadgarstek i pociągnęła pod stertę zwalonych drzew, gdzie ukryli się między gałęziami.
- Myślałem, że nas stąd zabierze – szepnął Elf, wciskając się możliwie głęboko w drapiącą i kłującą kryjówkę.
- Jednorożce nie pozwalają się dosiadać – pokręciła w odpowiedzi głową – On odciągnie ścigających od nas.
- Zabiją go.
- Jednorożca nie da się zabić. To potężny duch natury. Jest tak silny, że może przyjmować w pełni materialną postać - nasłuchiwała przez chwilę - Udało się.
Rzeczywiście odgłosy pościgu oddalały się z każdą chwilą. Wydostali się spod gałęzi.
- Chodźmy dalej, zanim zdecydują się znowu zawrócić - Mayegarl't'Caerwen ruszyła w kierunku krańca wiatrołomu, by ponownie spróbować ominąć go, lecz Mroczny Elf ją zatrzymał.
- Zaczekaj. Oni nie odpuszczą. Będziemy iść dalej, a oni pójdą za nami i znów nas dościgną.
- Chyba nie chcesz się poddać?! - niemal krzyknęła, a jej oczy gwałtownie wypełniło czyste przerażenie.
- Nie, skąd, moja malutka – uspokoił ją – Mówiłaś, że na północ stąd jest jakaś wioska. Dlaczego by nie ukryć się tam? W pobliżu ludzkiej osady nie będą nas szukać, tym bardziej, że podobno jest tam garnizon. No i tego się z pewnością nie spodziewali, raczej założyli, że będziemy trzymać się z dala od ludzi.
Elfka przytaknęła. Pomysł był dobry, a przy tym widziała dokładnie, że udało jej się osiągnąć jakiś sukces – jej towarzysz nie bronił się już dziko przed zbliżaniem do ludzi. Odwrócili się więc i zaczęli schodzić po lekkiej pochyłości. Dotarli do małej polanki. Wciąż w stanie pełnej gotowości zaczęli ją okrążać, gdy kilka kroków przed nimi spomiędzy drzew wychynął w całkowitej ciszy Morgwath z łukiem gotowym do strzału. Mroczny Elf dobrze znał umiejętności swego kuzyna, dlatego celował w jego towarzyszkę. Obok niego pojawił się kolejny przeciwnik, tak samo uzbrojony, lecz dopiero nakładający strzałę na cięciwę. Pierwszy z wrogów uznał, że nie ma potrzeby czekać na wsparcie teraz, gdy miał czysty cel, i wypuścił pocisk. Metaliczny brzęk powiedział mu, że ten bezczelny dezerter odbił strzałę, choć wydawała się być poza jego zasięgiem i oczekiwał, że za chwilę poczuje ostry grot zagłębiający się w swoim brzuchu. Nic takiego jednak nie nastąpiło i Morgwath miał już szykować się do dalszego starcia, gdy zdał sobie sprawę, że jego towarzysz powoli osuwa się na ziemię z brzechwą w klatce piersiowej. Nie bardzo rozumiał, jak to się mogło stać, że jego strzała, wycelowana w Elfkę, została odbita przez renegata i powaliła kogoś innego, jednak nie musiał długo się zastanawiać, gdyż niemal w tej samej chwili powalił go celny strzał jego niedoszłej ofiary.
- Jak wielu ich może być? - spytała Mayegarl't'Caerwen, gdy biegli, oddalając się od polanki – Musiała nas ścigać chyba ponad setka twoich kuzynów!
- Och, nie zdziwię się, jeśli moja Zhuma'Sharil... tamta kobieta – poprawił się – wysłała za nami połowę wszystkich oddziałów w Zhurag-Nar. W końcu udało mi się obrazić naprawdę wpływową kapłankę! - wciąż nie mógł pozbyć się wrażenia bliskości magii Mrocznej Bogini, lecz zdawała się ona być coraz słabsza. Albo oddalali się od źródła albo zaklęcie wygasało.
Za plecami usłyszeli kroki biegnących. Członkowie pościgu było najwyraźniej nieźle wypoczęci, bo szybko doganiali uciekinierów, którzy zmęczeni po długiej walce nie mieli siły przyspieszyć. Nie chcieli też zatrzymywać się i przyjmować kolejnego natarcia.
Laurelinad zwolnił odrobinę, każąc swej przyjaciółce biec dalej, a sam odczekał aż goniący ich znajdą się w polu widzenia. Wtedy znów przyspieszył i w biegu rzucił przez ramię niewielki woreczek. Ścigający zbyt późno zdali sobie sprawę z zabójczego pocisku lecącego w ich stronę. Przy uderzeniu pakuneczek pękł uwalniając chmurę zielonkawego gazu, który palił niczym ogień każdy kawałek dotkniętej skóry i momentalnie wciskał się do nosa i oczu, wyżerając je z siłą kwasu. Straszliwe wrzaski bólu rozdarły powietrze.
Uciekinierzy biegli dalej. Nie zwolnili nawet gdy z rozpędu wypadli na kawałek otwartej przestrzeni. Dopiero ubrana na ciemno kobieca postać, wyłaniająca się z cienia po drugiej stronie, sprawiła, że zatrzymali się. Kobiecie towarzyszyło zaledwie trzech Elendiar – reszta obstawy prawdopodobnie poległa, ścigając ich w lesie – lecz ona sama była dostatecznie groźnym przeciwnikiem.
- Cóż za miła niespodzianka, mój niedoszły Shalinor – powitała ich Mroczna Elfka – Gonię cię przez pół Ankarii, a ty sam wracasz do mnie. Dzięki magii mej Bogini wiedziałam, że się zbliżasz, nie sądziłam jednak, że aż tak spieszy ci się z powrotem w moje ramiona.
- Witaj Zhuma'Sharil. Choć nie mogę powiedzieć abym i ja cieszył się na twój widok.
- Ach, no tak, masz już nową kochankę. To jednak da się szybko naprawić.
- Nie waż się jej tknąć. To o mnie ci chodzi, prawda? Puśćcie ją wolno, a potem pójdę z wami bez oporu.
- Sądzisz, że twój opór cokolwiek zmieni? - roześmiała się kapłanka. Na krótki ruch jej ręki z ziemi wystrzeliło kilka czarnych, pokręconych korzeni, wyrwało broń z dłoni renegata nim ten zdążył zareagować i odrzuciło ją gdzieś w krzaki – Pójdziesz ze mną i tak, ale najpierw zrobimy porządek z twoją przyjaciółką.
Trzech mężczyzn ruszyło na uciekinierów. Mayegarl't'Caerwen zareagowała odruchowo i posłała strzałę prosto w twarz najbliższego, lecz na ułamek sekundy przed tym jak pocisk dosięgnął celu, drzewce i pióra stanęły w płomieniach, zaś grot spadł na ziemię jako kropla stopionego metalu.
- Nie strzelaj do nich – ostrzegł Laurelinad cofając się i zasłaniając ją swoim ciałem – Nie mogłabyś znowu zawołać swojego jednorogiego przyjaciela?
- Nie, zbyt niedawno prosiłam go o pomoc. Pewnie obraziłby się, gdybym spróbowała znowu. Mogę jednak spróbować czegoś innego – wbiła wzrok w jednego z napastników, tego otoczonego ognistą tarczą i nie odrywała spojrzenia tak długo, aż uzyskała kontakt wzrokowy. Wtedy zaśpiewała cicho coś, co brzmiało jak dziecięca rymowanka. Efekt był jednak zadziwiający. Przeciwnik krzyknął i w przerażeniu rzucił się do tyłu, upuszczając broń, po czym padł na plecy i zaczął rzucać się konwulsyjnie, a jego ciało ulegało transformacji. Wszyscy wokół – zarówno wojownicy, jak i kapłanka – stali i wpatrywali się w wijącego się mężczyznę, który wkrótce przestał być Elfem. Z ziemi zerwał się zajączek o przerażonych guziczkowatych oczkach i czmychnął w najbliższe krzaki.
Nad polem w zasadzie niezaczętej jeszcze walki zapadła pełna konsternacji cisza. Żaden z Mrocznych Elfów nie wiedział, czego właściwie właśnie był świadkiem. Chwilę przerwy wykorzystała jedyna niezdziwiona całym zajściem osoba, która szybkim ruchem zanurkowała pod ramieniem osłaniającego ją towarzysza i podniosła z ziemi upuszczone przez przemienionego wroga małe ostrze, po czym wcisnęła je w dłoń przyjaciela. To wystarczyło, by otrzeźwić wojownika, który, korzystając z wciąż trwającego zaskoczenia przeciwników, wymierzył jednemu silne kopnięcie w brzuch i tym samym powalił go na ziemię. Drugi Elendiar zdążył już otrząsnąć się z szoku i podjął walkę. Przewrócony Elf chciał się podnieść, lecz poczuł, że ziemia wokół niego dziwnie faluje, a sekundę później był już ciasno opleciony wijącymi się ciernistymi pnączami. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdyż jedna z ostro zakończonych odnóg przyszpiliła jego gardło do ziemi.
Stojąca w odległości kapłanka była przestraszona, lecz potrafiła doskonale przekuwać swój strach we wściekłość. Ta leśna wiedźma okazała się naprawdę silna, lecz była jedna rzecz, która z pewnością osłabi ją na tyle, że stanie się łatwym celem. Śmierć jej ukochanego. Zhuma'Sharil tak naprawdę nie dbała o tego renegata, choć niezaprzeczalnie był atrakcyjny. Mogła mieć każdego mężczyznę, jakiego wybrała. Tak naprawdę już znalazła sobie kogoś na zastępcę uciekiniera – Shaliara, zdegradowanego Zhur'Urkahi, który w tym momencie powinien już zmierzać w tę stronę ze swoim małym oddziałem. Chcąc jednak jak najszybciej zakończyć to starcie wyrzuciła w powietrze zaklęte nasiono, które momentalnie urosło do rozmiarów sporej kuli, najeżonej długimi, zatrutymi kolcami. Kula miała potoczyć się w kierunku walczących wojowników i przynajmniej skaleczyć dezertera – trucizna zrobi resztę. Drugi mężczyzna jej nie obchodził. Jeśli będzie miał szczęście, to przeżyje.
Plan jednak nigdy nie doszedł do skutku, gdyż w chwilę później świsnęła strzała, uderzając w toczącą się sferę, która eksplodowała, zasypując okolicę odłamkami. Mayegarl't'Caerwen miała dość szczęścia i refleksu by uniknąć szybujących we wszystkie strony zatrutych kolców. Laurelinada akurat zasłonił jego przeciwnik, który przyjął na plecy całą serię zabójczych pocisków. Niewiele więcej szczęścia miała Mroczna Elfka. Dwa szpikulce utkwiły w jej ciele, sącząc w żyły truciznę. Kapłanka powoli osunęła się na ziemię, lecz wciąż walczyła z nadchodzącą śmiercią.
- Zapłacisz za to, renegacie – wysyczała, patrząc na swego kuzyna z wściekłością, lecz jednocześnie z triumfem w zachodzących mgłą oczach – Zapłacicie za to wszyscy troje! Ty, twoja ukochana wiedźma i twoja siostra! Gdy tylko Matriarchini dowie się o mojej śmierci Megha'tair zostanie złożona w ofierze Mrocznej Bogini, ściągając na was Jej klątwę! Wszyscy troje zginiecie w męczarniach! Przeklinam was! Przeklinam... - kapłanka wydała ostatni oddech.
Laurelinad z kamienną twarzą stał nad trupem. Nie odezwał się, gdy umierająca kobieta obarczyła go klątwą. W gruncie rzeczy nawet nie dosłyszał jej słów. Z zamyślenia wyrwały go zbliżające się głosy. Pomimo śmierci kapłanki pościg nadal trwał. Mroczny Elf chwycił swą towarzyszkę za rękę i pociągnął w stronę drzew, nieco jedynie na lewo od nadchodzących przeciwników. Po chwili trafili na przecinkę i coś, co wyglądało jak od dawna nie używana resztka drogi, na której końcu widoczne było wejście do jakiejś jaskini czy innych podziemi. Nie było to w tym momencie ważne. Zanurkowali w ciemność, która okazała się grotą wymytą kiedyś przez wodę. Pobiegli w najdalszy kąt pieczary, chcąc przynajmniej chwilkę odpocząć nim wrogowie znów ich dopadną. Tam, w miejscu, gdzie skalna ściana osunęła się, wysoko nad podłogą odkryli niewielki świetlik. Mayegarl't'Caerwen, wspiąwszy się po głazach, stwierdziła, że otwór wychodzi na niewielką półkę, wysoko na ścianie skały, w której wnętrzu się znaleźli. Przejście było na tyle wąskie, że mogła zmieścić się w nim tylko jedna osoba, dzięki czemu znajdująca się za nim płaszczyzna stanowiła idealną kryjówkę dla dwójki zmęczonych uciekinierów.
Będąc już na zewnątrz Mroczny Elf wyjrzał ostrożnie przez krawędź półki. Kilka metrów pod nimi – dość wysoko, by nie mogły dostać się na górę – kręciło się i błyskało czerwonymi ślepiami kilka Wargów. Chciał poprosić swą towarzyszkę, by pozbyła się ich, używając swego łuku, lecz dobrze wiedział, że się nie zgodzi. Ta mała rozrabiaka nigdy nie zabijała jeśli nie musiała – nawet gdy chodziło o potwory. Z wnętrza jaskini dobiegły ich jakieś głosy, które sprawiły, że oboje zamarli, bojąc się nawet oddychać, by nie zdradzić swej kryjówki. Potem wszystko ucichło.
Byli bezpieczni, lecz wewnątrz umysłu Laurelinada wciąż trwała zacięta walka. Tak bardzo chciał podążyć za Meg, jego kochaną Meg, do jej ojczyzny, lecz te słowa umierającej kapłanki...
- Wierzysz jej? - szepnęła Mayegarl't'Caerwen siadając obok niego – W to, co powiedziała o twojej siostrze?
- W ogóle nie wiedziałem, że mam siostrę – odparł – Ale chyba nie kłamała. Widziałem tę Megha'tair i teraz, kiedy się nad tym zastanawiam... ona rzeczywiście jest do mnie podobna.
- Czy możemy coś z tym zrobić? To znaczy nie dopuścić, by ją zabili?
- Zhuma'Sharil powiedziała, że moja siostra zostanie złożona w ofierze, jeśli Matriarchini dowie się o śmierci kapłanki. W takim razie musimy sprawić, aby się nie dowiedziała. Ten oddział, który gonił za nami tutaj. Nie możemy pozwolić, aby któryś z nich wrócił do Zhurag-Nar.
Mayegarl't'Caerwen pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie lubiła odbierać życia, ale powód był ważny.
- Za to ja muszę udać się z powrotem do fortecy – kontynuował Mroczny Elf.
- Po co? Zabiją cię.
- Zabiorę ją stamtąd. Skoro ja mogłem wyjść z ciemności, to ona też może.
- To zbyt ryzykowne – pokręciła gwałtownie głową – Myślałam, że pójdziesz ze mną.
- Chciałabym, moja słodka, bardzo chciałabym, ale jeśli mi się uda, odnajdziemy cię we dwoje, by podziękować ci za wszystko, co dla nas zrobiłaś. A moje serce i myśli zawsze będą przy tobie – przytulił ją, ale nadal pozostała markotna.
- Nie podoba mi się ten pomysł – mruknęła, ale on twardo obstawał przy swoim.
- Muszę tylko znaleźć drogę z powrotem na bagna i do Doliny.
- Nie mogę z tobą wrócić, Shahirrimo. Obowiązek wzywa mnie do Tyr-Fasul, gdzie opowiem Starszym o tym, czego się dowiedziałam. Możesz jednak dołączyć do wojsk Księcia Valora – wiedziała już, że nie odwiedzie go od tej decyzji i chciała jak najbardziej mu pomóc – Ostatnio mają jakieś problemy z Orkami na południu i rozsyłają wici po całym królestwie. Tutaj, w Bellevue, tej wiosce, jest garnizon. Jeśli zgłosisz się do komendanta, otrzymasz glejt, który pozwoli ci podróżować bez ograniczeń po drogach obszarów podległych Królowi. Będziesz mógł wrócić na bagna i odnaleźć swoją siostrę.
- Dziękuję ci, malutka. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
- Nadal siedziałbyś w tych ciemnych tunelach, do których zamierzasz wrócić.
- Tylko na jakiś czas, Meg. Jestem pewien, że spotkamy się ponownie – tym razem nie dał się sprowokować. Przygarnął ją do siebie, a ona oparła głowę na jego ramieniu. Słońce już zaszło, na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy – Prześpij się trochę, jutro ostatni etap naszej wielkiej ucieczki.



Tym, którzy dotarli aż tutaj serdecznie gratuluję :) I bardzo dziękuję :* Mam nadzieję, że się wam podobało :)

EDIT by Kalia:
I taki mały bonusik :P
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
Ostatnio zmieniony przez Kalia 2009-06-25, 14:07, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Elfarran 
666



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 09 Lis 2008
Posty: 10
Skąd: Zgierz
Wysłany: 2008-12-14, 14:28   

Niestety, nie dotarłam do końca - przeczytałam tylko pierwszą część. I chyba się zakochałam w Twoim opowiadaniu... :oops: W porównaniu z nim, (po)tFUr, nad ktorym obecnie pracuję, szoruje brzuchem po dnie, a nawet zakopuje się w mule ze wstydu.
Resztę przeczytam, jak znajdę czas. Dodam też wtedy sensowniejszy komentarz. Pozdrawiam i składam wielki szacun.
P.S. A ten obrazek z elfami w podpisie jest cudny :D .
_____________________________________________________________________
[img]http://fc08.deviantart.net/fs23/f/2007/329/9/1/Death_FAN_Stamp_by_HeruNoTenchi.jpg[/img]
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2008-12-15, 16:12   

Elfarran napisał/a:
W porównaniu z nim, (po)tFUr, nad ktorym obecnie pracuję, szoruje brzuchem po dnie, a nawet zakopuje się w mule ze wstydu.

Elfarran, nie masz co się wstydzić ;) Dla wielu osób mój styl pisania jest nie do przełknięcia, bo za długi i za dużo opisów. A jak nie spróbujesz, to nie będziesz mogła doskonalić umiejętności :P
Elfarran napisał/a:
A ten obrazek z elfami w podpisie jest cudny

Nawet do opowiadania pasuje ^^

I dzięki wielkie za uznanie.
Ze swojej strony też ci gratuluję - wygląda na to, że jesteś pierwszą osobą, która odważyła się w ogóle ruszyć tego tasiemca xD
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Elfarran 
666



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 09 Lis 2008
Posty: 10
Skąd: Zgierz
Wysłany: 2009-01-11, 10:55   

E, bez przesady... "Tasiemca" czytało się zaskakująco szybko (w przeciwieństwie do niektorych (po)tForków koleżanek z klasy, ale o tym cii!). Po skończeniu lektury płakałam, że to koniec - tak mi się "Ścieżki..." podobały. Istnieje jakaś szansa na ciąg dalszy?

Dzięki za słowa pociechy. Równocześnie tworzę powieść (debiut; pisze się od ok. 7 lat) i opowiadanie, dziejące się w Ankarii - ale jakoś nie mam zapału do pisania ani jednego, ani drugiego. Może kiedyś, za jakieś dwa lata, w końcu umieszczę twór Sacred'owski na tym forum... jeśli go do tego czasu skończę. :wink:
_____________________________________________________________________
[img]http://fc08.deviantart.net/fs23/f/2007/329/9/1/Death_FAN_Stamp_by_HeruNoTenchi.jpg[/img]
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2009-01-13, 20:58   

Elfarran napisał/a:
Istnieje jakaś szansa na ciąg dalszy?

Cóż, jeśli można nazwać to 'ciągiem dalszym', to na stronie jest inne opowiadanie z tej mojej dwuczęściowej serii - "Nowy dzień". Jest dużo krótsze i być może gorsze, bo pisałam je dużo wcześniej niż "Skorpiona i skowronka". Myślałam też nad napisaniem jednego opowiadania poświęconego Gladowi, ale jakoś mi się ono nie klei i leży w 1/3 zaczęte na dysku.
A jeśli chodzi o kontynuajcę fabuły tego opowiadania, to wystarczy, że włączysz grę i wybierzesz do nowej kampanii Ancarii któregoś z elfów :P

A jak nie masz zapału do pisania, to nie pisz na siłę ;) Może nie jestem z powołania pisarką, ale przy rysowaniu zauważyłam taką prawidłowość, że jak robię coś na siłę, to wychodzi gniot ;P
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Elfarran 
666



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 09 Lis 2008
Posty: 10
Skąd: Zgierz
Wysłany: 2009-01-25, 09:40   

Cóż, mam tak samo... Najlepiej rysuje się na polskim :wink:
Kalia napisał/a:
A jeśli chodzi o kontynuajcę fabuły tego opowiadania, to wystarczy, że włączysz grę i wybierzesz do nowej kampanii Ancarii któregoś z elfów

Wiem, ale gra to nie to samo. Niestety...
_____________________________________________________________________
[img]http://fc08.deviantart.net/fs23/f/2007/329/9/1/Death_FAN_Stamp_by_HeruNoTenchi.jpg[/img]
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2009-01-27, 12:47   

Elfarran napisał/a:
Najlepiej rysuje się na polskim

Nieprawda, na matmie :P
Elfarran napisał/a:
ale gra to nie to samo.

No przecież nie spiszę fabuły gry xD Chociaż w zasadzie mogłabym... ale tylko dla jednej postaci, bo gdyby każde opowiadanie tak rozwijać, to bym musiała się potwornie powtarzać (w zasadzie tylko zmieniać nazwy postaci/imiona), więc byłoby to kompletnie bez sensu...
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Elfarran 
666



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 09 Lis 2008
Posty: 10
Skąd: Zgierz
Wysłany: 2009-02-08, 14:10   

Faktycznie... Ale pomarzyć można.
Hmm, zawsze też można wymyślić, co było przed lub po wydarzeniach z gry...

Na matmie też, tylko trudniej. Mam wymagającą matematyczkę. Ale odbijam sobie wszystko na technice i religii.
_____________________________________________________________________
[img]http://fc08.deviantart.net/fs23/f/2007/329/9/1/Death_FAN_Stamp_by_HeruNoTenchi.jpg[/img]
 
     
iweta 



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Wiek: 16
Dołączyła: 08 Lut 2009
Posty: 7
Skąd: Nowy Sącz
Wysłany: 2009-02-09, 11:49   

przeczytałam cale opowiadanie i nigdy nie czytałam coś tak fajnego o sacred :mg:
 
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2009-02-09, 13:41   

Elfarran napisał/a:
co było przed

No to właśnie o tym jest opowiadanie :P
Elfarran napisał/a:
po wydarzeniach z gry

A to jakoś nie wydaje mi się interesujące...
iweta, miło mi, że ci się podoba :)
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Elfarran 
666



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Wersja gry S2: Nie mam gry
Dołączyła: 09 Lis 2008
Posty: 10
Skąd: Zgierz
Wysłany: 2009-02-22, 15:20   

Kalia napisał/a:
A to jakoś nie wydaje mi się interesujące...

Za to daje spore pole do popisu. Przepychanki o władzę, o uzyskanie kontroli nad Vilyą, inne intrygi tego typu... :wink: Gdybym tylko miała czas i chęci...
_____________________________________________________________________
[img]http://fc08.deviantart.net/fs23/f/2007/329/9/1/Death_FAN_Stamp_by_HeruNoTenchi.jpg[/img]
 
     
Kalia 
w(y)kurzacz trolli



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27
Dołączyła: 13 Lut 2007
Posty: 1945
Skąd: Zielonka k. Warszawy
Wysłany: 2009-02-24, 23:49   

Elfarran napisał/a:
Przepychanki o władzę, o uzyskanie kontroli nad Vilyą, inne intrygi tego typu...

Właśnie w tym problem, że polityki nie lubię :P
_____________________________________________________________________


Gauri napisał/a:
Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach ^^

:vampir: Oh, I love this job... :]

Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html
 
     
Meredith 
Awww, so cute D:



Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: 2.43
Platforma S2: PC
Wiek: 19
Dołączyła: 23 Gru 2008
Posty: 226
Skąd: Mielec
Ostrzeżeń:
 2/7/9
Wysłany: 2009-02-28, 10:36   

Kalia, jesteś świetną pisarką, jak zaczęłam czytać to nie mogłam zakończyć :D super
_____________________________________________________________________
[quote=TheC]Widzisz Shadow, hybryda demona z anarchistką, skubana nie? xD [/quote]
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Możesz zmieniać swoje posty
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Możesz załączać pliki na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Powiadom znajomego o tym temacie
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Śledź odpowiedzi w tym temacie
Oznacz temat jako nieczytany

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 1,52 sekundy. Zapytań do SQL: 13