logo



FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
ProfilProfil  Nie masz wiadomościNie masz wiadomości  Wyloguj [ Arch ]Wyloguj [ Arch ]

Poprzedni temat «» Następny temat
Śmierć to dopiero początek część VIII    Ignoruj ten temat
Autor Wiadomość
Alcalata 
Death and Glory



Wersja gry S1: ZE KK: 2.28
Klan S1: Freedom
Wersja gry S2: Nie mam gry
Klan S2: Freedom
Wiek: 22
Dołączył: 18 Mar 2008
Posty: 172
Skąd: Ancaria
Wysłany: 2008-10-21, 00:14   Śmierć to dopiero początek część VIII  

...i Shaddar poznał swego wroga, a wielki był gniew jego...




-Wzywałeś mnie panie? - zapytał żołnierz w barwie krwisto-czerownej, o włosach sięgających mu do ramion, kruczo-czarne, powiewają przy każdym ruchu. Oczy błękitne i przenikliwe. Na plecach miał miecz, tak wielki jak jego ciało, zdawał się nie odczuwać jego ciężaru. Peleryna u zbroii miała kolor czarno-złoty. Mówił głosem doniosłym i władczym.
W pomieszczeniu był półmrok. Ściany zrobione były z czystego marmuru. Zimny pałac w stolicy Ancarii nigdy nie wyglądał tak strasznie. We wrotach stało dwudziestu osobowy batalion, składający się z najlepszych zbrojnych w Ancarii, blanki wyglądały jak kły wielkiej bestii, która tylko czeka aby ją zaatakować.
-Tak, Patanou czekam na twój raport. - odpowiedział mężczyzna siedzący na tronie, o twarzy ziemistej, nosie haczykowatym, uszach szpiczastych, jak u elfa. Był wątłej postury, na sobie nosił niechlujną szate, która wyglądała, jakby była jego drugą skórą.
-Panie, wróg przegrupował swe siły. Doszedł do nich ten elf, imieniem Lauranin. Są z nim jego towarzysze. Ten krasnolud, człowiek, który wygląda jakby mogł podnieść wszystko i ten mag, chyba mag wody... Ach nie wiem, jeżeli kożysta z tego rzywiołu stanowi wielkie zagrożenie, dla Waszej Wyskokości. Jest jeszcze ta mroczna elfka, przepiękna istota, sukkub, uwielbia znęcać się nad ofiarami. Jest jeszcze ten mroczny elf, podobno jest mistrzem odbijania wszystkiego co lata... A teraz dostali jeszcze potężniejszego sojusznika...
-Kogo? - spytał władca.
-Mnie, Shaddarze, MNIE. Twoja wielka dłoń już mnie nie dosięgnie. Wybrałem śmierć, bo lepiej umrzeć, niżeli walczyć dla takiej świni jak ty! - krzyknął Patanou i zdjął miecz z pleców.
Ruszył na niego, zadał cios... wnet mag zniknął. Rycerz spojrzał w bok, nie ma go, w durgi bok - też go nie ma.
Poczuł ostry ból w plecach.
-Więc wybrałeś śmierć, Patanou. Dobrze, postaram się, aby była jak najdłuższa. - rzekł Shaddar, stojąc za jego plecami i wbijając w niego swój krótki, lecz ostry sztylet.
Czerwony Rycerz odwrócił się tak gwałtownie, że trafił z całej siły, mieczem w Shaddara. Mag wypadł w powietrze. Upadł na ziemie, Patanou zamachnął się nad nim, ten uniknął ciosu turając się w lewo. Kolejny cios Patanou - zakończony niepowodzeniem. Shaddar teleportował się z dziesięć metrów od Rycerza. Uniósł ręce do góry i wykonał nekromantyczny gest. Z ziemi wyrosło sześć szkieletów, kolejny gest ręki zapewnił im miecz i tarcze.
Shaddar uciekał do drzwi, w tym czasie Patanou walczył z szkieletami.
-Stój świnio! - krzyknął do niego Czerwony Rycerz.
Szkielet biegł na niego, Patanou odsunął się w prawo, następny biegł na niego od tyłu. Jeszcze jeden od przodu, dwa z lewej i dwa z prawej.
Cios do tyłu, dwuręczynym miecze przełamał kości szkieletu odpowiedzialne za chodzenie. Drugie cięcie w prawo wycięło wrogów w pień. Obrót i przewót miecza do tyłu zakończyło się dźgnięciem szkieletu i zakończeniem jego istnienia.
Patanou pomyślał ,,Aeezaa'' i z jego dłoni wykleciały małe kawałki lodu, które zniszczyły dwa pozostałe szkielety.
Shaddar uciekł. Wojownik biegł do okna, wybił je i zawiesił się obiema rękami tak, aby go nie widziano.
Do pomieszczenia wbiegło pięciu żołdaków i sprawdzając każdy kąt, nie zauważyli Patanou.
Ten opuścił się na dół i spadł na dach budynku przy pałacu. Na dole czekał na niego jego koń, czarny jak smoła.
Lina, wcześniej przywiązana do stalowego pręta, powiewała nad koniem. Patanou spuścił się na niej prosto na grzbiet konia. Dotknął jego grzywy i przydusił łydkami, zmuszając konia do galopu.
Hałas wywołany uderzeniami kopyt wzbudził czujność strażników.
Rycerz myślał ''Byle do portalu...''
I ukazał się przed nim stary, runiczny portal. Wnet zza rogu wyskoczyło czterech jeźdzców goniąc go, Patanou przyspieszył. Jeźdzcy zadali cios....

Poczuł dotyk miękkiej trawy, koń leżał obok niego, dyszł niesamowicie od galopu. Byli w samym sercu fortecy elfów z Tyr-Haddaru. Spostrzegli go.
-Zabrać go stąd! - krzyczeli.
-Nie, nie! Ja jestem dobry, jestem ran... - przerwał, ponieważ poczuł strzałe w swoim ramieniu. Nie była ona ostra, ni długa - była krótka i mała. Nagle Patanou zrobił się senny.




Lauranin poczuł miękką poduszke, na której opierał głowe. Otworzył oczy, blask wiosennego słońca uderzył go. Szyję obwiązaną miał bandarzami. Ręka - unieruchomiona.
''Ach tak... walczył z wampirem...'' - przypomniał sobie. Zaczoł rozmyślać, co dalej będzie. Istota przy jego metaboliźmie powinna niedługo wstac z łóżka. Spojrzał w prawo i ździwił się. Obok jego łóżka było inne, leżał w nim człowiek. Patrzył na niego swymi niebieskimi oczami, wyglądał dumnie.
-K-kim jesteś? - spytał go Lauranin.
Nieznajomy uśmiechnął się tylko do niego i dalej patrzył na niego.
-Ej, pytałem kim jesteś. - oburzył się elf.
-Dobrze juz, dobrze. Jestem Patanou, do niedawna szpieg Shaddara, który nieomal został zgładzony z mej ręki. Zostałem zraniony przez niego sztyletem w plecy, teleportowałem się portalem z siedziby w Braverock. Nie planowałem się tutaj przenieść, lecz ostatnio portale przenoszą nas gdzie popadnie... Widze, żeś też ranny, elfie. Twe imie jak mniemam Lauranin. Ostatni żywy leśny elf... Mojemu dawnemu panu bardzo na tobie zależy. - odpowiedział wyczerpująco Patanou.
-A skąd mamy wiedzieć, że nie jesteś nadal jego szpiegiem, a ta rana to tylko przykrywka...? - spytał z niedowierzaniem Lauranin.
-A macie wybór? Teraz potrzebujecie sojuszników, nawet ludzi. Zaufaj mi elfie, zaufaj. Mój miecz - tu wskazał na wielki miecz, który leżał oparty o krawędz łóżka - nie jednego może ocalić. - uśmiechnął się znów i zamknął oczy.
Do pomieszczenia wszedł Verfiu, mag.
-Witaj Lauraninie! Jak się czujesz? Rana powinna się już zagoić... - rzekł z nieukrytą satysfakcją.
-Chyba tak... Chociaż nie wiem - nie czuje bólu... - odrzekł znudzonym tonem.
-Sprawdzimy... - podszedł do niego i nie dotykając go, zdjął bandaż za pomocą magii.
-I co? - zapytał maga, starając nie zwracać uwagi na Patanou.
-I to, że nie ma po niej śladu! - krzyknął Verfiu. - Jak ty to zrobiłeś?! - spytał.
-Ja... nie wiem... - odrzekł elf.
-No tak, oczywiście. Twój metabolizm jest tak wielki, że twoja krzepliwość krwi zwiekszyła się do tego stopnia, że nie wywołuje u ciebie skrzepów, lub krwiaków? - spytał znów Verfiu.
-Mów do mnie jeszcze bardziej naukowym tonem. Napewno pojme to. - odrzekł.
-Słuchaj, to jest tak, że ty każdą rane jaką posiadasz, ona w ciebie poprostu wsiąka. - odpowiedział mag, siląc się na cierpliwy ton.
-Zdejmij mi te bandaże z ręki i pozwól mi wstać. - powiedział Lauranin.
Pare gestów ręki Verfiu rozwiązało pozostałe bandaże i uwolniło ręke. Lauranin podniósł się niepewnie, nie wiedząc, czy wstanie. Udało się, stał na pewnych nogach. Spostrzegł pod łóżkiem swój ekwipunek.
-Kto to jest? Ufacie mu? - spytał wskazując na Patanou.
-Król mu ufa, kazał ci powiedziec, że masz do niego przyjść, gdy tylko się obudzisz. - odrzekł Verfiu.
-No to w droge, tylko ubiore zbroje i reszte gratów.
Zaczął się przebierać.
-Może lepiej nie... Może cię uwierać... - przerwał mag.
-Ja nie czuje bólu! Ile razy mam wam to powtarzać? Tylko zastanawia mnie jedno... dlaczego czułem ciepło materiału wyścielonego w zbroii? - spytał Lauranin.
-Pewnie dlatego, że to jedwab... ma lecznicze właściwości, jest odczuwalny dla każdej z ras, każdego zwierzęcia, poprostu czuć go i tyle. - odrzekł Verfiu.
-Dziękuje ci za opieke. Bywaj.
I odszedł w pełnej zbroii, słońce pięknie załamywało się na niej. Wyszedł z małego domku, jako ten który przeżył atak wampira...



Gdy Lauranin dochodził do zamku spotał straże.
-Nie ma wstępu! - oznajmił mu barczysty lodowy elf, z wyjątkowo krótkimi włosami.
-Znowu mam udowadniać, że znam króla?! - krzyknął ze złości elf.
-Dobrze, dobrze... Chciałem tylko sprawdzić jak tym razem zareagujesz. - odrzekł strażnik, opuszczając broń.
-Żartowniś...
Wszedł z zamku, mijając korytaż pełen obrazów, znów zatrzymał się nad portretem swego ojca...
''Ojcze... pomóż mi, sami nie damy rady sobie z ludzmi...''
Łzy pojawiły się w jego oczach, począł płakać, lecz nie płakał on, tylko obraz. Ździwienie Lauranina sięgneło zenitu. Obraz nie ruszał się, lecz płakał. Nagle na czole jego ojca pojawił się napis głoszący:
''Poprowadzisz ich... Tak jak ja uczyniłem to, nie lękaj się, będę z tobą...''
Zza progu wyszedł Zeth.
-Lauraninie! Witaj! - pozdrowił go.
-Zeth zobacz! - elf wskazał na portret swego ojca, na jego czoło.
-Co? - spytał.
Lauranin znów pokazał na napisy.
-Nie widzisz?! - ździwił się elf.
-Co mam widzieć? - spytał król.
-Na... Dobra, nieważne. Wzywałeś mnie? - zapytał Lauranin.
-Tak, chcę ci podziękować za odczarowanie mojej ukochanej. Leży w swym łożu i dochodzi do siebie. Zmiana metabolizmu z wampirzego, na elfi niemal jej nie zabiła. - odrzekł i głęboko westchnął.
-Coś cię niepokoi królu? - spytał elfa, elf siląc się, by w jego głosie była nuta ciekawości.
-Poradzisz sobie? - spytał król, Lauranina odwracając się do niego i patrząc prosto w oczy.
-Zeth, obiecuje ci, że ludzie nie zniszczą rasy elfów.
Król podszedł do Lauranina i objął go. Elf nie wiedząc co zrobił uczynił to samo. Po tej krótkiej wzruszającej chwili, nadszedł czas na to, aby spojrzeć rzeczywistości w twarz.
-Ilu mamy wojaków, ile kobiet? - spytał Lauranin.
-Czterdziestudwóch mrocznych elfów, z czego sześć kapłanek. Dwa razy tyle lodowych elfów, trzy kapłanki, choć na ten batalion to i tak dużo. Razem stódwudziestuczterech wojowników. Kobiety to większa część naszej ludności, aż raz tyle. - odrzekł ze smutkiem na twarzy.
-Dostane dowóctwo nad wszystkimi? - spytał.
-Tak, ale...
-Wszystkimi?!
-TAK! WSZYSTKIMI! Pasuje? - powiedzieł oburzony Zeth.
-Nie denerwuj się królu. Zarządzam pobór rekruta, wiem że to okrutne, aby nasze kobiety walczyły, lecz nie dopuszcze by ani jedna z nich zginęła! - powiedział dumnie Lauranin.
-Uważaj co robisz, możemy nie mieć szans odwrotu.
-Jest jeszcze stary portal. - odpowiedział elf.
-Tak, ale wiesz... nie zawsze przenosi tam, gdzie się tego akurat pragnie.
-Trzeba liczyć na szczęście!
-Szczęście, że mamy co jeść. A właśnie, zapraszam cię na uczte. - wskazał w strone wyjścia korytarza.
Weszli do wielkiem komnaty, którą Lauranin pamiętaj ze wczoraj. Usiedli do stołu rozkoszując się pysznymi potrawami kuchni elfickiej. Stoły były ręcznie rzeźbione przez krasnoludy, nad stołem wisiał wielki żyrandol z trzystoma świecami. Sklepienie malowane ręką ludzką, a zapach różnych kadzideł działał kojąco na organizm.
-Musisz mi coś wyjaśnić Lauraninie. Jak to jest, że nie czujesz bólu, a czujesz smak potraw? - spytał Zeth, jedząc Omlet po Khorad-Nur'sku.
-Sam nie wiem, nie ja się stworzyłem, tylko niejaki Alzur... - odrzekł ze zmartwieniem wspominając swjego stwórce.
-Spotkał go gorszy los, niż kogokolwiek z nas. Słyszałeś o Pentagramach? - zapytał Zeth.
-Tak.
-Został w nim uwięziony, a potem dokonano w nim krwawego rytułału, przmieniającego go w demona... - odpowiedział z goryczą.
-Doprawdy straszne... Królu, czy mój ojciec prowadził kiedyś elfy do walki? - spytał.
-Skąd o tym wiesz?! To nie miało wyjść poza mury pałacu! Wszyscy tamtejsi żołnierze zgineli, wszyscy oprócz niego.
-Nie ważne od kogo... - powiedział a w myślach miał coś innego: ''Oby i mnie nie spotkał taki sam los...''
-Dobrze, masz racje - nieistotne. A teraz idz do SWOJEJ armii. Powodzenia w rekrutacji!
Wstał od stołu i oddalił się od elfa. Lauranin uczynił to samo. Idąc przez korytarz, znów zatrzymał się obok obrazu swego ojca. Nic na nim nie było, jedynie nadal płakał.
Wyszedł na zewnątrz, wcześniej otrzymawszy od króla sygnet z pieczęcią królewską. Daje całkowite posłuszeństwo nad armią.


Idąc w strone koszar spotkał mrocznego elfa trenującego innych elfów w strzelaniu z łuku.
-Witaj, me imie Lauranin!
-Pozdrowienia, me imie Ilim'Kar, co oznacza ''Mistrz Zasłon'' i dowódca mrocznych elfów. - odrzekł elf o białej cerze, szarych włosach i przejrzystych czarnych oczach. Zbroja jego składała się głównie z karbowanej skóry zwierząt, zapewniając mu zwinność.
-Dlaczego Mistrz Zasłon? - spytał z niedowierzaniem Lauranin.
-Uderz mnie. - powiedział do Lauranina, a sam odrzucił ręce do tyłu i z powrotem przysunął je do siebie - złoty blask przeszył jego ciało.
-Jak sobie chcesz...
Zamachnął się na niego, jednak Ilim'Kar był szybszy, wyjął sztylet i przyłożył go do gardła Lauranina.
-Jak to zrobiłeś...? - powiedział unieruchomiony elf.
-To tak zwana ''Adrenalina'' - hormon, który my mroczne elfy, możemy wytwarzać w nadmiarze. Nazywany jest on hormonem walki. Zwiększa zręczność i trzeźwość myślenia. - odpowiedział tonem znawcy.
-No to ty mnie zaatakuj! - rzekł Lauranin.
Mroczny elf wziął ręce do przodu i odchylił je gwałtownie do tyłu. Przez jego ciało przeszedł czerwony blask.
Ruszył na niego, elf zanim się obejżał był juz trzymany za obie ręce, jedną z dłoni Ilim'Kar'a, w drugiej ręce trzymał sztylet, którym celował w plecy Lauranina.
-Jak ty to zrobiłeś? - spytał.
-Testosteron - hormon odpowiedzialny za cechy rozrodcze samca, w nadmiarze powoduje pobudzenie do walki i do innych, bardziej intymnych rzeczy, my mroczne elfy potrafimy go wytwarzać, także w nadmiarze. - rzekł pobudzony Ilim'Kar, puszczając Lauranina.
Leśny elf chciał spytać tylko o jedno:
-Nauczysz mnie tego?
Na twarzy mrocznego elfa pojawiło się zdumienie.
-Więc, TY, chcesz się uczyć NASZYCH stylów walki. Doprawdy, nie słyszałem dziwniejszej rzeczy... Zazwyczaj wy, boicie się naszych technik. Ale dobrze, kapitanie - dodał spoglądając na sygnet na palcu Lauranina.
Zaprowadził go na polane, gdzie pasły się dzikie sarny. Wiatr kałysał kwiatami, wielkimi i gęsto rosnącymi trawami. W powietrzu czuć było zapach lasu. Usiedli skrzyżnie naprzeciw siebie.
-Zaczniemy od Adrenaliny, jest łatwiejsza do opanowania, lecz tak samo przydatna. - powiedział i zaciągnął się powietrzem. - skrzyżuj ręce, zamnij oczy.
Lauranin poczynił te kroki.
-Pomyśl o walce, straszliwej walce. Wyobraź sobie, że jedziesz na koniu, wokół ciebie roi się od wrogów. Sięgasz po miecz.... i zabijasz jednego po drugim.
I Lauranin doprawdy jechał konno, walczył - w swej wyobraźni.
Nagle poczuł energie w swoim ciele. Złoty blask przeszył jego ciało, jak pięknie zaostrzona strzała. Wstał i szybciej, niż Ilim'Kar, podbiegł do niego i nim się obejrzał, juz trzymał go za ręke unieruchamiając.
-Brawo! Brawo! Jeszcze troche, a będziesz lepszy ode mnie. Jesteś pierwszym leśnym elfem, któremu to się udało. Ale to nie koniec, teraz spróbujesz złapać strzałe. - i zanim Lauranin zdąrzył spojrzeć w jego strone, cały przepełniony jeszcze tamtejszą dziwną energią, spostrzegł że Ilim'Kar szyje do niego z łuku.
Tym razem zobaczył strzałe, leciała do niego - wyciągnął przed siebie ręce chcąc ją złapać i wtem, dotknął ją... Była tak chłodna, jakby nie była z tego świata.
-Brawo! Nigdy nie miałem tak zdolnego ucznia! - i klaskał Ilim, Lauraninowi. - Wiesz co? Jesteś wyjątkowym leśnym elfem.
Lauranin pomyslał sobie: ''Co ty powiesz...'' lecz poczucie dumy wypełniało go teraz.
-Następna technika - Testosteron. Wytwarzany hormon męski, pobudzi twe ruchy do walki. Usiądz i pomyśl także o walce. To nie powinno być takie trudne, skoro opanowałeś Adrenaline.
Lauranin zrobił to, jego ciało przeszył dreszcz, dreszcz walki, tym razem czerwony.
-Taaak! - krzyczał podniecony mroczny elf. - Udało ci się!
-Dziwnie się czuje! Jakbym mogł zabić każdego!
-Traf mnie! - powiedział Ilim i wykonał gest, zwiastjący nadejście adrenaliny.
Lauranin rzucił się na niego, w jednej chwili wyjął miecz, trafił na klinge Mistrza, odwrócił się i zadał mu cios w udo. Mroczny elf opadł na ziemie.
-Aagh! Jesteś [*aaa psik!!*] dobry! Aagh! - powiedział przyciskając ręke do krwawiącej rany. - Następnym razem mnie nie zbijaj!
Lauranin nie wiedział co robi, podniósł ręce do góry, wcześniej schował miecz, zobaczywszy co uczynił strach przejął kontrole nad ciałem. Z jego ręki wyleciał strumień białego, nieskazitelnie czystego światła i trafiła w rane Ilima.
-Jak ty to zrobiłeś? - spytał ździwiony. - Myślałem, że już po mnie, trafiłeś w tętnice.
-Sam nie wiem, jak to możliwe. Niektórymi moimi ruchami kieruje instynkt. Gdy zostałem zmutowany, pozbawiono mnie chyba cząstki mej świadomości.
Mistrz Zasłon wstał i próbował strzepać zaschniętą krew ze swoich spodni.
-Teraz naucze cię ostatniej ze sztuk, gdyż inna nigdy ci się nie przyda, bowiem magia nie odgrywa już takiej roli. Jest to sztuka zwana Pak-Narok, używana do odbijania strzał. Jest najbardziej zabójczą techniką, ze wszystkim, lecz kosztem niej jest wielkie wyczerpanie. Usiądzmy. - usiedli - Postaraj się wyciszyć, nie myśl o niczym, zamknij oczy i staraj się nie mysleć o niczym.
Zamknął oczy.



Siedział na koniu, na zielonej trawie, u jego boku byli jego przyjaciele: Brodek, Calassi, Verfiu, Shaharim, Maletia, Gladiator i PATANOU. Elf ździwił się i popatrzył na niego. Czerwony rycerz w swej czerwonej zbroi tylko sie uśmiechnął.
Broodery ubrany był w wielki kubrak, kolczugę, na plecach miał działo. Hełm z okularami, służącymi do zasłonięcia się podczas wydobywania się z działa strumienia ognia. Na nogach miał szerokie, lecz małe buty. W ręku Topór Reginy, który lśniał ogniem.
Calassi przybrała postać Demona Walki, białe włosy i poświata wskazywały na to. Jej nietoperze skrzydła lekko muskał wiatr, na głowie miała piękny hełm z rogami, w jednej ręce miecz, w drugiej tarcze. Buty na obcasie dodawały jej kobiecego wdzięku. Wokół tliła się aura Macek.
Verfiu siedział na koniu, w jednej ręce Kabałatowa Pałka Grimnira, w drugiej Szybki Miecz Elfów. Wyglądał jak faraon, ubrany w hełm, zbroje, naramienniki, nagolenniki Klingora. Jego ciało przeszywał niebieskawy blask aury Ruchliwości. Koń, kary, długa grzywa, wielkie kopyta, w sumie cały był wielki. Majestatyczne zwierze.
Shaharim ubrany był na złoto. Hełm, zbroja, karwasze, nagolenniki, buty, rękawice i tarcza - wszystko miało taki właśnie kolor. W ręku miał miecz. Wyglądał dumnie.
Gladiator nie miał broni, miał tylko ząbkowane rękawice, tors, hełm, naramienniki i pas. Wyglądał na zdenerwowanego i pobudzonego. Długie włosy, jak zwykle opadały mu na twarz. U pasa widniały sztylety i czerowne mikstury. Trzymał w ręku rune teleportacyjną.
Patanou także siedział na koniu, czerwona zbroja, miecz na plecach, swych czarnych włosach i pelerynie. Koń jego był równie piękny, cały biały, miał na sobie zbroje.
Lauranin siedział na koniu, w zbroi ze swojej ostatniej wojaczki. Koń był skarogniady, czarna grzywa, chude nogi i piękne oczy. Ogon majestatycznie wielki. Siodło miękkie, amortyzowało każde uderzenie jeźdźca.

Nagle zniknęło błękitne niebo, zielona trawa. Pojawił się czerwony choryząt, spalona trawa, powietrze wypełniał odór zwłok. Na ziemi leżeli jego przyjaciele, konie i reszta zabitych elfów. Mieli poodrywane kończyny, lecz żyli. Wokół stali ludzie i szydzili z nich. Obejrzał się i zobaczył Warownie Elfów w płomieniach. Z niej wybiegał palący się Zeth. Tessi uciekała przed ludzmi, którzy mieli wobec niej inne zamiary niż śmierć.
-Zawiodłeś nas! - krzyknął Brodek.
-Nie powinniśmy ci zaufać! - odezwał się Brodek.
-Jesteś śmiercią! - krzyczeli.
-Nieeee!! N-NIEEEEEEEEE! - wrzeszczał Lauranin.
-N-nieobwiniaj się, próbowałeś... - powiedział Patanou, uśmiechnął się i zmarł.
Obudziła się w nim taka złośc jakiej jeszcze nie czuł. Wyjął miecz i rzucił się na wrogów.



-Wstawaj już, kurw*! - usłyszał głos Ilim'Kara.
Zoriętował się, że nadal siedzi z nim na lące, a jego ciało otacza dziwna aura.
-Udało ci się, ale zasnąłeś!
-Miałem straszny sen! - wydyszał elf.
-A ja mam straszne odciski od siedzenia tu z tobą! Wstawaj!
Wstał i otrzepał się z pyłu i kurzu.
-Strzele do ciebie strzałą, a ty jej nie będziesz łapał! - powiedział Ilim.
-Co..?
-No to! Raz, dwa, trzy.
I wypuścił w jego kierunki strzałe. Leciała szybko, lecz odbiła się od jego aury i wyceowała w Mistrza - ledwo uszedł z życiem.
-Jak ty to zrobiłeś?! - krzyknął Ilim, leżąc na ziemi.
-Ja.. Nie wiem, miałem ten sen... - odpowiedział Lauranin.
-Dobrze, koniec na dziś. Idź wybrać sobie konia ze stajni. Dobry dowódca nie może obejść się bez konia. - rzekł Ilim'Kar i wybiegł z polany pozostawiając Lauranina samego.



,,Tylko, że ja nie potrafie jeździć konno...'' - pomyślał elf wychodząc z polany i witając mury Fortecy Elfów. Szedł krętą ściężką, drzewa dawały cień, chroniąc przed słońcem. Spostrzegł stajnie. Był to obszerny budynek, z czterdziestoma boksami dla koni. Cały z drewna, miał duże wejścia z obu stron. Lauranin wszedł do niego, napotkał rząd boksów, w każdym jednego konia.
-Witajcie, coście chcieli? - spytał przygarbiony krasnolud w podeszłym wieku, wychodzący zza rogu.
-My... To znaczy, chciałem konia. - powiedział elf.
-Bierzcie jakiego chcecie, nikt już nie jeździ konno, od czasu kiedy mój staruszek zakładał tą stajnie. - mówił krasnal starym i mądrym głosem. - Kocham konie, dlatego je tu hoduje. Są zadbane, lecz nieujeżdżone. Jak wiesz krasnoludy nie jeżdżą na koniach, lecz mów staruszek był inny. Wyrośnięty jak na krasnala. Podobno był pół elfem - pół krasnalem, ale kto by to pamiętał. Moja córka pracuje w kuźni, na stare lata też tu będzie doglądać koni. - westchnął krasnal.
-Starcu, nie potrafie jeździć. Czy da się nauczyć tego w jeden dzień...? - spytał Lauranin.
-Hmm... Biorąc pod uwage twoją mase, wyczyny, zwinność... TAK, można. - odrzekł krasnal, bawiąc się swą siwą brodą. - Wybierz sobie konia i zapraszam na padok. Aha, zapomniałbym - przynieś też siodło, popręg, ochraniacze i ogłowie, abyś nie poranił go na pierwszej jeździe. Ale jak już mówiłem, najpierw konia wybierz.
I odszedł chwiejąc się jak to krasnal, przy chodzie.
Lauranin ruszył wolnym krokiem przed siebie. Patrzył na konie, jedne były małe, drugie duże. Nie wiedział kogo wybrać. W ostatnim boksie stał skarogniady koń z białą plamką na czole i dwoma na przednich kopytach. Na wejściu wypalone było imie ,,Diagram'', Lauranin otworzył je i wszedł.
Reakcja konia była całkiem nieprzewidziana, gdy tylko spostrzegł elfa stanął dęba i machając kopytami próbował wypędzić Lauranina z boksu.
-Spokojnie koniu, prr... spokój... spokój... - mówił coraz ciszej elf.
Koń w przestał rzucać się w boksie. Stał teraz przed Lauraninem, elf spostrzegł, że ma chude kopyta, czarną grzywe. Na palu wbitym obok boksu konia wisiał kantar i uwiąz, Lauranin sięgnął po niego i założył go koniowi. Ździwił się, że ten nie szaleje.
-Piękny jesteś. - szeptał mu. - Spokojny, dobry koń... dobry...
I wyszedł z boksu, prowadząc konia za uwiąz. Padok był wielki na piędziesiąt metrów i szeroki na trzydzieści. Krasnolud stał i czekał na Lauranina.
-Potrzymasz? Zapomniałem o siodle i reszcie... - powiedział Lauranin i wręczył krasnoludowi uwiąz.
Poszedł do stajni po siodło, ogłowie, popręg i ochraniacze. Wrócił na padok i zaczął ubierać konia.
-Panie, co najpierw? - spytał krasnala.
-Zacznij od ogłowia, wsadź kciuk w miejsce gdzie koniowi kończą się zębi i otwórz pysk, i wepchnij wędzidło. - odpowiedział starzec, tym razem pając fajke.
Elf podszedł do konia, pogłądził go po pysku, miał tak gładką sierść... Odnalazł miejsce opisane przez krasnoluda i... udało się - ogłowie założone! Zapiąwszy podgardle i nachrapnik założył derke, która przewieszona była przez ogrodzenie padoku, potem podkładke i na to siodło, popręg przypiął do siodła, zapiął z drugiej strony, ździwił się, że koń nie narzeka. Następnie przypiął ochraniacze do kopyt. Strzemiona były za małe, więc przedłużył je i... wsiadł...
Nagle zoriętował się, że to koń z jego dzsiejszego snu. Złapał za wodze i czekał na komende krasnala.
-Skróć sobie wodze i trzymaj konia na kontakcie! Przyłóż łydki do konia i nakłoń go do stępa!
Zebrał wodze i lekko przycisnął łydki do konia - Diagram ruszył. Wspaniałym uczuciem było jechać na koniu.
-Dobra, świetnie. Teraz spróbujemy zakłusować! Weź konia na kontakt wodzami i ściśnij łydkami. Nie sądze, abyś w zbroii, którą nosisz chciał anglezować, więc staraj się amortyzować wybijanie konia!
Zwebrał wodze i przycisnął konia łydkami, ruszył miękko. Lauranin amortyzował wyboje. Był szczęśliwy, poprostu szczęśliwy. I w jego oczach i w oczach konia błyszczała iskra szczęścia. Skręcił w prawo, skręcił w lewo...
-Dobra, jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko nauczył się jeździć. Jesteś wyjątkowy. Teraz zagalopujesz! Poluźnij kontakt i mocno przyciśnij konia łydkami! Staraj się wpaść w rytm konia!
Kontatk poluźniony, łydki i... ruszyli. Dostajny galop Diagrama wzbudził w reszcie koni, bacznie słuchających wszystkiego, zachwyt i poczęły rżeć.
-Stój!
-Prr... Spokój... Diagram... Prr.... - koń przeszedł do kłusa, a następnie do stępa po słowach Lauranina.
-Jesteś moim pierwszym i najlepszym uczniem! - pochwalił go krasnal.
Lauranin wpadł na pomysł.
-Mistrzu, czy wyszkoliłbyś czterdziestu jeźdźców do jutra? - spytał elf, z nadzieją w sercu.
-Zwariowałeś?! Zerowe szanse! To trzeba tygodni treningu! Mam jedno pytanie: może być trzydziestudziewięciu? - spytał z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Ach.. wy krasnoludy i to wasze poczucie humoru. Dzięki ci mistrzu, zaraz pójde po nich.
-Nie trzeba, sam się tym zajmę. Ty odporwadź konia do boksu i podziękój mu za jazde.
Rozebrał koniowi siodło, ogłowie i ochraniacze, i zaprowadził do bosku.
-Dzięki ci... Pojutrze będziemy jeździć na polu walki. - i ucałował go w pysk, i udał się do wyjścia.



Wyszedł na świeże powietrze, napotkał tam Patanou, zrywał kwiaty. Elf podszedł do niego.
-Witaj! Cóż robisz, wojowniku? - spytał go Lauranin.
-Zbieram kwiaty dla Tessi, za jej lecznicze zioła. - odpowiedział i jak zwykle promiennie się uśmiechnął.
-Mam wrażenie, że skądś znam Tessi. Łączy mnie z nią uczucie, którego nie potrafie opisać. Jest w nim coś więcej, niż tylko przyjaźni, czuje jakbym ją utracił i nagle zyskał. - rzekł elf.
-Jest piękną, młodą i mądrą elfką. Tworzylibyście zgraną pare, lecz czy dane nam będzie obejrzeć świt, za dwa dni? - spytał Patanou.
-Posłuchaj, posłyszałem że przyjechałeś tu na koniu, prawda? Śniło mi się, że siedziałeś na koniu, tak? Niedawno poleciłem pewnemu krasnoludowi, aby nauczył trzydziestudziewięciu naszych mrocznych elfów konnej jazdy. Wróg spodziewa się, że zalejemy go deszczem strzał, lecz my zaskoczymy go tą strategią. - powiedział Lauranin patrząc w oczy rycerza.
-Wierze w ciebie. Mam nadzieje, że nie zawiedziesz nas.
Podali sobie dłonie i odeszli w swoje strony.



Lauranin udał się na poszukiwania swych przyjaciół. Nie wiedział, gdzie oni są. Szedł brukowaną uliczką, podziwiając piękno architektury elfów. Domy, całe z drewna, każdy rzeźniony ręcznie przez znakomienitych fachowców. Zwierzęta pasły się na trawie, nie zwracając uwagi na przechodniów, powietrze przepełnione było wonią palonych ziół - alchemicy przygotowywali mikstury lecznicze. Szedł w strone kuźni, chciał się spotkać z Brooderym.
Odgłos szczęku młotka uderzającego o metal dochodził z małej chatki, którą była kuźnia. Lauranin zapukał.
-Brodek! Jesteś jeszcze tam? - spytał.
-Broduś już wyszedł, musił spotkać się z tym magiem i tą całą zgrają. Są w karczmie ''Na Umrałym Polu''. - odpowiedziała krasnoludzica.
-Dziękuje, miłej pracy! - rzekł i odszedł.
''Tylko, gdzie jest ta karczma...?'' - pomyślał. Spostrzegł duży budynek, wokół którego kręciło się dużo osób. Zwabiony tym widokiem ruszył.
-...bym coś takiego potrafił, to nie chowałbym tego przed wszystkimi! - usłyszał głos Brodka.
-O czym rozmawiacie? -spytał go Lauranin.
-O tym twoim wybuchu z ręki! Dlaczego ukrywasz tę zdolność? Dzięki niej możemy wygrać! - odrzekł krasnolud.
-Wytłumacze wam coś: ja nie używam tego w pełni świadomie, nauczyłem się to kontrolować, lecz nie w pełni. - odpowiedział dobitnie elf.
-Jeżeli dostroiłbyś się, do któregoś z żywiołów, to mogłbyś tym zmienić przebieg bitwy! - rzekł Verfiu.
-Pokaże wam coś... - narysował ręką w powietrzu pentagram i uderzył w niego otwartą dłonią, co spowodowało wybuch tysięcy iskier. - ...jak sami widzicie, zajmuje mi to dużo czasu, a nie potrafie inaczej.
-Jestem głodny, pora na obiad. Chodźcie do tej karczmy, mają tam podobno całkiem niezłą Zupe z Magicznego Dzika! - zaproponował Gladiator.
I bez słowa ruszyli do karczmy. Wchodząc zauważyli zamieszanie w środku.
-Nie ważne, który zaczął macie się obaj stawić do króla! - krzyczał elf-karczmarz.
-Ale to nie moja wina, że on okradł mnie! - starał się bronić mroczny elf.
-Ty podły zdrajco! Chcesz mnie wrobić! - krzyczał lodowy elf.
Lauranin spostrzegł sakiewke w ręku karczmarza.
-Posłuchajcie! Jesteśmy w śmiertelnym zagrożeniu! Czy potrzeby materialne zastąpiom wam waszych bliskich? Czy wolicie oddać życie za pare monet, niż za wolność?! Czy po to siałem śmierć i przeze mnie zginął Sevis, abym teraz wracał do elfów i widział zamieszki?! Odpowiedzcie sobie na te pytania, zanim zaczniecie następną bójke. - rzekł elf w złości.
-Karczmarzu, dziewięć razy tą pyszną zupe! - rzekł Gladiator.
Usiedli przy najwiekszym stole i czekali na posiłek.
-Jaki jest plan? - spytała Calassi.
-Ale, że co? - ździwił się Lauranin.
-No, jaki jest plan bitwy... - wytłumaczyła Maletia.
-Czterdzieścijeden kawalerzystów, wiem że to dziwny pomysł, ale wróg spodziewa się łuku, więc ich zaskoczymy. Ponad dwieście kobiet, niedługo będą w koszarach, trenować tylko łucznictwo, przysięgałem że żadna z nich nie zginie. Dwa razy więcej mieczników, niż kawalerii. Teraz tak: Gladiatorze, Calassi i Brodek - dołączycie do walki w zwarciu. Maletia, Tessi, Patanou, ee... poznaliście go? - spytał, wszyscy kiwneli głowami, na znak przytaknięcia - Bronicie kobiety, Shaharim, umiesz jeździć konno?
-Tak. - odpowiedział.
-Czy mogę liczyć na twoją pomoc w dowodzeniu kawalerią? - spytał Lauranin.
-Oczywiście, zrobie co tylko mogę. - rzekł.
-Kapłanki mrocznych elfów i druidki-wojowniczki lodowych, będą stały przy kobietach, aby wspomagać je czarami, Maletio, dowodzisz nimi. - gdy to usłyszała, uśmiechnęła się.
-Tessi, - spojrzał na nią, wyglądała tak nieziemsko pięknie. - P-przejmujesz dowóctwo nad kobietami-łuczniczkami. P-powiedz, potrafisz strzelać z łuku? - spytał ją, rozkojarzony jej urodą.
-Nienajlepiej, wolę magie. - odpowiedziała cieniutkim głosem, cała zarumieniona.
-Jeszcze lepiej, wspomożesz je czarami defensywnymi. - odrzekł Lauranin.
Zza baru rozległ się głos karczmarza:
-Zupa z Magicznego Dzika, dziewięć razy!
-To ja pójde. - rzekł Gladiator.
Za chwile każdy z nich miał porcje pysznej, ciepłej zupy. Posileni posiłkiem wyznaczali zadania:
-Lauraninie, ty i Shaharim pójdź przeszkolić kobiety. Dziewczyny niech pójdą poćwiczyć magię, ja, Broodery i Gladiator udamy się, by sprawdzić czy kawaleria jest chociaż w połowie przeszkolona. - powiedział Verfiu i odszedł ze swoją grupą.



-Chodź, sprawdzimy co z tymi kobietami. - rzekł Lauranin do Shaharima.
Szli do koszar, brukowaną uliczką. Mijali wielkie, piękne drzewa, które dawały chłodny cień, chroniąc przed palącym słońcem. Dochodzili do wielkiego budynku, drugiego z najwiekszych w forcie. Cały był z kamienia, okna wielkości zwykłych domów, zdobione były cennymi kruszcami. Dach pokryty był dziwnym metalem, nie odbijającym światła słonecznego, w całym budynku panował miły chłód. Weszli do niego, ich oczom ukazało się ponad dwieście kobiet, każda wyposażona w łuk i kołczan pełen strzał. Przy ścianach ustawione były cele, które wiecznie ostrzeliwane przez łuczniczki. W pomieszczeniu panowała cisza.
-Witajcie! Shaharim i ja będziemy was uczyć obrony przed wrogiem. Jako, że naszej warowni grozi nazajd ze strony ludzi, musimy poczynić przygotowania! Ludzie mają przewagę w uzbrojeniu i liczebną, lecz nie mają tego, czego mamy my! Siła i Honor, Siła i Honor. To nasza najlepsza broń w walce! - próbował je zmotywować.
Spojrzały na niego ździwionym wzrokiem, poczym jedna z nich przemówiła:
-Nie zamierzam się poddać!
-Ja też! - krzyknęła następna.
-Ja także! - mówiły następne.
Lauranin wyszedł na środek budynku i rzekł:
-Ten mroczny elf, - wskazał na Shaharima. - będzie was nauczał strzelectwa. Jest moim zaufanym przyjacielem. Ja naucze was, tego i owego o broni jedno-ręcznej.
Shaharim podszedł do pierwszej grupki mrocznych i lodowych elfek i zapoznał je z podstawami strzelectwa.
Do Lauranina podeszło około dwadzieścia lodowych elfek, jedna z nich rzekła:
-Jak obiecałeś, tak zrób - pokaż nam jak walczyć lekką bronią.
-Dobra, dobra... - spostrzegł zakrzywione miecze leśnych elfów. - Wiedzicie te starocie? Nimi będziecie walczyć, to najlepsza broń jaką kiedy kolwiek widziałem. Jest lekka, krótka i zadaje spore straty wrogom. - rzekł i poczekał chwile, aż elfki przyniosły miecze.
-Więc? - ponagliła go jedna z nich.
-Dobrze... Chwyćcie pewnie broń jedną ręką, i róbcie to co ja. - wyjął miecz z pochwy i udniósł go nad głową.
Zadał serię ciosów, niby w przeciwnika.
-Ee... i to ma być ćwiczenie? - oburzyły się.
-Dobra inaczej, dobierzcie się w pary i ćwiczcie same walke, jeżeli nie odpowiada wam mój styl. Ja ide zobaczyć co z kawalerią, jak tu przyjde macie umieć strzelać z łuku i bronić się mieczem. Do zobaczenia. - rozgniewał się Lauranin.
''Co one sobie myślą? On im pomaga i tak mu się odpłacają!'' - pomyślał wychodząc z koszar. ''W sumie to jego wina, to przez niego jest ta cała wojna, gdyby wtedy kazał pochować te zwłoki...''. Nagle wypełniło go poczucie winy.



Doszedł do stajni, lecz nie wszedł do niej, udał się okrężną drogą na padok, skąd dochodził odgłos kopyt uderzających o ziemie. Gdy doszedł na miejsce zobaczył czterech jeźdźców galopujących w zwartym szyku. Na padoku ustawione były manekiny, gdy grupa czterech wojowników zbliżała się do nich, musiała wyciągnąć miecz z pochwy i trafić w manekin.
-Chłopcy nieźle się uczą! - dobiegł go głos krasnoluda.
-Właśnie widze! - przekrzykiwał tętęt kopyt koni. - Byli ty trzej mężczyźni, z czego każdy innej rasy? - spytał Lauranin.
-Byli, ale poszli. Mówili coś o zwiadzie... - odrzekł starzec.
-Co?! - wrzasnął elf. - Mówili, w którą strone idą? - spytał.
-Ee... Chyba napomneli coś o południowo-zachodniej części... - odrzekł starzec, próbując odpalić fajke.
Lauranin wbiegł do stajni, podszedł do Diagrama, uwiązał go obok boksu, pobiegł po siodło, ogłowie i ochraniacze, i ubrał konia w zbroje, która leżała niedaleko siodła. Wsiadł na konia i pomyślał jedno - Patanou.
Wsiadł na konia spiął konia i przycisnął łydki - koń ruszył galopem. Po całej stani rozległ się odgłos kopyt.
Przejechał przez cały dziedziniec, w poszukiwaniu Rycerza. Dojechał do małej szopki, w której stał biały koń, obok niego Patanou siedział pijąc trunek, był jak zwykle w swojej czerwonej zbroii.
-Wstań przyjecielu! Zbierz konia i ruszamy w droge, bowiem moi lekkomyślini przyjeciele zapuścili się na tereny wroga, pragnąc odkryć jego zamiary. - rzekł do niego.
Patanou wypuścił z rąk butelke z ginem.
-Niech to szlag! Taki dobry trunek! - krzyknał. - Łap to! - rzucił mu łuk i kołczan. - Przypnij do siodła, może się przydać.
-Weź też to, przyda się aby wróg nas nie rozpoznał! - rzucił mu płaszcz, z kapturem, mieniący się barwami lasu.
Ubrał konia w siodło, ogłowie, łuk i kołczan, zbroje konia.
-Być może dane nam będzie jeszcze zobaczyć ten zamek. - rzekł do Lauranina.
-Wioo! - krzyknęli obaj i ruszyli galopem.
Przejechali przez cały dziedziniec i ruszyli przez główną brame zostawiając za sobą kurz. Galopowali nieustannie, aż dojechali do wzgórza. Wjechali na nie, ich oczom ukazał się straszny widok. Tysiące namiotów wroga rozstawionych po całej równinie Tyr-Haddaru. Wielkie stosy broni, zbroii i kto wie czego jeszcze. Niewolnicy pracowali ciężko ostrząc miecze i inne ostrza. Wielkie ogniska rozpalone jedno, przy drugim, zasłaniały słońce, swoim dymem. Nad równiną panował półmrok.
-Ej, elfie! Jak będziemy się tak gapić na to, to nigdy nie wejdziemy tam! Zostawmy gdzieś konie i zróbmy coś. - rzekł Czerwony Rycerz.
Zeszli troche niże i przywiązali konie, wcześniej zdejmując im ogłowia, aby mogły jeść trawę. Sami zdjęli zbroje i ubrani w płaszcze, skryli głowę pod kapturem. Łuk przewiesili przez ramie, miecz u pasa, sztylety także. Kołczan przewieszony przez plecy, w nim dwieście cieniutkich, lecz ostrych jak diament strzał.
-Ruszajmy, tylko cicho! - powiedział Patanou.
Poszli w góre wzgórza. Gdy byli na górze spostrzegli krzaki, w które można było się schować. Wyglądając zza nich sprawdzali, czy można iść dalej.
-Droga wolna! - powiedział Lauranin i wziął sztylet w ręke.
Ruszyli dalej, schowali się za jedne z namiotów i wtedy zobaczyli to, co tam naprawde się działo.
Przed nimi stało coś co przypominało człowieka, z jednym wyjątkiem - nie miało skóry, widać było mięśnie i wszystkie narządy.
-Co to ma być...? - poszłyszeli głos mężczyny.
-To Shaddar! - powiedział Patanou do Lauranina.
Usłyszli kroki maga.
-Sir, robiliśmy wszystko, co było napisane w tej księdze, od tego całego Alzura. Jednak, niech nie zwiodą cię pozory mistrzu, ten twór jest nieziemsko zwinny. - rzekł posłysznym głosem mężczyzna.
-Tak, ale jest też nieziemsko słaby. - rzekł Shaddar. - Każ mu mnie zaatakować!
-Sir, ale...
-To jest rozkaz! - krzyknął mag.
Mężczyzna wypowiedział pewne słowa, brzmiały tak, jakby się czymś udławił. Lauranin wyjrzał zza namiotu. Ku Shaddarowi biegł ten cały ''twór'', z zamiarem mordu. Shaddar wyciągnął przed siebie ręke, z której następnie wystrzelił krótka wiązka energii - istota legła na ziemi.
-Widzisz? - spytał spokojnym głosem swego sługe. - Są jeszcze gorsi od zwykłych ludzi!
-Następnym razem, poprawie ten szkopuł. - rzekł mężczyzna, kłaniając się.
-Nie będzie następnego razu. - rodpowiwedział Shaddar i po tych słowach uniósł dłonie do góry i rzucił płomieniem w sługe, ten padł...
Lauranin spojrzał się na Patanou, on i jego towarzysz mieli przerażenie w oczach.
-To obraza człowieczeństwa... - rzekł Patanou.
-Ten Shaddar nie wie co robi... kaleczy swych poddanych... - westchnął Lauranin.
Znów wyjrzeli zza namiotu, tym razem do maga podszedł korpulentny mężczyzna, o twarzy ranionej wieloma ostrzami.
-Elethias! Przyprowadz tu tych więźniów, załatwmy to teraz! - krzyknął do niego Shaddar.
Chwile potem, mężczyzna prowadził zakótych w dyby, maga, krasnoluda i gladiatora. Upadli na ziemie.
-No, prosze... kogo my tu mamy? Czyżby to świta przyboczna naszego, miłego elfiaka? - rzekł ze słodyczą w głosie. - Ty! - wskazał na Verfiu. - Mów! Jakie macie zaplecze zbrojne?! - podszedł do niego i gestem dłoni, magicznie sprawiał mu ból.
Verfiu walczył z nim w swym umyśle... Jęczał z bólu... Lauranin nie wytrzymał. Wybiegł zza namiotu i w jednej krótkiej chwili pochwycił swój ostry sztylet i rzucił nim w Shaddara. Ostrze trafiło w przedramie.
-Odsuń się od niego! - krzyknął elf.
Zza namiotu wyszedł Patanou. On i Lauranin mieli na głowie kaptury, by wróg ich nie rozpoznał.
-Powiedz mi dziesiętniku, jak chcesz zginąć? Zmienić cię w demona? Wyrwać serce i przywołać Sakkare? A może chcesz być pozbawiony kończyn? - rzekł Shaddar trzymając się za rane i uśmiechając.
Elf ściągnął kaptur.
-Me imie Lauranin, ostatni żywy elf, syn nieznajomego. Podobno mnie szukasz. - rzekł odważnie.
Shaddar otworzył usta i oniemiał.
-Odważnyś jest, że przychodzisz tu we dwójke! Może nawet za bardzo odważny! STRAŻE! - krzyknął Shaddar.
Wszyscy ludzie, którzy usłyszeli jego krzyk, a było ich dużo, biegli w ich strone.
-Shaddarze... jesteś jak choroba trawiąca zdrowy organizm - jak czyrak, a czyraki się wycina! - i rzucił się na maga.
Shaddar podniósł ręce do góry, z ziemi wyrosło kilkanaście szkieletów, sam uciekł. Patanou teleportował się jednym gestem do Verfiu, Gladiatora i Brooderego, i magią zniszczył dyby.
Lauranin zagwizdał, zza wzgórza pojawiły się dwa konie.
-Jest nas za dużo! Konie poniosą dwie osoby! - krzyknął Patanou, widząc około dwustu ludzi biegnących w ich kierunku.
-Zabierz ich bezpiecznie do zamku! - krzyknął w ogólnym hałasie.
-Ale...
-Kurw* mać, to jest ROZKAZ! - pokazał mu pierścień.
-Żegnaj, przyjacielu. - podszedł do elfa i wyciagnął rękę, Lauranin nie był mu dłużny.
-Powiedz Tessi, że ją kocham! - rzekł elf.
-Sam jej to powiesz! Oni są nieprzytomni, przywiąże ich do koni.
I tak uczynił, następnie odjechał galopem.
Ludzie zbliżali się do Lauranina. Elf zdjął łuk, wziął strzałe i napiął cięciwe. Powietrze przeszył dzwięk szybko lecącej rzeczy. Następnie wszyscy usłyszeli krzyk ofiary.
''Nieudane'' eksperymenty biegły w jego kierunku. Było ich mnóstwo. Elf nie wiedząc co robić aktywował zasłony, aby nie dosiegały go strzały, a następne gesty zapewniły zręczność.
Wtem wrogowie się zatrzymali. Każdy zdjął łuk z pleców i napiął cięciwe.
-Poddaj się! - rzucił jeden z nich.
-Taak... Jak zginę to się poddam. - burknął posępnie elf.
Deszcz strzał zasłonił słońce. Wszystkie leciały do Lauranina, ale ni jedna go nie trafiła. Powtórzyli to jeszcze trzy razy. Zdenerwowana armia podniosła wcześniej rzucony oręż i rzuciła się w stronę elfa.
Ten pochwycił miecz z pochwy i czekał. Byli już niedaleko. Wyglądało to, jakby konie galopowały i chciały zmiarzdżyć elfa. Gdy byli w odległości około dziesięciu stóp elf wysnunął ręke ku przodowi i strzeliła z niej potęga, której nawet on nie mógł pojąć. Połowa mutantów poprostu rozstrzaskała się tak, jak stała. Bezmózgie kreatury nie były dłużne - zaczęła się walka.
Tak, jak stał pierwszy wróg przed elfem, tak przebił powietrze miecz, zatapiając się wreszcie w krwi wroga. Wyjął sztylet z pasa i rzucił nim w wroga. Trafiony. Parowanie, i kolejny powalony, a bitwa trwała. Przez cały ten czas elf coraz bardziej przysuwał się do obozu wroga.
Otoczyli go. Podniósł ręke i wnet wokół niego strzeliły iskry i przylepiły się do pozbawionych ochrony ciał wrogów. Wygrana.
Ostatni niedobitek uciekał w stronę obozu. Elf zamachnął się i rzucił w nim mieczem. Przez chwilę słychać było, jak ostrze przeszywa powietrze, ale potem zagłuszył to krzyk ofiary.
-Tylko na tyle cię stać Shaddarze? - krzyknął wściekły.
Za późno to powiedział, bowiem ku niemu biegły dziwne bestie, które najwyraźniej nie miały skóry. Wielkie niczym półtora przysadzistego chłopa.
Stanął w formacji obronne, czyli miecz po prawej stronie, odchwylony od ciała, sylwetka wyprostowana i wyzywająca.
Olbrzymy biegły na niego z dziką furią. Stanęły z jakieś dwadzieścia metrów od niego. Wtem wystąpił ich kapitan. Był wyskokim mężczyzną, o cerze czerwonej, widać mu było rzyły i niektóre mięśnie, był wynikiem eksperymentu. Możliwe, że posiadał większą wiedzę spośród tych osiłków, którzy jednak sprawiali wrażenie całkiem nieoświeconych. Dowódca odziany był w skórzany pancerz, jak inni żołnierze, z tym że on nie miał hełmu.
-Hahaha! Poddaj się, ja i moi ludzie zmieciemy cię ma miazgę! - krzyknął do elfa, głos miał pełen nienawiści, niski, przepełniony bólem.
-Jeżeli sądzisz, że te wybryki natury zdołają mnie powstrzymać, to się mylisz.
Po tych słowach Lauranin wykreślił mieczem osiem pentagramów, które tylko czekały na aktywację.
Armia stojąca przed elfem była wysoka, umięśniona i... bezgranicznie głupia. Ich jedynym atutem jest siła i wytrzymałośc, lecz to nie nadrabia ich tumanowatości. Wszyscy przypominali jakby worki z mięśni, krwi i kości. Rzyły pulsowały, a serce pompowało krew do nich. Wszystko to było widoczne, wszystko. Przeciętnemu człekowi trudno by było opanować strach przed tymi stworami.
-Grrrr.... Atak! - wrzasnął kapitan.
Rządne krwi elfa potwory rzuciły się na niego jak lawina skalna. Biegli tak szybko, że elf nie mógł aktywować wszystkich pentagramów na raz, lecz dwa udało mu się. Eksplozja światła, iskry i ognia powitały mutanty, lecz tylku kilku padło na ziemię. Elf wiedział, że to może być jego koniec.
Zamęt wywołanu pentagramami złamał szyk armii, Lauranin to wykorzystał, zaatakował pojedyńczych wrogów, z efektem śmiertelnym dla nich.
''Jednak nie są takie twarde na jakie się wydają.'' - pomyślał. Głupotę ich można było zauważyć od razu - nie dość, że nie trafiali elfa, to jeszcze zabijali swoich. Bitwa była z góry przesądzona. Po kilku godzinach wojaczki, przy życiu pozostało już niewielu spośród licznych szeregów wroga. Elf kończył z nimi, jeden po drugim. Aż wreszcie został sam kapitan.
-Pokaż co potrafisz...! - krzyknął do niego elf.
Kapitan zmierzył go złowieszczym wzrokiem i stanął w pozycji bojowej. Lauranin uczynił to samo. Wymienili kilka ciosów, aby sprawdzić wroga. Dowódca wymierzył niesamowicie silny atak z góry na elfa i gdyby Lauranin nie wziął tego na ostrze, to pewnie byłoby już po nim. Znów ostrza zderzyły się ze sobą, znów szczęk stali i iskry w powietrzu. Mutant zamachnął się i trafił elfa w udo, zwalając go z nóg.
-A nie mówiłem? Teraz cię zabije! - krzyczał do leżącego na ziemi Lauranina.
Pochylił się nad nim, wtem elf podniósł prawą rękę do góry, z której buchnęła burza iskier. Mutant krzyczał z bólu, upadając na ziemie i próbując rękami pozbyć się iskier, które przyklejały się do ciała. Lauranin podniósł się z wielkim trudem, nie czuł bólu w udzie, po prostu utykał. Zszedł ze wzgórza do obozu i zdjął zbroję, zostawił tylko płaszcz od Patanou.
Spojrzał na nogę, była cała sina. ''Być moża to tylko stłuczenie.'' Elf miał rację, to było stłuczenie, ale lepiej żeby je opatrzył. Wstał i z niemałym trudem wszedł znów na wzgórze.
Jego oczom ukazała się armia licząca dziesięć tysięcy ludzi, olbrzymów i mutantów. Zwowieszcze flagi trzymane na proporcach powiewały na wietrze wysoko w górze.
-O bogowie! - zawował w duchu.
Coś podniosło go do góry, potem słyszał już tylko tentent kopyt.
-A o mnie zapomnialeś? - posłyszał głos Patanou.
-Przyjacielu! W ostatniech chwili, musimy przekazać to co wiemy w zamku. Chyba bitwa zacznie się szybciej niżeli przypuszczaliśmy.
I odjechali, zostawiając za sobą armie piekieł.

Opowiadanie dedykuje klanowi SM.


Długie co? :P Mam nadzieje, że nie zawiodłem. Wszelkie nieścisloci prosze pisać ponizej. Pisalem to na przełomie wielu miesiecy, wiec zrozumcie...
Mówiłem, że w tej części będzie opis tej ''końcowej bitwy'' ale zmieniłem zdanie. Lepiej podzielić to.

Pozdrawiam
_____________________________________________________________________
Nigdy nie zapomnij, skąd pochodzisz, bo zapomnisz, gdzie już byłeś.
[img]http://miniprofile.x...sznka.png[/img]
[img]http://img266.imageshack.us/img266/9518/sznka.png[/img]
[img]http://www.ubar.pl/img_1171_normal.gif[/img]
[img]http://www.ubar.pl/img_14651_normal.gif[/img]
Najlepsza Leśna Elfka w Tabeli
Triumph or Agony - Top 5 HC ladder

Szukam hostera na S:UW - kontakt w profilu
Ostatnio zmieniony przez Alcalata 2008-10-21, 00:16, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Możesz zmieniać swoje posty
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Możesz załączać pliki na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Powiadom znajomego o tym temacie
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Śledź odpowiedzi w tym temacie
Oznacz temat jako nieczytany

Skocz do:  
Szybka odpowiedź


Wygaśnie za Dni
 
 
 
 
 
 
Opcje
Dodaj podpis (może być zmieniony w profilu)
Powiadom mnie gdy ktoś odpowie
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,55 sekundy. Zapytań do SQL: 13