|
|
|
|
Dwa opowiadanka by thek :)  |
| Autor |
Wiadomość |
thek [Usunięty]
|
Wysłany: 2007-11-20, 20:06 Dwa opowiadanka by thek :)
|

|
|
Snajper
Szyba zadrżała. W jej dolnej części pojawił się otwór otoczony pajęczyną spękań. Świst metalu przeciął ciszę nocy niczym błyskawica niebo. Cień rzucany na przezroczystą taflę szkła drgnął. Postać, która go rzucała, opadła na kolana, oparła o krawędź stolika, zrobiła jeszcze kilka wdechów, płytkich, coraz płytszych i osunęła się na podłogę. Strzelec zdjął palec ze spustu, założył osłonę na lunetę i odjął kolbę od ramienia. Otworzył walizkę i rozłożył karabinek snajperski niespiesznie układając poszczególne części w wyżłobieniach piankowych. Rozejrzał się jeszcze po podłodze i zauważył leżącą łuskę. Podszedł i podniósł ją. Przyglądał się jej z uwagą po czym ścisnął, jakby chciał poczuć jeszcze ciepło metalu rozgrzanego gazami prochowymi, przysunął walizeczkę i włożył do niej pozostałość pocisku, który przyniósł wieczny sen postaci odległej o kilkaset metrów. Rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu i stwierdziwszy, że niczego nie zapomniał ruszył w stronę drzwi. Księżyc wyjrzał zza chmur, jakby chciał się upewnić, że już po wszystkim, a on schowany w obłokach nie widział nic. Nawet ludzie, te ożywione marionetki, tym razem nie zauważyły co się stało. Za wyjątkiem dwóch osób, z czego jedna leżała u stóp łóżka na dywaniku z wyrazem zdziwienia na twarzy, strużką krwi wypływającą z kącika ust i dziurą ziejącą w klatce piersiowej. Druga właśnie zamykała drzwi pomieszczenia, z którego padł śmiertelny strzał.
W półmroku korytarza nieczyszczone dawno lampy rzucały blade strużki światła na jej jasne długie włosy. Kobieta przekręciła klucz, chwyciła za swoją skórzaną walizeczkę i ruszyła ku schodom. Spokojnym krokiem przechodziła obok kolejnych drzwi. Przemierzyła cały korytarz, krok za krokiem, schodek za schodkiem aż zeszła na parter. Podeszła do recepcji i wymeldowała się. Nikt jej nie zatrzymywał, o nic nie pytał, na nic nie zwracał uwagi. Była po prostu kolejnym klientem opuszczającym hotelik. Zamówiła taksówkę na dworzec i po kilkunastu minutach jazdy dotarła przed jego wejście. Kupiła bilet i spokojnie czekała na jego przybycie. Znała dobrze godziny odjazdu, więc nie trwało to długo. Podróż minęła jej dość szybko, zważywszy na długość trasy, przy lekturze książki. Pociąg też jakby jechał szybciej niż ma to w zwyczaju.
Ze stacji końcowej miała jeszcze trochę do przebycia, aby znaleźć się we własnym domu. Zdecydowała się iść pieszo, choć mogła zamówić taksówkę, co zresztą miała w zwyczaju. Przemierzała ulice, a z wystaw spoglądały na nią zimnym, pustym wzrokiem manekiny, jakby niemo oskarżając ją o to, że są równie martwe, jak każdy, którego pozbawiła życia. Nie lubiła tego uczucia, ale nie mogła od niego uciec, gdyż za każdym razem wywoływane było ono przez coś innego. Nieraz odnosiła wrażenie, że cały świat wie już co zaszło kilka godzin, dni wcześniej i lada moment zostanie zatrzymana przez najbliższy patrol policji. Ale wiedziała, że to były złudzenia. A jedyne co było pewne to gorąca kąpiel w wannie po przybyciu do domu i ten fatalny kawałek metalu tkwiący obok matowego, złożonego karabinka w walizeczce. Na tle owej czarnej jak noc broni, mosiężny blask pustej łuski wyglądał tak złowieszczo i tak pięknie zarazem. Cudownie komponował się z tym abstrakcyjnym dramatem, którego całość była niczym ekskluzywny dramat eksperymentalny. Jeden aktor, jeden widz, który także bierze w nim udział. Widz jest tu reżyserem, decyduje o scenografii i punkcie kulminacyjnym przedstawienia, podczas którego jedyny aktor umiera.
Dorzuci tę pozostałość naboju do pozostałych i opatrzywszy stosownym podpisem umieści w gablotce. To był jej zwyczaj. Może i przypominał on pokój z trofeami myśliwego, ale dzięki niemu nie odczłowieczała się w tym zawodzie, gdyż każdy element tej niezwykłej kolekcji niósł z sobą historię końca życia człowieka. To nie była fotorealistyczna gra komputerowa. Ludzie nie byli botami, wytworami obliczeń procesora pokrytymi kolorowymi bitmapami, które się za chwilę odrodzą. A ty nie masz nawet trzech żyć i o możliwości jej zapisania w dowolnym momencie nie pomyślano.
Idąc tak i bijąc się z myślami dotarła pod frontowe drzwi domu co wyrwało ją z ich ataku. Otwarła tę drewnianą bramę chroniącą jej prywatny świat przed nachalnością codzienności. Niedbale rzuciła płaszcz na garderobę, zdjęła buty i przemierzyła te kilka metrów przedpokoju kierując się do kuchni. Tu zostawiła drobne zakupy, które zrobiła w drodze, spojrzała przez okno na ogród i podążyła do łazienki. Odkręciła kurki i zrzuciwszy ubranie zanurzyła się w tym ciepłym płynie. Położyła się wygodnie w wannie i pozwoliła mu powoli zmywać z niej zmęczenie. Znużenie mijało ustępując miejsca senności. Organizm domagał się wypoczynku po tych kilku nocach, podczas których przesypiała zaledwie godzinę lub dwie. Chciała skorzystać z dobrodziejstw bezkarnej, relaksującej kąpieli, długiego wylegiwania się w ciepłej wodzie i aromatycznej pianie, ale sen ją z niej wyganiał. Skróciła więc swe wodne rozkosze i wtuliła się w fałdy aksamitnej pościeli, a dotykając głową równie aksamitnej poduszki słyszała w swym umyśle delikatne dźwięki kojącej muzyki Orfeusza.
Ale sen nie był spokojny. Choć nie mogła go sobie przypomnieć, wiedziała, że to znowu był ten sam co zawsze, zmieniały się tylko miejsca. Jak zwykle. Po raz kolejny była swoją ofiarą. Świadomą tego co, kiedy i jak nastąpi, ale nie mogącą tego uniknąć, lecącą niczym ćma ku nieuchronnej śmierci w ogniu świecy. Jej umysł bronił się w tym śnie i próbował nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, ale ciało nie chciało go słuchać i uparcie dążyło do "punktu kulminacyjnego". Na kilkanaście sekund przed owym momentem czas zaczynał zwalniać. Zwalniał, zwalniał coraz bardziej. Sekundy zamieniały się w minuty, potem kwadranse, godziny. Wszystko wokół stawało się przerażająco wyraźne, otaczał ją świat niesłyszalnych ultradźwięków, które przy tym spowolnieniu po prostu ją zalewały. Widziała wlatujący szybą pocisk i falę rozchodzącą się przy przechodzeniu przez jej taflę. Tak, niewątpliwie szkło jest cieczą, te idealne okręgi równomiernie rozchodzące się po całej powierzchni od miejsca uderzenia. Pocisk delikatnie rozgrzewający powietrze był coraz bliżej. Zostawiał za sobą niewielką strużkę zawirowań, które zdawały się poruszać w jakimś niezrozumiałym tańcu śmierci, niczym cyklony poruszające ów grot ostateczny ku swej ofierze. W końcu docierał ten nieszczęsny kawałek metalu do celu i powoli wbijał się w tkanki. Wolno, zbyt wolno. Ból trwał dla niej całą wieczność. Gdy ustawał w jednej komórce, już pocisk ranił następne. Czuła gdzie dokładnie znajduje się ta przeklęta stal przemieszczająca się wewnątrz "jej" ciała i nic nie mogła zrobić by zmniejszyć rozsadzający jej umysł i każdy nerw tej cielesnej powłoki ból. Widziała płynącą i wytryskującą z rany krew. Czuła każdą kość draśniętą bądź pękającą powolutku od uderzenia i nacisku kuli penetrującej organizm. Z reguły budziła się wtedy. I tym razem nie było inaczej. Włączyła cicho radio i muzyka powoli znów ją usypiała. Tym razem koszmar nie powrócił.
Wstała rano i zjadłszy lekkie śniadanie obejrzała wiadomości. Wróciła do swej walizeczki, wzięła ją i usadowiwszy się w fotelu położyła ją na kolanach. Zastanawiała się czy ją otworzy, czy starczy jej odwagi. Trwała w tym stanie niepewności nie wiedząc co zrobić. Chwila, sekunda, minuta. Już wiedziała. Odłożyła ją obok. Podeszła do wiszącego naprzeciw niej obrazu i odsunęła go. Pod nim spoczywała drewniana skrzyneczka. Wyciągnęła ją z wnęki w ścianie i otwarła wieczko. Z wyłożonego czerwonym zamszem wnętrza błyskały zalotnie łuski zdające się mówić: "Weź mnie do ręki". Każda z nich osadzona była we wspólnej drewnianej podstawce i przytrzymywana przez chromowane kawałki drutu. Razem stanowiły chronologiczny zapis jej kolejnych "sukcesów". Wyciągnęła podstawkę, by spod niej wyjrzała następna. Co roku powstawała kolejna, dokładnie w rocznicę jej pierwszego zabójstwa. Część zawierała tylko jedną lub dwie łuski, lecz niektóre mieściły ich ponad dziesięć. Nigdy nie mogła przewidzieć ile będzie musiała wykonać miejsc na podstawce w aktualnym roku, dlatego "bieżące trofea" umieszczała w tymczasowej, by oczekiwały na miejsce w tej ostatecznej. Każda z mosiężnych pozostałości pocisku była opisana danymi ofiary , miejscem ostatecznej konfrontacji i innymi spostrzeżeniami podczas zlecenia i pewien czas po nim, stanowiły one coś w rodzaju pamiętnika, mogła je przejrzeć lub uzupełnić w każdej chwili. Podeszła więc do biurka i wyciągnęła papeterię. Atrament zaczął wypełniać kolejne wiersze nieskazitelnego dotąd papieru. Po chwili przerwała i ruszyła w stronę fotela. Otworzyła walizeczkę i wydobywszy z niej łuskę, zamknęła po czym odniosła do szafki. Usiadła znów przy biurku i trzymając w ręce ten złowieszczy kawałek metalu dopisywała następne akapity pokrywając kartkę maczkiem liter. Gdy skończyła przymocowała "nową" w tymczasowej podstawce i włożyła do niej karteczkę ze skróconymi danymi. Do skrzyneczki włożyła z powrotem podstawki znów samej górze umieszczając tymczasową. Główną kartkę, którą skończyła pisać wcześniej włożyła do koperty i umieściła na samej górze. Zamknęła tę szkatułkę i schowała z powrotem za obraz.
Dni mijały jeden za drugim, a ona po raz kolejny musiała wracać do zwyczajnego życia. Przecież prowadziła normalne życie, pracowała jako sekretarka w najzwyklejszej firmie, bo jedno, dwa zlecenia nie zapewniłyby jej środków na życie. Na "dodatkową pracę" musiała brać urlop. Zlecenia odbierała za pomocą Internetu po odpowiednim upewnieniu się z kim ma do czynienia. I tak trwała jej wegetacja na tym padole. Od zlecenia do zlecenia, przerywając jej szare życie tymi kilkoma dniami stresu w ciągu roku powodującymi jednak narastanie poczucia winy i strachu przed wykryciem każdego dnia. W końcu nie wytrzymała tego. Postanowiła wszystko uporządkować. Przez kilka dni pracowała nad wykonaniem podstawki z tegorocznymi łuskami.
Policjanci zadzwonili do drzwi, po telefonie sąsiadów o dziwnym hałasie, lecz nie było reakcji. Światła były powłączane co ich zaniepokoiło, więc po kilkudziesięciu sekundach dzwonienia wyważyli drzwi do domu. W powietrzu unosił się delikatny zapach prochu. W salonie siedziała na fotelu postać w jednej ręce trzymała pistolet, w drugiej drewnianą skrzyneczkę. Gdy ją otwarli ich oczom ukazała się podstawka z łuskami przymocowanymi srebrzystymi drutami. Ostatnie miejsce pośród nich było puste. Wystawały tylko mocowania, a pomiędzy nimi mosiężna płytka z napisem:
"Ja - snajperka"
Panaceum?
To była najnormalniejsza i najzwyklejsza para, jakich na tym padole łez wiele. On biznesmen małej firmy, ona jej menedżerka. Ich miłość nie była tą jakich pełno w romansidłach, od których uginają się półki, czy zalewającą nas z ekranów w postaci południowo-amerykańskich oper mydlanych. Odpowiedziała na ogłoszenie w gazecie, przyszła na rozmowę kwalifikacyjną... i już została. Nie było żadnego szaleństwa serc. Częste spotkania w pracy, rozmowy, nie tylko służbowe, zbliżyły ich. Po kilku miesiącach zdecydowali się na wspólne życie, a po dwóch latach na założenie rodziny w świetle prawa.
I wszystko potoczyłoby się jak to życiu bywa zazwyczaj, gdyby po kilku latach Nika nie zachorowała. Z początku nie wydawało się to poważne. Ot, kolejne drobne przeziębienie, niegroźna infekcja. Ale gdy się zanadto przedłużała zaniepokoiło ich to. Lekarze nie potrafili jej właściwie zdiagnozować. Z chwilą, gdy już myśleli , iż ją rozpoznali i wiedzą z czym mają do czynienia, zaskakiwała ich nowymi objawami. Badania trwały a kobieta słabła, słabła powoli, z miesiąca na miesiąc. Nie mogąc sobie z poradzić medycy zalecali unikania wysiłku, zdrowy tryb życia. Nika i Artur zaczęli zwracać się ku medycynie naturalnej, alternatywnej, ale w najlepszym wypadku spowalniała ona postęp "choroby". Starali się znaleźć specyfik, ale kolejne próby kończyły się fiaskiem.
Podczas rozmów ze znajomymi Artur starał się zdobyć wiadomości o zagranicznych specjalistach, nowych, nieznanych jeszcze w kraju specyfikach. Podczas jednej z nich znajomy wspominał historię sprzed kilku lat. Podczas jednej z podróży rzecznych po Ameryce Południowej awarii uległ silnik łodzi. Zmuszony sytuacją przybił wraz z przewodnikiem do brzegu jednego spośród wielu dopływów Amazonki. Podczas tego przymusowego postoju uległ dość poważnemu zranieniu. Naprawa silnika przeciągała się już drugi dzień i środki medyczne były na wykończeniu. Trzeciego było można zauważyć pierwsze objawy zakażenia. Czwartego udało się uruchomić silnik, lecz przewoźnik zamiast skierować ją do najbliższego punktu medycznego, odległego i tak o trzy dni żeglugi, zaczął kluczyć wśród kolejnych rzek i strumieni. Późnym popołudniem dotarli do zbiegu dwóch z nich i dobiwszy do brzegu przewodnik oznajmił, że odtąd muszą iść pieszo.
Wieczorem dotarli do jakiejś wioski. Tu zajęli się nim tubylcy. Obejrzeli jego ranę, zaczęli ze sobą rozmawiać, po czym jeden z nich oddalił się i udał do chaty na obrzeżu osady. Po kilku, może kilkunastu minutach wrócił niosąc na dnie glinianej miseczki trochę gęstej czerwonej cieczy. Rozwodniono ją, po czym trochę wykorzystano do obmycia rany i wykonania kompresu, zaś resztę dano mu do wypicia. Po trzech dniach nie było śladów infekcji. Rana zagoiła się nie tworząc nawet blizny i nie pozostawiając żadnych śladów w organizmie. Równie szybko niefortunny podróżnik zapomniał o całym tym niemiłym zdarzeniu.
Opowieść dała dużo do myślenia Arturowi. Może ta "maź" by pomogła? Nie chciał jednak wyjeżdżać i opuszczać żony na dwa tygodnie, możliwe że nawet miesiąc. Ale mijały dni, tygodnie, a jej stan się nie poprawiał. W końcu się zdecydował. Pozostało mu już tylko wypytanie kolegi o szczegóły tamtej podróży, lokalizację wioski. Najważniejsze były jednak dane na temat miejsca przebywania bądź zamieszkania przewodnika i przewoźnik. W końcu to oni znali jej dokładne umiejscowienie i język tubylców. Miał trochę szczęścia i zawęził obszar poszukiwań. Po tym wywiadzie zorganizował jeszcze niezbędne środki na wyprawę i po kilku dniach wyruszył do Brazylii.
Po przylocie do Sao Paulo stracił jeszcze parę dni na dotarcie do miasteczka przewodnika. Te okazało się podobne do wielu innych mijanych po drodze. Małe, senne, żyjące z dżungli, turystów i Amazonki. Zameldował się w hotelu, o ile tak można było nazwać budynek, do którego trafił. Nie rozpakowywał się nawet, tylko zostawił bagaże w pokoju i ruszył na poszukiwania. Udał się do doków i zaczął pytać o osoby przewożące turystów. Nie było ich mało, ale sukcesywnie wykluczał następnych, aż trafił na tego, którego poszukiwał. Powiedział mu w jakim celu przybył, po czym zapytał o możliwość przewiezienia do wioski i bycie ewentualnym tłumaczem. Czekał na reakcję, która nie następowała. Wdał się w długą wymianę zdań, aby go do siebie przekonać i po pewnym czasie udało mu się to osiągnąć. Wyruszyli nazajutrz po drobnych przygotowaniach.
Nie liczył czasu, spędził w osadzie tydzień, może dwa i wrócił do kraju. Od razu rozpoczął kurację. Zgodnie ze wskazówkami szamana dawał żonie codziennie do picia roztwór składający się z kilku kropel w szklance chłodnego płynu. Efekty kuracji były zauważalne już po kilku dniach. Na początku Nika stwierdziła coraz rzadsze ataki "choroby", trochę lepsze samopoczucie. Każde kolejne badanie wskazywało stopniową poprawę, systematycznie zaczęły zanikać objawy. Lekarze nie mogli się nadziwić tak nagłemu ozdrowieniu po tylu miesiącach. Kobieta wprost tryskała życiem, również Artur nie krył radości, choć wydawało się, że robił to znacznie powściągliwiej.
Nie uszło to jej uwadze, choć wiedziała, że on nie lubi tak jawnie okazywać uczuć. Niezwykłe było to, że specyfik zawsze odmierzał z małej fiolki, która gdy jednego dnia już była prawie pusta, następnego okazywała się nagle pełna, a nigdy nie widziała aby miał pojemnik z większą jego ilością. Ale w jego życiu zaszły także inne zmiany. Znacznie bardziej niż do tej pory zwracał uwagę na posiłki, pochłaniał też ich większą ilość, zaczął też ćwiczyć i dbać o zdrowie. Choć był to jak najbardziej zalecany tryb życia, zaskoczyła ją ta nagła odmiana. Na każde jej pytanie w tym temacie odpowiadał, że ta wyprawa go tak zmieniła, ale gdy pytała o jej szczegóły dość szybko zmieniał temat lub mówił bardzo ogólnikowo. Od czasu do czasu zauważała też na jego ciele drobne rany, ale tłumaczył je skaleczeniami w pracy bądź domu. Czemu miałby kłamać?
Ale gdy ona czuła się coraz lepiej on popadał w coraz większą apatię. Przy niej zawsze starał się być wesoły, ale w towarzystwie już tak nie błyszczał jak niegdyś. Owszem, nie unikał go, ale stał jakby z boku. Był obecny, ale jakby go nie było pośród wszystkich. Stał duchem na bocznym torze. Gdzieś uciekał wciąż myślami, wciąż nieobecny. Coraz rzadziej wtrącał się do dyskusji. W końcu zaczął unikać, jak to zaczął określać "niepotrzebnego tłoku". Z początku Nika nie mogła się do tego przyzwyczaić, gdyż wcześniej praktycznie nie opuszczali przyjęć u znajomych, ale zauważyła też drugą stronę tej sytuacji. Mąż najwyraźniej robił to, aby być dłużej z nią. Już od czasu przyjazdu okazywał jej więcej uczucia niż zazwyczaj. Starał się wcześniej wracać z pracy, pomagał jej. Po prostu starał się jak najwięcej czasu przebywać z Nią. Czasem to ją wręcz przytłaczało. Ale nawet gdy przebywali sam na sam, gdzieś w głębi duszy wiedziała, że jego myśli wciąż błądzą między nią, a tym Czymś lub Kimś.
TO było zawsze obecne od czasu przyjazdu. Wyczuwała je podświadomie, ale nie wiedziała z czym zmaga się Artur. Zapytała go kiedyś o to, ale stwierdził, że niepokoi go kolejne zlecenie. Owszem było poważne, ale wiedziała, że nigdy nie zamartwiał się nimi, a bywały już trudniejsze. Czuła, że to tylko odpowiedź wymijająca, ale co ukrywał? I dlaczego? Zwłaszcza, że wydawał się jej bliższy niż niegdyś, a wtedy nie było między nimi żadnych sekretów. I ten jeden cierń tkwił mocno w jej umyśle, coraz mocniej weń się wbijając. Z jednej strony był coraz bliższy, z drugiej ta tajemnica coraz bardziej go oddalała. Był tak blisko, że trzymała go w ramionach, a tak daleko zarazem, że nie słyszał jej wołania: "Co ukrywasz???". Czuła, że go powoli traci, ale nie wiedziała co jest przyczyną takiej sytuacji, domyślała się tylko, że miało to swój początek gdzieś w tropikalnej dżungli. Widocznie zaszło tam coś co go tak odmieniło.
Któregoś dnia nie wytrzymała tego napięcia i powiedziała mu wprost co myśli o tym całym sekrecie. Wyrzuciła z siebie wszystkie dręczące ją obawy, po czym wyszła z pomieszczenia, aby miał czas przemyśleć to, o czym przed chwilą się dowiedział. Opuściła dom i udała się na spacer. Ale idąc alejkami nie czuła się dobrze, nic nie przynosiło ukojenia. Wesołe promyki jesiennego słońca przebłyskiwały między złotymi i rdzawymi liśćmi, czasem odbijając się od rozdrganej tafli jeziorka, przy którym usiadła na ławeczce. Siedziała pochylona, patrzyła w ziemię. Nie zwracała uwagi na ludzi, wiatr, który dla zabawy rozwiewał jej włosy raz w jedną, innym razem w drugą stronę. Nawet nie spostrzegła kiedy słońce znudzone tym ustawicznym zapraszaniem jej do zabawy zwróciło swe oblicze na zachód i zaczęło odchodzić za linię horyzontu. Dopiero zimny powiew urażonego wiatru wyrwał ją z natłoku myśli przelatujących jej przez umysł. Powoli wstała i równie wolnym krokiem co poprzednio zwróciła się ku domowi. Czuła w sobie ciężar większy niż kamienie na alejce, po której stąpała. Wiedziała, że po powrocie albo pozna całą prawdę, albo ten temat będzie już zamknięty na zawsze.
Przechodząc obok pokoju gościnnego zerknęła do środka. Siedział w tym samym miejscu, jak gdyby urwana rozmowa miała się toczyć dalej, a Nika wyszła tylko na minutę, nie zaś kilka godzin. Odeszła, wiedziała że tę rozmowę może wznowić tylko on. Kolację zjedli w ciszy. Próbowała ją przerwać, ale jego odpowiedzi były zdawkowe, bez przekonania. Czuć było że się waha, głos mu delikatnie drżał, był lekko blady, jak gdyby się czegoś obawiał. Gdy sprzątała po kolacji podszedł do niej i oświadczył, że sam tego nie da rady dźwigać i jest gotowy opowiedzieć jej wszystko, jeśli tylko obieca mu, że po tym co usłyszy nie wyjawi nic nikomu oraz nie sprzeciwi się temu co on zamierza, bo to i tak nieuniknione. Nie wiedziała co powiedzieć, lecz gdy spojrzała na niego i ten ból w jego oczach, niechętnie co prawda, lecz zgodziła się.
Rozpoczął opowieść od tego, że sytuacja ta jest wynikiem, jak sama podejrzewała, pobytu w dżungli. Po przybyciu do miasteczka spotkał się z przewoźnikiem, któremu opowiedział o chorobie i w zaistniałej sytuacji, i zapytał czy może liczyć na jego pomoc w rozmowach z radą wioski jako tłumacz. Ten zgodził się i zawiózł go na miejsce przeznaczenia. Tu wyjaśnił przyczynę przyjazdu szamanowi i starszym plemienia. Ci po burzliwej naradzie sprawę wyboru pozostawili szamanowi. Wróżbita spojrzał na Artura i zaprosił go wraz z tłumaczem do swojej siedziby. Tu pod groźbą śmierci wymógł od obojga zachowanie tajemnicy. Dowiedzieli się, że owym lekarstwem jest wydzielina pewnej rośliny. Lecz aby ją uzyskać jest potrzebne odpowiednie dla niej środowisko rozwoju. Spełnia je idealnie... człowiek. Roślina była jego pasożytem wewnętrznym. Zaś wydzieliną, która była owym panaceum jest krew takiego człowieka. Biorąc pod uwagę nieznany charakter choroby i niewiadomy czas leczenia szaman nie mógł dać odpowiedniej ilości krwi, a jechać nie chciał. Zapytał się więc, czy sam zainteresowany nie zostałby takim nosicielem.
W tym momencie Nika spojrzała na jego ręce i zrozumiała skąd się wzięły te wszystkie rany. Zawsze pojawiały się gdy buteleczka lekarstwa napełniała się... jego krwią. Zauważył jej wzrok i ucichł. Wstał od stołu przy którym siedzieli, podszedł do niej, wziął za rękę i usiedli razem na sofie. Przytuliła się do niego, a on ciągnął dalej swą opowieść. Znów byli w chacie szamana. Artur był zdecydowany na wszystko, zgodził się od razu. Już tego samego dnia roślina zawiązała "korzenie" w jego organizmie. Nika spojrzała na męża i zapytała dlaczego tak długo to ukrywał, przecież ona nie zdradziłaby tego sekretu NIKOMU. Ale on spojrzał i powiedział, że to nie dlatego milczał tak długo. Szaman ostrzegał go jeszcze przed "zasianiem", że istnieje możliwość, iż po zaakceptowaniu roślina może w dowolnej chwili "zmienić zdanie" i zrezygnować z nosiciela umierając w nim, a on nie uzyska wtedy odpowiedniej ilości potrzebnego antidotum.
Zapytała dlaczego to jej mówi, przecież specyfiku mieli wystarczająco. Przerwał jej w połowie zdania i powiedział, że czuje iż roślina od pewnego czasu zaczyna dawać znaki, które mogą świadczyć o odrzuceniu go. Nie zrozumiała go do końca i zapytała co z tego wynika dla nich, przecież już nie potrzebują jego wydzieliny. Spojrzał na nią smutnym wzrokiem i rzekł: "Razem z rośliną umiera organizm". To był dla niej szok. Przez chwilę patrzyła na niego z przerażeniem w oczach, potem zalała się łzami, ale nie powiedziała ani słowa. On zaś poprosił o to, aby pozwoliła mu cieszyć się z nią życiem do końca i skremowała jego ciało po śmierci, żeby zniszczyć ewentualne nasiona "rośliny-panaceum". Przystała na to bez słowa sprzeciwu, po czym wtuliła jeszcze silniej w jego ciało. Kto wie ile jeszcze przyjdzie mu z nią zostać na tym świecie? |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1946 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2007-11-21, 20:25
|

|
|
Bardzo ładne, choć smutne... |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
thek [Usunięty]
|
Wysłany: 2007-11-21, 20:31
|

|
|
A bo ja nie lubię happy-endów Uważaj na nasze wspólne opowiadanie bo Ci bohaterkę uśmiercę tak jak w tutejszych opowiadaniach Choć w sumie to drugie ma raczej otwartą kompozycję |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1946 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2007-11-22, 17:19
|

|
|
| thek napisał/a: | | Uważaj na nasze wspólne opowiadanie bo Ci bohaterkę uśmiercę |
Nie daaaaam A poza tym - kot ma dziewięć żywotów
| thek napisał/a: | | to drugie ma raczej otwartą kompozycję |
Ale mimo to - smutne... |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
Ivan
vc-mistrz spamu


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: 2.11.2
Wiek: 21 Dołączył: 09 Sty 2008 Posty: 53 Skąd: Poznań
|
Wysłany: 2008-01-12, 22:05
|

|
|
Piękne Opowiadanko ale za moło sieki i krwi. może py dać dodatkową postać.
Kalia aż się popłakała krwią. |
| Ostatnio zmieniony przez Ivan 2008-01-12, 22:06, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
YubY
Bumelant :>


Wersja gry S1: UW: 2.28
Klan S1: Strażnicy Frostgardu
Wersja gry S2: ZE: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wiek: 25 Dołączył: 15 Kwi 2007 Posty: 212 Skąd: Piaseczno
|
|
|
|
 |
Ivan
vc-mistrz spamu


Wersja gry S1: S+: 1.8.96
Wersja gry S2: 2.11.2
Wiek: 21 Dołączył: 09 Sty 2008 Posty: 53 Skąd: Poznań
|
Wysłany: 2008-01-13, 16:14
|

|
|
Nieszczęśliwe to mało powiedziane to jest poezja dla ludzi o "mocnych" oczach.(Żeby się nie popłakać) |
|
|
|
 |
Whitening

Wersja gry S1: S+: 1.8.81
Wersja gry S2: Nie mam gry
Wiek: 16 Dołączył: 23 Gru 2008 Posty: 31 Skąd: Długopole Zdrój
|
Wysłany: 2009-01-20, 11:01
|

|
|
A oto ocena na opowiadanie ,,Snajper''
Początek-Ciekawy.
Środek-Pokręcony ale da się zrozumieć jeśli się uważnie czyta.
Koniec-Smutny i Fajny.
A tu na opowiadanie ,,Panaceum?''
Początek-Fajny Dlatego, że dalej można zaskoczyć jak się taki początek zrobi.
Środek-Smutny.
Koniec-Dramatyczny prawie się popłakałem. |
_____________________________________________________________________ "Ten świat nasz, odsłoń twarz, pora spojrzeć prawdzie w oczy, szansę masz, teraz jest czas, żeby się zjednoczyć, jesteś jednym z miliona, takich jak ty coraz więcej, więc krzycz i wyrzuć w górę ręce !" |
| Ostatnio zmieniony przez Whitening 2009-01-20, 11:24, w całości zmieniany 2 razy |
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
| Strona wygenerowana w 0,39 sekundy. Zapytań do SQL: 12 |
|
|