|
|
|
|
Opowiadanie...  |
| Autor |
Wiadomość |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1946 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2007-11-15, 19:58 Opowiadanie...
|

|
|
To opowiadanie pochodzi ze "starego" forum. Było pisane na zmianę przeze mnie i thek'a, a inni userzy dopingowali i podawali pomysły. Trzymam je cały czas na dysku, a teraz nadarza się okazja by znowu wróciło do czytelników. Tak więc zapraszam do lektury (a współautora do kontynuacji)
Początek napisany został przez matiPK (dziękuję Raen'ce za przypomnienie ):
| matiPK napisał/a: | | Wysoka trawa.. głęboka noc.. błysk źrenic i szelest jakowyś.. Przystanęła.. zmrużyła oczy... rzuciła ofiarę na ziemię.. Przysiadła w trawie rozglądając się uważnie wokół.. Bezpiecznie.. Pochyliła nad zdobyczą.. Tak, dzisiejsze łowy były nader pomyślne.. Gruba.. i taka niezgrabna.. mmmm...czuć, że jeszcze nie tknięta.. Oblizała się... Językiem poczęła wodzić po ciele ofiary.. Jeszcze dycha.. Lubiła patrzeć jak wiją się przed nią, jak próbują uciekać, jak padają z wyczerpania i samym spojrzeniem błagają o szybką śmierć.. O tak.. to przynosiło najwięcej rozkoszy.. nadawało swoisty wyraz polowaniu.. sprawiało, że stawało się wręcz rytuałem.. obłaskawieniem boskim! Położyła się rozleniwiona obok tłustego cielska.. przymknęła powieki ziewając donośnie... Cisza.. jeno wiatr gra między źdźbłami traw własną pieśń.. Minęło kilka chwil nim posłyszała przyspieszony oddech ofiary.. Nie musiała wyostrzać zmysłów by widzieć, że kawałek po kawałku oddala się od niej.. że właśnie wstaje i zrywa się do biegu.. że ostatnie resztki sił pozwalają jej tylko na niezdarne kuśtykanie.. Podniosła się z wolna.. przechyliła na bok głowę.. otworzyła usta jakby w krzywym uśmiechu.. błysnęły pazury.. Jeszcze chwilka.. o teraz jest odpowiedni moment.. w sam raz! Mruknęła zadowolona.. Czas na ucztę! Rzuciła się pędem za ofiarą miękko opadając na ziemię... Oczy niby żar jeden.. wściekłość.. żądza.. pragnienie... Skoczyła wbijając kły w kark zdobyczy.. Niebo poszarzało.. Zapach krwi rozniósł się po okolicy.. szybko.. zbyt szybko.. Hałas.. Wycie jakoweś.. Puściła ofiarę zatrwożona.. źrenice zwęziła wpatrując się w ciemność.. wyczekując.. -Tam jest! Widzę ją! – krzyki ludzkie od wioski szły.. – Prędzej bo nam ucieknie! – światła pochodni rozjaśniały polanę.. w ich blasku dało się dostrzec surowe.. przerażone to znów zawistne lica postaci.. -Miauu...- ciche pomiaukiwania kotki nikły wśród wrzawy... |
Druga część jest moja:
| Kalia napisał/a: | Bieg... Coraz szybciej... Odwieczny bieg życia... Zwierzyna? Myśliwy? Teraz jej nie widzą, nie wiedzą, kim jest. Ale wystarczyło aby oddaliła się poza światła pochodni, by znów przybrać poprzedni kształt. Jak dobrze być lykantorpem... Zawsze im ucieknie...
Ale nie tej nocy. Była głodna, nie chciała rezygnować z posiłku. Tłusta ofiara była już stracona, prawdopodobnie zamknęli ja w jakiejś szopie i gęsto obstawili strażą, a ich durni szamani (których zwali "kapłanami") odprawiają jakieś rytułały nad martwym ciałem.
Znjadzie się lepszy kąsek, ale trzeba poczekać... poczekać. Księżyc przesuwa się po niebie, prawie nie ma chmur. Gdyby nie łuna od wioski i ciągłe nawoływania szukających jej ludzi noc byłaby całkiem przyjemna. Leżąc wygodnie na gałęzi zwęziła źrenice i spojrzała w kierunku wioski. Wciąż trwało tam zamieszanie, szczególnie wokół domu z krótego wywlokła niedoszłą kolację. Spomiędzy chałup wciąż wychodziły oddziały mężczyzn, widocznie zdecydowanych tym razem ją znaleźć. Ziewnęła ukazująć cały arsenał kłów. Właściwie czemu nie? Miałaby zapas mięsa na kilka tygodni. Ale nie dzisiaj. Teraz była zbyt zmęczona zmianami postaci kiedy została zaskoczona przy ofierze. Lepiej poczekać jeszcze chwilę aż wszyscy zdolni stawic jej opór wyjdą na polowanie, a potem znaleźć nową ofiarę...
Księżyc znów przesunął się po niebie, przybyło chmur. Idealne warunki do polowania. Bezszelestnie zsunęla się z drzewa i ruszyła w kierunku wioski. Wiedziona drapieżnym instynktem znów podążyła do tej samej chaty. Tłum, który do niedawna kłębił się wokoło, już się rozszedł. Tylko w środku ktoś był, czuła zapach żywego ciała. Niejednego. Zaczęła nasłuchiwać. Mężczyzna... dwóch mężczyzn... i kobieta. Ostrożnie podeszła bliżej chałupy. Usłyszała niski warkot. Ktoś musial uwiązać tu psa, wcześniej go nie było. Nie maiała innego wyboru, zanim zwierzę zdążyło zdradzić jej obecność, jednym ruchem urwała mu łeb, po czym zaciągnęła truchło w krzaki. Gdyby nie plama krwi, wszystko wyglądałoby tak, jakby pies urwał się z postronka i uciekł.
Tym razem ostrożność ją opuściła, gdyż głód doskwierał jej coraz mocniej. Jednak w końcu się doczekała, mężczyźni wyszli na zewnątrz, cicho dyskutując o czymś. Teraz... Nie ma chwili do stracenia! Mocno odbiła się od ziemi i razem z całym oknem wpadła do domostwa. Dziewczyna siedzaca przy stole najpierw wytrzeszczyła na nia oczy, a po chwili otworzyła usta do krzyku. Kotka jednym skokiem znalazła się przyniej, chwytając za gardło aby uniemożliwić wrzask. Najszybciej jak mogła wywlokła nową ofiarę przez wyłamaną wnękę okienną i zaczęła ciągnąć w kierunku drzew. Tym razem nie miała ochoty na ucztę pod gwiazdami. Wiedziala, że nie ma zbyt wiele czasu. Kiedy ci dwaj mężczyźni przestaną zastanawiać się dokąd pobiegł pies i zauważą krew, natychmiast wrócą do środka, a chwilę potem wzniosą alarm, który zwoła wszystkich mężczyzn z powrotem do wioski. Jednak ludzie są ślepi w nocy, a do tego strasznie wolno myślą. To dało jej dość czasu by znaleźć przytulny kącik na ucztę. Ta ofiara nie próbowała ucieczki, skuliła się pod drzewem, oczy miała pełne łez. Jednak Kotka nie zamierzała się tym razem bawić. Przyjemnośc innym razem, teraz chciała się najeść.
Mięso było młode, delikatne. Miało podobny smak jak krew tej poprzedniej ofiary. Może to była rodzina? Jednakże cudowną ucztę przerwało jej warczenie. Tym razem użyli do polowania psów... Nie wymknie się, nie zatrze zapachu tak szybko... Musiała się przemienić, ale żaden kamuflaż nie dawał pewności... Chyba że... Spojrzała na leżące obok zmasakrowane ciało. Nie do poznania. Uśmiechnęła się, a po chwili obok stygnącego trupa leżała kobieta, naga i podrapana.
Już po chwili psy wpadły na polankę razem z myśliwymi. Zwierzęta próbowały rzucić się na nią, skuliła się, starając się przybrać przerażoną minę. Nie miała doświadczenia z postacią człowieka. Ludzie stali zdezorientowani, spoglądając to na zmarakrowaną kupę mięsa, to na skuloną dziewczynę. W końcu chyba zdecydowali, że potwór przywlókł ofiarę do swojego leża, po czym uciekł, usłyszawsz pogoń. Reakcje psów wytlumaczyli sobie zapewne tym, że stworzenie zostawiło na jej ciele swój zapach i dlatego zwierzęta wariują.
Jeden z meżczyzn podszedł do niej. Tym razem skuliła sie odruchowo. Chyba jednak nie chcieli jej nic zrobić, bo ktoś okrył ją płaszczem i pomógł podnieść się z ziemi. Jej milczenie traktowali jako efekt poważnego wstrząsu. Nie wiedziała o tym, ale dziewczyna, której postać przybrała, najpierw tej nocy straciła matkę, a następnie sama została porwana przez potwora. Prowadzili ja powoli i ostrożnie, trzymając z daleka wciąż ujadające psy. W koncu dotarli do celu. Po raz pierwszy wchodziła do wioski nie jako polująca bestia... |
No i kolej na thek'a:
| thek napisał/a: | Ja to przedstawię z pozycji rolnika...
Na Pierona!!! Znowu te diabelskie pomioty się rozpełzły Trza będzie książulka o jakie egzorcyzmy ubłagać... To już druga ofiara w tym miesiączku... Wrrrr... Niech no dorwiem tego stwora to mu wszyćkie kosteczki porachujem a skórę zawiesim u wejścia do wioski ku przestrodze wąpierzom, trollom i widziadłom wszelakim!
Chłopy... Do wideł i cepów!!! Pochodnie w dłoń bo idziem w las tropić ta bestyja! Nie ucieknie nam tym razem. Wykurzymy tego stwora choćby mielim do rana łazić i każdo kępa runa przetrząsnąć! Ino szparko bo jeszcze gadzina ucieknie...
Kawalkadą chłopy coby się nie przecisła i uważajcie na wszysko... Rusząjmy za nią to ją prędko drapniemy.
Są już wszyskie chłopy to czas ruszyć w pogoń... Oby nom nie uciekła bo sierotę żal w niepocieszeniu zostawić. Niech się nacieszy widokiem tej bestyi co jej matkę zarżnęła. Nie może być inaczej. Może to choć ukoi nieco ból tej duszyczki niewinnej. Chłopy już lezą z całej wiochy by psubrata szukać. Część już się rozpełzła. A więc i my ruszajmy...
Gdzie ten potwór, ta mara szatańska się skryła... To plugastwo co na ziemi chodzić nie powinno. Już błądzim kilkanaście minut a ani widu, ani słychu.
Ej... Co to za alarm z naszej wioski! Demon chyba pod ziemią przelaz, że nasze psy go wyczuć nie dały. Chłopy do wioski! Pędem!! Może jeszcze go dorwiemy!!! Oby naszym babom i dzieciarni nic nie było...
Co? Nieboraczka co jej matkę posiekał stwór porwana... Mało bestyi mięsa matki to i na córke poluje. Niedoczekanie jej... Chłopy! Psy bierzta bo bez nich niewiele zdziałamy. Dopiero co w wiosce atakowała ta siła nieczysta to daleko uciec nie mogła. Może jeszcze uratujem ją...
Psy już szaleją więc niedaleko być musi. Dobra nasza. O Jezusicku słodki. Co tu się stało... Krew wszędzie Ci, mięso się wala i nasza dziewka cała w ranach i roztrzęsiona... Burek do nogi... Gdzie na nią kundlu zapchlony jeden! Bo Cię kosturem przez grzbiet przełożę... Siad wszarzu jeden! Ani mi warknij bo Cię na czapę przerobię. Dziewka obszarpana. Trza będzie okryć czym bo się zaziębi bidula... Jeszcze trochę księżyc powędruje i rosa się na trawie położy. Biedna już drży ze strachu i nawet swojaków się boi... Co jej ten demon zrobił? Dobrze, że przępędzilim potwora i choć tę dusze z jego szponów wyrwalim... Ale ta obok szczęścią nie miała. Pewnie trza będzie się przez jaki czas nia zająć coby do się wróciła i jako tako do zmysłów. Matkę stracić i samej być tak porwaną. Biedna dziołcha. Ale prznajmniej żyje... No. Wioska już za zakrętem. Niech biedaczka się prześpi. Chłopów jakich się w izbie postawi na straży. Dziś i tak już nikt spać nie będzie. Teraz się wyśpią nieco choć ludzie a z rana się obaczy. Po znachorkę i tak trza będzie ruszyć. Może kobiecina co pomoże? Może i książulka się o jakie modły poprosi coby mary ode niej odegnał bo toć nie wiadomo co ta siła nieczysta jej zrobiła... Ale to już nie teraz bo już padają powoli wszyscy. To była ciężko noc dla cołki wioski... |
| Kalia napisał/a: | Po raz trzeci już tej nocy wchodziła do tej samej wioski, tego samego domu. Wprowadzili ja do izby i zostawili samą. W sumie było jej to na rękę. Zrzuciła płaczsz, nieprzyjemnie drażniący delikatną ludzką skórę i przeciągnęła się, rozglądając dookoła. Jednak było zbyt ciemno, aby mogła dojrzeć cokolwiek. Ci ludzie są tacy ułomni... Nic dziwnego, że tak łatwo dają się upolować. Chciała zmienić sobie oczy na swoje, ale w tym momencie drzwi za jej plecami otworzyły się i do środka weszła niska, nieco pulchna kobieta niosąca światło w jednej i koszyk w drugiej ręce.
Teraz zmiana wzroku nie była już potrzebna. Izba nie była duża i gdyby nie obecność uzbrojonych ludzi Kotka czułaby się tu równie dobrze jak w pustym pniu drzewa czy suchej, gliniastej jaskini. Jednak była tutaj i wiedziała, że aby mieć szansę ucieczki musi uśpić ich czujność. A to oznaczało, że musi nauczyć się ich życia aby móc dobrze udawać.
Kobieta, która weszła, zobaczyła, że dziewczyna stoi naga pośrodku nieogrzanej izby, zaczęła szczebiotać coś w swoim jęzku, uśmiechając się przy tym. Podeszła do obmurowanego kawałka izby, pogrzebała tam chwilę, po czym przytknęła ogień, który przyniosła i to, co tam było natychmiast zaczęło płonąć, dając przyjemne ciepło i dużo światła. Nowoprzybyła z kosza, który postawiła na ławie wyjęła duży kawał materiału, który wyglądał jak worek. To nie kojarzyło sie dobrze... Kiedyś złapano ja w taki worek i próbowano utopić w jeziorze... Teraz kobieta, wciąż szczebiocąc i uśmiechając się, zbliżała się do niej niosąc nowy worek. Cofnęła się jak mogła najdalej, ale już po chwili poczuła za plecami chropowate deski ściany. Pułapka. Koniec. Poprzednio udało jej sie porwać worek i jakoś wyleźć z wody, może i tym razem się uda...
Kobieta zatrzymała się i zrobiła zdziwioną minę (co wcale nie przeszkadzalo jej w kontynuacji mówienia). Rozłożyła szerzej worek. Kotka sprężyła się do skoku, jednak zaraz wyprostowała, bo worek okazał się mieć jakieś dziwne dziury. Jeśli coś się będzie działo, na pewno zdoła wyleźć przez którąś z nich, albo przynajmniej drapać. Tym razem już nieco zaciekawiona pozwoliła do siebie podejść. Kobieta nałożyła jej worek na ramiona i ściągnęła w dół, tak, że głowa i ręce wystawały swobodnie przez dziury, po czym związała w pasie jakimś sznurkiem i oddaliła się kawałek by podziwiać swoje dzieło. Materiał tego worka nie był nawet tak szorstki jak tamten płaczsza. W tym nawet było przyjemnie.
Kobieta, znów zadowolona, ruszyła z powrotem do koszyka, wyjęła z niego dzbanek i kilka innych przedmiotów, które położyła na stole, po czym powiedziała coś jeszcze i wyszła. Zajęta swoją gadatliwością nie zwróciła uwagi na jej ciągłe milczenie. Teraz kiedy wyszła zrobilo się cicho i spokojnie. Zaciekawiona Kotka podeszła do stołu aby zbadać kolejne przedmioty przyniesione przez kobietę. Dzbanek okazał się zawierać gęste, tłuste mleko, którym nie sposób pogardzić. Natomiast nie miała pojęcia, do czego służą pozostałe rzeczy. Był kawałek czegoś żółtego i miękkiego, który pachniał jak zepsute mleko. Było coś czerwonego, co miało kwaśny zapach i coś białego, co pachniało jak ziemia. W każdym razie nic z tego nie nadawało się do jedzenia. Zresztą nie była głodna, tej nocy zjadła wystarczająco wiele. Zadowolona z tak pomyślnego rozwoju spraw ułożyła się wygodnie przy płonącym jasno ogniu i juz po chwili zasnęła. Wiedziała, że tej nocy nie da rady uciec, gdyż widziała za oknami przechadzających się mężczyzn uzbrojonych po zęby. Każdy alarm skończyłby sie dla niej tragicznie teraz gdy była zamknięta w tej pułapce.
Rano obudził ją krzyk, a właściwie pisk. Zerwała się na równe nogi i spięła mięśnie chcąc wysunąć pazury. Zapomniała jednak, że jest w niewłaściwej posaci i ten odruch na nic sie nie przydał. W drzwiach stała znowu ta sama kobieta, która wczoraj przyniosła jej mleko i dziwny worek. Teraz szczebiotała trzymając się za głowę. Wykonała przesadny gest w strone stołu i leżących na nim dziwnych przedmiotów, po czym podreptała na koniec izby, przywołała ja gestem i, wciąż cos mówiąc, wskazała jej niewielkie wzniesienie zawalone czymś białym. Widząc jej beznamiętne, nic nierozumiejące spojrzenie kobieta wzięła ją za rękę i posadziła na tym czymś. Okazało się być bardzo miękkie i natychmiast zapadło się pod jej ciężarem. Siedziała tam i zastanawiała się, czy następnej nocy nie wykorzystać tego miękkiego miejsca jako legowiska. Co prawda było daleko od ognia, ale tu spałoby się chyba przyjemniej niż na twardej ziemi.
Nie zwróciła uwagi, że mina kobiety zmieniła się w trakcie gdy mówiła (już zprzywykła do jej gadatliwości i nie zwracała na to uwagi) - z łagodnego uśmiechu stała się poważna a potem zmartwiona. W końcu przestała mówić i dopiero nagła cisza zwróciła uwagę Kotki. Podniosła oczy, które dotąd wbijała w swoje kolana i zobaczyła, że kobieta kręci głową. Stojąca nad nią wyciągnęła ręke w uspakajającym geście i pogłakała ja lekko po włosach po czym powiedziała coś jeszcze smutnym głosem i wyszła. Kotka natychmiast zorientowała się, że coś jest nie tak. Nastawienie kobiety zmieniło się na gorsze. Źle wychodziło jej udawanie człowieka. Aby jej uwierzyli musiała nauczyc sie ich mowy, a to nie było łatwe kiedy słyszało się tylko szybka paplaninę tej kobiety. Chciała posłuchać innych ludzi, więc ruszyła do drzwi.
Otworzyła je i niemal krzyknęła. Na zewnątrz był jasny dzień, a jej przyzwyczajone do półmroku ludzkie oczy nie potrafiły tak szybko zaadaptować się do światła. Tak bardzo chciałaby znów przybrać swoją prawdziwą postać i wrócić do lasu, polowań... swojego życia. Jednak już przy drzwiach natknęła się na uzbrojonego mężczyznę. Była tak pilnie strzeżona, że nie miałaby szans na ucieczkę. Ocierając płynące z oczu łzy ruszyła przed siebie. Zobaczyła kobietę, która przychodziła do niej, rozmawiającą z jakimś mężczyzną w worku podobnym do tego jaki miała na sobie, tyle, że brunatnym, a ręce wystaway mu z jakichś przedłużeń tego worka. Chciała pójść w ich stronę, nie uszła jednak daleko gdy poczuła na ramieniu czyjąś rękę. Odskoczyła, gotowa drapać, ale był to tylko mężczyzna, którego widziała przy drzwiach. Znowu położył jedną reke na jej ramieniu, drugą wskazując z powrotem na chatę, z której wyszła. Tak prosty sygnał zrozumiała - "Masz wracać". Posłusznie zawróciła. Jednak gdy weszła z powrotem to ciemnego wnętrza zdała sobie sprawę, że jest tu duszno i brakuje świerzych powiewów wiatru. Czuła się uwięziona. Zrezygnowana usiadła z powrotem na tym czymś miękkim i z tęsknotą wspominała czasy gdy beztrosko biegała po polach, goniąc zająca lub psa.
Nie siedziała długo gdy drzwi znowu się otworzyły. Weszło dwóch mężczyzn - ten w dziwnym worku i jeden, którego nie widziała wcześniej, jednak wyglądał niebezpiecznie - był potężny i zwalisty, a łapy miał chyba tak wielkie, że mógłby ją jednym ciosem złamać w pół. Nie podobała jej się ta dwójka, zwłaszcza, że za nimi wśliznęła się do środka znajoma kobieta. Ten w worku podszedł i powiedział coś łagodnie, ale kiedy zrozumiał, że dziewczyna nie pojmuje ani słowa, wskazał na nią, a potem na podwyższenie, na którym siedziała. Kolejny prosty gest - "Połóż się". Wiedziała, że kładąc się ustawia się w niebezpiecznej dla siebie pozycji - praktycznie niemożliwej do obrony - jednak obeność zwalistego podpowiadała jej, że gdyby nie wykonała polecenia zostałaby położona siłą. Ten w worku zaczął coś mówić długo i monotonnie, wkonywał jakieś dziwne gesty, a zwalisty i kobieta co jakiś czas mu wtórowali. Trwało to tak długo, że poczuła jak zamykają jej się oczy (miejsce okazało się być idealne do spania, na pewno wykorzysta je tej nocy). W końcu mężczyzna przestał mówić, wykonał jeszcze parę gestów, po czym zamknął oczy i znieruchomiał. Kotka miała wrażenie, że uśpił się monotonnością własnego głosu. Kiedy jednak chciała się podnieść żeby szturchnąć go i sprawdzić czy usnął, ten zwalisty przyskoczył przyciskając jej ramiona z taką siła, że miała wrażenie iż zaraz je wyłamie. Potulnie więc znieruchomiała i czekała, co będzie dalej. W końcu ten w worku obudził się i powiedziła coś z uśmiechem powiedział do kobiety a potem do zwaistego. Ten puscił jej ramiona, jednak nie odważyła się ruszyś w obawie przed kolejnym ciosem. Potem obaj mężczyźni wyszli, a kobieta z radosnym uśmiechem pomogła jej wstać. Teraz już mówiła bardzo powoli. Zaprowadziła ją do stołu. I wskazała na jeden z leżących tam przedmiotów powtarzając w kółko jedno słowo.
Tak zaczęła się jej nauka. Ten w worku musiał stwierdzić, że zszokowana atakiem potwora dziewczyna zapomniała jak się mówi. To było Kotce bardzo na rękę. Będzie mogła poznać ich mowę nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nie było to jednak tak proste, jak się spodziewała. Po miesiącu rozumiała już wiele z tego, co do niej mówiono lecz sama wciąż miała problemy z wymową większości wyrazów. Najlepiej wychodziło jej "chcę" i "jabłko", co często kończyło się tym, że dostawała tę kwaśno pachnącą rzecz, choć nic nie mogła z nią zrobić (okazała się równie paskudnie kwaśna w smaku co w zapachu). Wszystko układało się w sumie pomyślnie - rozmiała innych, nauczyła się jeść niektóre z ich potraw, lecz niepokoił ją fakt, że warty wokół jej chaty nie zostały ani trochę zmniejszone. Nadal czegoś się obawiali. Musiała czekać.
Kilka dni później we wsi powstało jakieś zamieszanie. Siedziała akurat na jednej z jabłoni rosnących w pobliżu domu, obserwując krążące po niebie stado gołębi i co jakiś czas przelatującego innego ptaka. Tęskniła za wolnością, lecz te drzewa były jedynym miejscem, które mogła odwiedzać. Znalazła więc sposób na wyrywanie się co jakiś czas na świeże powietrze. Za każdym razem gdy wychodziła i zatrzymywał ją strażnik, starała się jak mogła mówić najwyraźniej "chcę jabłko" i wskazywała na drzewa. Zawsze przepuszczał ją z uśmiechem i obserwował jak wspina się na drzewo. To było jej sanktuarium, tu miała spokój i znów czuła sę wolna. Teraz coś działo się w wiosce. Nie mogła tam pójść, a z gałęzi nie widziała nic poza dachem chaty, w której mieszkała. Drzewo rosło jednak blisko budynku. Pomimo zmiany ciała na ludzkie pozostało jej nieco zwinności i bez problemu dostała sie po gałęzi na dach chaty. Stąd miała doskonały widok na całą wioskę.
Przy jednym z zabudowań stał wóz, na którym leżało coś, czego z tej odległości nie mogła rozpoznać, lecz z łatwością domyśliła się, co to jest. Pomimo słabego ludzkiego węchu wyraźnie poczuła zapach, który towarzyszył jej przez całe życie. Zapach, który uwielbiała i który sprawiał, że przyjemny dreszcz spływał jej po plecach. Zapach krwi. Na wozie leżało zmasakrowane ciało. Wokół kłębili się ludzie - mężczyźni krzyczeli, kobiety wyły. I znowu powstało zamieszanie jak w noc gdy ostatnio napadła na tę wieś. Kilka zbrojnych oddziałów wyruszło z wioski. Kolejne polowanie na bestię. To jednak ją zdziwiło. Skoro coś pożarło człowieka, znaczy to, że w okolicy poluje także coś innego. To było jej terytorium, znała tu każdy krzew, każdą dziurę. I nigdy nie natrafiła na ślady bytowania innego Kota ani w ogóle innego drapieżnika jej poziomu. Znaczyło to, że pojawił się ktoś obcy, nowy. Musiała jak najszybciej wyrwać się stąd i zaprowadzić porządek. Istota, która dokonała tej masakry nie była mała, przeciwnie - ciało zostało w ponad połowie zjedzone, a to znaczyło, że konkurent jest duży i silny, skoro potrzebuje tak wiele pożywienia.
Postanowiła znaleźć szybszy sposób ucieczki, ponieważ zanim uspokoi ich na tyle aby zdjęli warty i będzie mogła bez problemu odejść, ten, który obrał sobie jej terytorium za dom, może wybić jej większość stworzen nadających się do jedzenia i stanie się zbyt groźnym rywalem. Tymczasem zlazła z dachu na drzewo, a zniego na ziemię po drodze zrywając jabłko i nadgryzając je trochę aby ta maskarada stała się bardziej wiarygodna. Wracając do chaty uśmiechnęła się słodko do strażnika (zauważyła, że to bardzo mocno działa na mężczyzn). Wróciła do chaty i zaczęła się zastanawiać, jakby można było odwrócić uwagę ludzi od siebie, ale każdy kolejny pomysł był bardziej ryzykowny od poprzedniego.
Rozmyślania przerwało jej wejście dwóch mężczyzn. Jednym był ten w worku, przedstawiony jej jako "Ojciec Marthen", drugiego zaś nigdy nie widzała w wiosce, ale wydawał się mieć dużo siły i już na pierwszy rzut oka wzbudzał szacunek. Ojciec Marthen zwracał się do niego bardzo grzecznie i przedstawił ją (wiedziała już, że dziewczyna, której postać przybrała nazywała się Ilkra). Nieznajomy mówił cicho, smutnym głosem o jakiejś stracie, czyjejś matce i chęci pomocy - nic więcej nie zrozumiała, ponieważ używał wielu słów, których znaczenia nie znała. W końcu mężczyźni wyszli, jednak zaniepokoiło ją, że jeszcze w drzwiach obejrzeli się na nią, rozmawiając o czymś półgłosem. Nie odeszli od domu, gdyż gdyby oddalili się dalej niż trzy-cztery kroki od drzwi, widziałaby to w jednym z okien. Musieli być tuż za nimi. Gdyby tylko mogła usłyszeć, o czym rozmawiają, może zrozumiałaby czego ten obcy od niej chce... Ale przedsięwzięcie było niebezpieczne... Gdyby ktoś ją zobaczył, natychmiast wszystko by się wydało...
Stała tak, pogrążona w myślach, nie zauważyła, że rozmawiający odeszli już w stronę głównego placyku wioski. W końcu zdecydowała się zaryzykować. Skupiła wolę i zaczęła przekształcać swoje słabe ludzkie uszy w porządne kocie. Wrzask za oknem wychodzącym na sad rozbił jej sferę koncentracji i sprawił, że przemiana powróciła do ludzkiego stadium początkowego. Przez drzwi wpadł strażnik, który przed kilkunastoma minutami wypuścił ją aby zerwała sobie jabłko. Wymachując dziko mieczem wrzeszczał coś o potworze. Przystawił jej sztych do gardła i przyparł do ściany. Odpiął skórzany pas i brutalnie przydusił jej ręce do boków. Szarpnięciem zmusił aby poszła przed nim, cały czas trzymając oręż w pogotowiu. Tak dopędził ją na środek wioski. Ludzie dotąd tłoczący się wokół wozu z trupem zbiegli się dookoła. Trzymający ją mężczyzna darł się na cały głos oznajmiając, że "w końcu złapał potwora, który ukrywał się tu pod ich dachem już od dawna, że potwór zabił wlasną matkę, a teraz biednego Hanni'ego". Krzyczał coraz mniej artykułowanie, a wokół narastał gwar. Inni też zaczynali krzyczeć, lecz rozumiała tylko jedno słowo "śmierć, śmierć", powtarzane w kółko. Wiedziała, że nie ma szans aby przemienić się i uciec. Czuła, że gdy spróbuje się ruszyć miecz w reku mężczyzny uderzy celnie. Skrępowana nie miała możliwości się uchylić.
Wem głosy ucichły jakby ucięte nożem. Do grupy zblizył się jeździec na zgrabnym karym koniu. Tłum rozstąpił się momentalnie, pozwalając mu podjechać aż do skrępowanej dziewczyny i człowieka z mieczem. Za konnym dreptał Ojciec Marthen z zatrwożoną miną. Mężczyzna trzymający unieruchamiający Kotkę pas skłonił się nisko i uroczystym, dumnym tonem opowiedział o swojej roli wybawcy. Niespodziewanie dla wszystkich wokół jeździec roześmiał się głośno i wesoło. Wciąż chichocząc zapytał o coś mężczyznę. Tamtem stracił pewność siebie, odburknął coś niezrozumiale. Jeździec lekko obrócił się w siodle i powiedział coś wskazując na Ojca Marthena, po czym surowym tonem dodał coś, co sprawiło, że uzbrojony mężczyzna skulił się i na krótką komendę rozpiął pas więżący ramiona Kotki. Nic nie rozumiejąc stała już wolna pośród grupy ludzi. W człowieku na koniu rozpoznała tego, który wcześniej przybył do jej chaty. Teraz jeździec zblizył się do niej na tyle, że mogła zajzeć mu w oczy. W jego spojrzeniu było coś dziwnego... A może nie w spojrzeniu, tylko samych oczach... Były inne niż u pozostałych ludzi... Chociaż gdy się przypatrzyła wyglądały już normalnie. Czy to z powodu nerwów miała zwidy czy naprawdę tam coś się zmieniło? Nie miała czasu się zastanawiać, bo jeździec pochylił się w siodle tak, że jego twarz była tuż nad jej twarzą. Zapytał tym samym cichym głosem, jak wcześniej w chacie. Tym razem zrozumiała wszystko:
-Chcesz iść ze mną?
Odpowiedź sama cisnęła jej się na usta, a słowo wypowiedziała czysto jak nigdy dotąd jej się nie udało:
-Tak.
Ufff... zmęczyłam się Teraz czekamy na wersję thek'a, a potem mogę pisać dalej |
|
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
| Ostatnio zmieniony przez Kalia 2007-11-16, 10:01, w całości zmieniany 2 razy |
|
|
|
 |
thek [Usunięty]
|
Wysłany: 2007-11-24, 11:40
|

|
|
-Ech ciężko noc przede nami jeszcze... Dobrze chciazki, że dziewka cała. Jedyny jasny promyczek w tyj cołkij sytuacyi...
Wydał kilka poleceń. Część ludzi została w wiosce. Dwóch oddelegował do pilnowania chaty uratowanej dziewczyny. Połowę zdolnych do trzymania wideł, cepów i innego dostępnego oręża wysłał w las. Z odpowiednim zaleceniem, by nie rozdzielali się zanadto i chodzili minimum trójkami. Zresztą i tak nie kwapili się chodzić pojedynczo widząc co stało się z dotychczasowymi ofiarami. Pozostałych podzielił na dwie grupy. Jedna pilnowała wioski a druga spała bądź choć odpoczywała. Byle do rana. W dzień nie odważy się zaatakować nikt.
Ranek zaczął się od złych wieści. Grupa wysłana w nocy wróciła bez niczego. Albo stchórzyli i nie wchodzili głębiej albo bestia przemknęła między nimi. Tak czy inaczej jest gdzieś tam wciąż i czeka. Czeka na chwilę ich nieuwagi. Wyszedł z chaty. Wszędzie warty. Na wpół senni. Pewnie nie zauważyliby niczego gdyby przed nimi mignęło. Poszedł na placyk pośrodku wioski. Gdy dochodził spostrzegł brązową szatę. Widocznie dotarł już ojciec Marthen - pomyślał. Zbliżył się do niego i zaczęli rozmawiać o zdarzeniach ostatniej nocy. Starał się nie pominąć szczegółów. Nie wiadomo przecież co się może przydać mnichowi. Po jakimś czasie dotarła do nich Telingu zmartwiona zachowaniem odbitej dziewczyny. Ponoć spędziła całą noc na podłodze i nie tknęła wcale jedzenia. Na dodatek wciąż nie wydała z siebie żadnego słowa. To dość niepokojące...
-Ojcze Marthenia, co sądzicie?
-Nie wiem synu... Zdarzało się onegdaj, że mijały tygodnie zanim po ataku bestii całkiem dochodzili do siebie ludziska. Może to być także sprawka jakiejś siły nieczystej...
-Może jakoweś modły odczynicie cobyśmy wiedzieli z czym się liczyć mamy?
Ta ostatnie wtrącenie Telingu wyrwało kapłana z zadumy i wyliczania ewentualności.
-Cóż. Masz rację. Nigdy nie zaszkodzi sprawdzić. Ostrożności nigdy za wiele! Zawołajcie kogoś silnego bo jak co źle pójdzie to obrócić się może to przeciwko nam. Zważcie me słowa. Z tym co piekielne człowiek równać się nie może... Ale im szybciej spróbujemy tym większe szanse mamy. Może jeszcze duszę dziewczyny w takim przypadku można by uratować.
Po chwili przed mnichem stał już kowal. Rosły chłop i krzepki, w którego rękach pewnie podkowy pękały. Kobieta poprowadziła książulka i osiłka do chaty. Ojciec przemówił łagodnie by się położyła, ale niemy wyraz twarzy dał mu do rozumienia, że nic nie osiągnął. Wskazał jej na łóżko. Spojrzała na nich i zrobiła tak jak chciał. Rozpoczął modły. Jeśli została opanowana przez coś nieczystego to powinno się coś dziać. Ale trwało to już trochę i nie licząc sytuacji gdy dziewczyna próbowała raz wstać, nie okazując przy tym niczego, co by wskazywało na ingerencję jakichkolwiek sił piekielnych, nie stało się nic. To było już coś. Przerwał modły i zanurzył się ponownie w zadumie. A co jeśli to z czym się mierzą jest odporne na wpływ jego inkantacji? Cóż. W każdym bądź razie nie jest to nic piekielnego... bądź zupełnie nic. Tak. To musi być to ostatnie... Ocknął się z zadumy i powiedział do pozostałych, że widocznie dziewczyna całkowicie straciła pamięć w wyniku kontaktu z potworem i zajmie jej jakiś czas zanim wróci do pełni władz umysłowych. No i najważniejsze, że nie wykazuje żadnych oznak opętania przez cokolwiek piekielnego, co ich wyraźnie uspokoiło. Ale by się upewnić najlepiej jest trzymać przy niej straż, choćby tylko po to by uważać na nią podczas jej powrotu do pełni zdrowia. Kto wie czy pamięta co może być dla niej groźne a co nie.
Powoli życie wracało do normy. Od tamtej pamiętnej nocy mijały, dni, potem tygodnie. Dziewczyna wyraźnie nabierała zdrowia. Zaczęła także mówić trochę, ale najważniejsze że rozumiała wiele gdy się do niej z czymś zwracano. Często przebywała w sadzie siedząc na drzewie i spoglądając z ciekawością na życie wioski. No i ustały ataki. A przynajmniej tak im się wydawało do momentu gdy nie przywieziono go. W zasadzie to trudno było rozpoznać czy to co im przywieziono na wozie było kobietą czy mężczyzną. Ale nie musiano zgadywać. Wiedziano kto nie wrócił do wioski tego ranka. Hanni wyszedł sprawdzić czy zboże już dojrzało a przy okazji także doglądnąć krowy pasące się pod lasem. Już nie wrócił... Ciało zmasakrowane, w części pożarte, kości zmiażdżone i gdzieniegdzie zwisały z nich płaty skóry. Całość ochlapana krwią tak, że tam, gdzie nie było widać przezierających z ran wnętrzności, kawałków mięśni czy bielejących kości tam pokrywała ona skórę i zlepiała włosy. Widok był straszny. W zasadzie była to już bryła mięsa i zakrzepniętej krwi. Nic nie mogli zrobić. Kobiety podniosły lament a ich część rozpierzchła się starając zwołać swe dziatki i nie dopuścić by zobaczyły co też znajduje się na wozie. Chłopi przypomnieli sobie tę noc sprzed kilku tygodni i zapałali gniewem. Już po chwili w las wyruszył zbrojny oddział i tym razem nie zamierzano dać za wygraną. Był dzień a to dodawało im odwagi. Pora gdy złe karleje chroniąc się przed promieniami słońca jest najlepsza na jego schwytanie.
Ojciec Marthen stał z boku i rozmawiał z tym, który przyjechał konno eskortując wóz. Nieznajomy pytał o wypadki ostatnich tygodni i bardzo zainteresowało go to co miał mu do powiedzenia mnich.
-Powiadacie, że znaleźliście ją w czasie pogoni za bestią?
-Tak. Chłopi powiadają, że była naga gdy ją znaleźli i bała się wszystkiego. Myślimy, że Ilkra postradała zmysły...
-A dlaczegóż to?
-Tego samego dnia bestia zaatakowała wioskę i porwała kobietę. Właściwie to nie znaleźli nigdzie ciała, panie. Nie spodziewali się drugiego ataku. Tym bardziej ludzi opanowała wściekłość gdy się dowiedzieli kogo dopadła... Bo widzicie wielmoży... To była córka owej kobiety. Najpierw matka a potem córka. Nasze szczęście, że udało się siąść potworowi na plecy i porzucił dziewczę podczas ucieczki. Ale sami ją zobaczycie bo zbliżamy się do chaty gdzie mieszka.
Faktycznie, przed nimi widać było domostwo, przy którym stało kilku wieśniaków.
-To faktycznie musiała być dla was strata.
-I tak już nie poradzimy nic... A oto i właśnie ta o której wspominałem. Nazywa się Ilkra.
-Biedne dziewczę. Stracić rodzicielkę i tego samego dnia stać się zabawką dla bestii, która pozbawiła jej matczynej opieki. To musiało być dla niej ciężkie przeżycie. Widziałem Ci ja podczas swych wojaży wiele zła i cierpienia. Niektóre rozdzierały duszę. Wyobraźcie sobie ojcze moje serce gdy podczas obrony jednego z zamków, nacierający by złamać w nas ducha, machinami oblężniczymi posłali nam ciała złapanych i zabitych kobiet oraz dzieci. Wielu dzielnych mężów opanowało otępienie. Gdy przerywaliśmy oblężenie nie widziałem w ich oczach litości, nie widziałem niczego ludzkiego... Dlatego tak boleję nad każdą stratą zadaną istocie niewinnej. Gdybym mógł jakoś pomóc ulżyć jej cierpieniu...
-Nie zrobimy więcej niż to co do tej pory uczyniliśmy ale dziękuję Ci panie w imieniu całej wioski za troskę. Teraz chyba czas na nas.
Obrócili się oboje i spojrzeli na nią.
-A jak tam z jej opętaniem? Czy coś zauważyłeś? - Rzucił półgłosem szlachcic.
-Poza tym co Ci powiedziałem już wcześniej nic. Martwi mnie jednak coś...
Wyszli z dusznego pomieszczenia zamknąwszy za sobą drzwi i od razu uderzyły w ich oczy promienie popołudniowego słońca. Przystanęli.
-Powiedzże co tak trapi Twój umysł mnichu.
-Widzicie... Jej postępy są wolne. Da się zauważyć, że nie stoją w miejscu, ale juz minęło kilka tygodni a ona posługuje się zaledwie paroma słowami. Wieśniacy się cieszą z tego, że ich rozumie i coś mówi, ale...
-Ale co?
-Ale chyba to wszystko zbyt opieszale idzie.
Zaczęli powoli iść...
-Nie rozumiem Cię. Możesz wyjaśnić?
-Miałem już do czynienia z podobnymi przypadkami i zazwyczaj wszystko przebiegało znacznie szybciej.
-Czy masz jakieś podejrzenia bo tak to brzmi?
-Z początku odrzuciłem je bo odczyniłem modła i nie wyczułem złego w niej... Ale tak myślę, że ona jakby się uczy na nowo wszytek od tamtej pory. Nie wiem, ale jakby tak...
W tej chwili przerwał im larum. Ktoś krzyczał o pochwyceniu potwora. Spojrzeli w tamtą stronę. Jeden ze strażników prowadził związaną Ilkrę a tłum wokół niej gęstniał. Zbiegało się coraz więcej osób.
-Ojcze zostań tu. Zaraz wrócę. Mam pewien plan, ale muszę mieć pewność, że będę mógł w razie czego uciec z wioski, więc udam się po swego rumaka.
-Dobrze, ale pospiesz się bo ludzie są wzburzeni.
Rzeczywiście zaczęły już dobiegać okrzyki "Śmierć za śmierć", "Spalić bestię", "Zgładzić potwora". Jednakże już po chwili pojawił się możnowładca na swym koniu. Podjechał do samozwańczego bohatera, trzymającego na odległość miecza związaną pasem dziewczynę, a za nim podążał ojciec Marthen. Strażnik skłonił się nisko i oznajmił:
-Panie! Złapałem potwora. Cały czas trzymaliśmy go u siebie w wiosce. Tylko dzięki mojej czujności udało się zdemaskować plugastwo!
-Ha! Ha! Ha! Powiedz mi coś... A czy to Ty stałeś dziś na warcie z rana?
-No ja, ale...
-Czyli Twoja straż i modły nad dziewczyną czynione przez ojca Marthena - tu wskazał na mnicha - były zbędne bo uciekła Wam, zabiła i wróciła niezauważona przez nikogo w całej wiosce? Widzę, że wprawny z Ciebie obserwator... Co jeszcze zauważyłeś? A może brak snu Ci w głowie pomieszał? Puść ją.
Nie bardzo wiedzący co zrobić i tak nagle pozbawiony glorii miecznik posłuchał komendy zaś dziewczyna została pozbawiona krępującego ruchy pasa. Teraz jeździec zbliżył się do niej i pochylił spojrzawszy w oczy po czym przemówił:
-Chcesz iść ze mną?
-Tak.
Odpowiedź była szybka co ucieszyło go, bo im mniej czasu straci tym lepiej. Sam nie do końca jeszcze wiedział czy jego plan będzie zwieńczony sukcesem. Chciał tylko uratować ją. Na razie kazał rozprząc konia ciągnącego wóz do tej pory i osiodłać. Ludzie zaczęli szeptać... Musiał coś zrobić.
-Jestem w drodze do stolicy i wezmę ją. Tam mają znawców czarnoksięstwa, którzy w mig poznają czy mają do czynienia z przekleństwem, magią czy wszelaką splugawioną sztuką. Jeśli chcecie to do siodła ja przywiążcie ale skoro nie potrafiliście jej upilnować dziś to im dalej będzie ona od wioski tym lepiej dla Was. A jeśli jest niewinna to który z Was chce odpowiedzieć za przelaną krew czystą?
Cisza jaka zapadła oznaczała nieme przyznanie mu racji. Jeszcze przed wieczorem orszak był gotów do wyjścia. Kilkunastu zbrojnych, dwa wozy z żywnością i zbitym obozem a pośrodku całości - dziewczyna ze szlachcicem. Odprowadzał ją wzrok ludzi. Pełen strachu, pogardy, nienawiści, konsternacji. Nie wiedzieli czy to co widzą jest człowiekiem czy może tym czego tak szukają. Ale im dalej od nich będzie tym mniejszy niepokój a większe szanse, że powróci normalność, codzienność.
Po kilku wiorstach od opuszczenia wioski dołączył do nich mnich, który najwyraźniej na nich czekał. Podszedł do szlachcica i spytał wprost:
-Co teraz zamierzasz? Nie zdążyliśmy dokończyć naszej rozmowy w tym całym zamieszaniu.
-Jak wiesz, zmierzam w kierunku stolicy, ale nie do niej samej jednakże. Zabiorę ją na razie ze sobą i w drodze zastanowię się co począć. Przede wszystkim chciałem jej oszczędzić losu jaki na nią czekał, gdybym się nie wtrącił.
-Tak... Czasem zbyt pochopnie oceniamy nie mając pełnego wglądu w to co dzieje się wokół nas...
-Pamiętam, że miałeś jakieś obawy gdy nam przerwał ten cały tumult. Możesz mi o nich powiedzieć coś więcej?
-Wiesz... Jej nauka jest taka wolna...
-To już mówiłeś, ale co z tego wywnioskowałeś?
-Więc myślę, że albo dziewczyna całkiem oszalała, albo jest w posiadaniu kogoś o niezwykłej magii bądź... jest tym co w naszych czasach jest bardzo rzadkie. To prastara magia o której niewiele już wiadomo. W zasadzie to nawet nie jest do końca magia. To istota o której jedynie czytałem nieco w klasztorze...
-Zmiennokształtna...
-Tak. Właśnie o tym myślę. To by tłumaczyło wiele. Jeśli żyła z dala od ludzi to ma tylko cechy zwierzęcia i nie wyrobiła w sobie jeszcze ludzkich odruchów. Pobyt w wiosce coś jej nauczył, ale może już być za późno na jakąkolwiek zmianę. Ale właściwie to skąd wiesz o zmiennokształtnych?
-Aaa... Czytałem nieco, poza tym podróżuję wiele a słyszy się przy tym różne historie w miejscach gdzie się człowiek zatrzyma. Ponoć jeszcze trochę ich jest w różnych krainach. Trudno cokolwiek powiedzieć bo rzadko są pokojowo nastawieni a i próby kontaktu raczej nie kończyły się dobrze. Znaczy dla dwóch stron - posłańców i Zmiennokształtnych. Ci pierwsi kończyli zazwyczaj jako przekąska a Ci drudzy niedługo potem ginęli skazani a śmierć za takie potraktowanie posłów.
-Cóż. Wiesz chyba więcej niż ja. Dobrze się składa bo przynajmniej mogę ją zostawić nie martwiąc się, że komuś może się stać krzywda. Ja muszę tu zostać ale Tobie radzę uważać na siebie i... na nią. Wieści szybko się rozchodzą w naszych czasach. Zwłaszcza takie. Ktoś może zechcieć sławy skosztować...
-Od tego mam swych ludzi. Nie pozwolą by ktoś sie zbliżył na więcej niż kilkanaście łokci. A teraz muszę zakończyć pogawędkę bo czas ruszać dalej. W razie czego powiedziałem Ci jak mi wiadomości przysyłać. Tylko uważaj, bo nie chcę by Ci coś się stało z racji tego, iż mi, a zwłaszcza jej, pomogłeś. |
|
|
|
 |
Kalia
w(y)kurzacz trolli


Wersja gry S1: UW: 2.28
Wersja gry S2: IB/WS: 2.65.2
Platforma S2: PC
Wersja gry SC: Citadel
Platforma SC: PC
Wersja gry S3: Nie mam gry
Wiek: 27 Dołączyła: 13 Lut 2007 Posty: 1946 Skąd: Zielonka k. Warszawy
|
Wysłany: 2007-11-27, 21:12
|

|
|
Pomimo uwolnienia rąk Kotka wciąż niepewnie stała na środku placu, nie potrafiąc zrozumieć zbyt szybkich zmian swojej sytuacji. W jednej chwili z mieczem na gardle, teraz znów sowbodna. Wystarczyło kilka słów tego mężczyzny na koniu... Chciał ją zabrać. Nie wiedziała dokąd, lecz lepsze to niż zostać zaszlachtowaną na miejscu. Do późnego popołudnia ludzie uwijali się pod komendą nieznajomego. Ten, który przywlókł ją na plac, wciąż boczył się na nią. Raz nawet boleśnie szturchnął ją łokciem, lecz nie zareagowała, widząc, że ludzie sami ułatwiają jej ucieczkę, a gdyby się ujawniła z pewnością straciłaby swoją jedyną szansę. Nie pozostawało jej więc nic innego jak czekać. Usiadła grzecznie pod najbliższą chatą i obserwowała zamieszanie. Na plac wytoczono dwa wozy, a wieśniacy zaczęli ładować na nie mnóstwo rupieci - jakby chcieli wywieźć za jednym razem pół wioski. Tuż przed zachodem słońca bieganina skończyła się. W końcu ktoś ją zawołał. Posłuszna wezwaniu podeszła do grupy stojącej obok dwóch osiodłanych koni.
- Wchodź - powiedział ktoś, lecz Kotka jedynie rzuciła bezradne i nieco przerażone spojrzenie na wierzchowca. Zwierzę wydawało jej się ogromne, nie miała też pojęcia jak na nie wejść, nie używając pazurów, niezawodnych przy wspinaczce na drzewa. Jednak koń to co innego... Po kilkunastu nieudanych próbach usadzenia jej w siodle ktoś w końcu przyniósł stołek i za jakiś czas siedziała na zwierzęciu. Co prawda początkowo zdziwiona była, że ogon konia od góry wygląda tak śmiesznie, ale mankament ten szybko usunięto i po około półgodzinnej gimnastyce mogła oglądać świat między końskimi uszami. Przez cały ten czas jej wybawca siedział obok na własnym wierzchowcu i śmiał się na całe gardło obserwując wysiłki wieśniaków. Wydawało się, że jeden kłopot mają już z głowy, jednak szkapa czując baaaaardzo niewprawnego jeźdźca ani myslała ruszyć zad i w spokoju oddała się konsumpcji pobliskiego krzaka. Skończyło się na tym, że ubawiony całą sytuacją nieznajomy wziął sznurki od jej konia i pociągnął za sobą. Zaskoczona gwałtownym wstrząsem skuliła się i z całej siły wbiła palce w boki szyi zwierzęcia. Przestarszony koń szarpnął łbem i przysiadł na zadzie o mało nie zrzucając jej na ziemię. Znowu czuła się jakby siedziała na gałęzi drzewa, które ktoś akurat w tym momencie postanowił ściąć.
- Spokojnie - jeździec obok przytrzymał szamoczącego się wierzchowca mówiąc nie wiadomo do nigo czy do Kotki. Podjechał bliżej i łagodnie rozprostował jej zaciśnięte palce, po czym zamknął jej dłonie na przednim łęku siodła - zrozumiała, że w razie czego może się trzymać tylko w tym miejscu, inaczej ryzykuje kolejną szamotaninę.
W końcu zebrała się cała grupa, jednak radosną wizję szybkiej ucieczki przyćmił zgromadzony mały oddziałek zbrojnych - nie jakichś wojowników z prawdziwego zdarzenia, ale i tak lepiej uzbrojonych niż wieśniacy. To nic, prześlizgiwała się koło jednych, ucieknie i drugim - w końcu człowiek obwieszony metalem biega nawet wolniej niż stara kobieta w swojej spódnicy. Orszak ruszył powoli - głównie z powodu jej wciąż niepewnej pozycji na końskim grzbiecie. Zaraz za wioską natknęli się znowu na ojca Marthena i pochód niemalże stanął. Na szczęście spotkanie nie trwało długo, choć wyraźnie odczuła jakieś zaniepokojenie czy może skrywaną ciekawość.
Ruszyli w stronę wzgórz za którymi ciągnął się pas lasów, a za nimi teren był dla Kotki zagadką. Na lesie kończyło się jej terytorium. Obóz rozbili dopiero nocą. Na środku, przy dużym ognisku ludzie postawili mały składany dom, a dookoła niego - jeszcze mniejsze. Wyglądało dość dziwnie, choć takie coś z pewnością było przedatne. Postanowiła poczekać aż wszyscy pójdą spać, a wtedy zniknąć w najbliższych krzakach, jednak towarzysze okazali się równie odporni na zmęczenie jak ona i podczas gdy siedziała cierpliwie przy ogniu - oni chodzili wokół. Po jakimś czasie jedni położyli się spać, ale inni wstali i tak aż do rana. Następnego dnia siedziała nastroszona i zła na siodle. Była zmęczona, w takim stanie nie mogła się przemienić, a w dodatku nie było momentu aby ktoś jej nie pilnował. Nawet w nocy. Nie chciała dać się donikąd wywieźć, ale szanse na ucieczkę malały z każdą nieprzespaną nocą i dniami podróży oddalającymi ich od wioski. A las był już niedaleko.
Między drzewa weszli wczesnym południem. Było sucho, lecz ściółka nadal pozostawała wilgotna i wydzielała mieszninę przyjemnych dla Kotki zapachów. Znajomych zapachów. Tutaj urodziła się i dorastała. Uczyła polować i przepędzała inne drapiezniki ze swojego terenu. To był jej dom. Spojrzała tęsknie na drzewa, jakby oczekując od nich jakiejś pomocy. Ta jednak nadeszła nie od roślin, lecz od ludzi. I nie od jej towarzyszy. Za kolejnym zakrętem natknęli się na zwalone drzewo. Wozy nie mogły go minąć, a przejście na inną drogę oznaczało by konieczność zawrócenia i nadłożenia kilku dni. Po kilku chwilach burzliwej narady zbrojni wyprzęgli konie z wozów i zarzucili liny na leżący pień. Zaraz jendak odskoczyli gdyż zza kłody wyłoniło się kilku niechlujnie wyglądających rzezimieszków. Kolejni pojawili się jakby znikąd po bokach drogi. Kotka czuła ich smród nawet pomimo przytępionego ludzkiego węchu. Wiedziała co się dzieje. Obserwowała już takie sytuacje - zawsze potem miała duży zapas mięsa i zdarzał się, że nie musiała polować przez ponad tydzień. W zasadzie nie miała nic przeciwko temu żeby ludzie powybijali się nawzajem, ale obawiała się, ze może zostać pomylona z jednym z nich, a to już jej się nie podobało. Wiedziała jak bardzo boli ukłucie jednym z ich ostrych patyków, które potrafią wyrzucać na wielkie odległości - sama kiedyś tak próbowała, ale nigdy nie rzuciła dalej niż na dwa skoki. Siedziała na swoim koniu, nad którym nie panowała w żadnym stopniu, i jej strach narastał - była odsłonięta ze wszystkich stron, nie miała gdzie sie schować. Nie było też szans przemienić się, więc nawet gdyby ktoś chciał zaatakować ją z bliska - była bezbronna. Spojrzała na swojego konnego towarzysza, lecz ten nie wydawał się być ani trochę zaniepokojony. Siedział prosto i zdaje się rozmawiał z jednym z tych na pniu, a emocje narastały. Powietrze niemal wibrowało od złości i napięcia. W końcu mężczyzna obok niej wykrzyknął coś krótko i uzbrojeni ludzie ustawili się wokół nich, dobywając broni. ten na pniu tylko się roześmiał, a z zarośli wyłonili się kolejni napastnicy, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Twarz jej towarzysza przybrała zacięty wyraz, mruknął tylko - Damy radę - ale nie wiedziała czy ktokolwiek poza nią to usłyszał.
Zbóje rzucili się na nich bezładną kupą i choć dzięki poważnej przewadze liczebnej powinni zmieść mały oddziałek w mgnieniu oka, napotkali zacięty opór. Mężczyzna na koniu także włączył się do walki. Spiął rumaka wędzidłem tak, że ten zadrobił w miejscu, po czym wspiął go na zadnie nogi, przednie zaś spadły z impetem na najbliższego atakującego. Trzask miażdżonych kości był aż nadto słyszalny - pobliscy napastnicy uskoczyli natychmiast obawiając się wejścia w zasięg zabójczych kopyt. Jeździec nie dał jednak za wygraną i dobywając lekkiej szabli najechał z boku na dwóch napastników, którzy przyparli jednego z członków oddziału do burty wozu. Pierwszy zdążył uskoczyć spod ostrza tylko po to by dostać w przelocie podkutym butem. Drugi nie zdążył. Szabla była zbyt lekka by zadać nią silny cios, jednak pęd konia wystarczył aby przecięła przeciwnika od obojczyka do połowy mostka.
Tymczasem Kotka zafascynowana obrazem rzezi nie zauważyła jednego ze zbirów, który cicho zblizył się do niej, po czym gwałtownym skokiem ściągnął ją z siodła, wyjąc przy tym z uciechy. Nie pocieszył się jednak długo. Choć zaskoczona i w nieporęcznej postaci Kotka nie była łatwym łupem - skręciła się całym ciałem i rzuciła z pazurami (czy właściwie paznokciami) do twarzy napastnika, a gdy tylko odzyskała dostateczną swobodę ruchów chwyciła jego głowę z całej siły i szarpnęła, zadowolona słysząc znajomy chrzęst pękającego karku. Nie zdążyła jednak nawet chwili odpocząć gdy kolejny drab chwycił ją w pół. Wiła się ze wszyskich sił, a napastnik próbując ją utrzymać krzyczał jej coś nad uchem, nagminnie używając wyrażeń, które słyszała gdy wieśniacy krzyczeli na swoje psy. W końcu zdołała wykręcić się na tyle, że dłoń mężczyzny znalazła się przed jej twarzą - niewiele myśląc chwyciła ją zębami, które, choć nie miały tyle siły co kocie, wykonały swoje zadanie. Atakujący znowu zaklął i próbował odzyskać pewność chwytu, lecz Kotka była teraz zwrócona przodem do niego i mocno zapierała się rękami i nogami. W koncu szarpnął tak silnie, że ręce jej się ugięły. Pewny sukcesu przycisnął ją mocno do siebie żeby już się nie uwolniła. Nie wiedział jak duży błąd robi. Zmęczona zapasami Kotka szukała szybkiego sposobu zakonczenia walki. Teraz miał przeciwnika w zasięgu. Pomimo odstręczającego smrodu wyciągnęła się jak mogła najmocniej i ugryzła znowu - tym razem w szyję zaraz pod uchem. Krzyk gryzionego zagłuszył wszystkie inne odgłosy na polu walki. Niektórzy walczący zdezorientowani spojrzeli na niezwykłą dwójkę. Jeździec tylko usmiechnął się i pokręcił głową.
Teraz to mężczyzna wił się, a Kotka nie puszczała uchwytu. W ustach czuła metaliczny smak krwi, lecz małe ludzkie szczęki nie dawały jej szans na zaduszenie napastnika. W jednej chwili pusciła go i dała nura w krzaki. Teraz mogła uciec, ludzie byli zajęci sobą. Biegnąc czuła narastającą euforię - znów wolna! Nie zwalniając zerwała z siebie ubranie i zaczęła się przemieniać. Znów biegła przez swój las, w swojej postaci... Lecz za sobą usłyszała podniesione głosy. Nie należały do znajomych. Bandyci nie zrezygnowali z łupu, a ona w końcu zaczęła czuć zmęczenie spowodowane walką i przemianą, dotąd maskowane przez napływ adrenaliny. Zeskoczyła do płytkiego wykrotu pod korzeniami drzewa. Teraz do głosów ludzi dołaczył inny głos. Tętent kopyt. Ten na koniu ich ścigał. Rozgorzała walka, która jednak trwała krótko, potem odgłos kopyt oddalił się. W lesie zapadła przyjemna cisza. Wyczerpana Kotka zwinęła się w swej małej kryjówce. Zapadła w drzemkę.
Coś zbudziło ją gdy był już późny wieczór. Nie był to odgłos, bardziej przeczucie, instynkt. Zczęła węszyć, ale zapach mokrej ziemi zagłuszał wszelkie inne. Ostrożnie wysunęła się w wykrotu i rozejrzała - nic. Powoli wspieła się na niewielką skarpę, w której korzenie uformowały małą jaskinkę. Tutaj czuła już kolejny zapach - krew. Trupy tych, których zabił jeździec musiały być niedaleko. Ruszyła w kierunku, jaki wskazywał jej nos - kolacja czekała. Była już kilkanaście metrów od posiłku gdy znieruchomiała. Nie była sama. Zaczęła nasłuchiwać aż z odgłosów nocnego lasu wyłowiła cichy, warkliwy oddech i mokre mlaskanie. Coś zjadało zwłoki, na których planowała się pożywić. Od czasu jej zniknięcia lokalne mniejsze drapieżniki stały się zbyt zuchwałe, trzeba było je przepędzić raz na zawsze... lub jeśli zjadły zbyt dużo - dołączyć do dzisiejszej kolacji. Ruszyła przed siebie, przeskoczyła kilka krzaków i jakiś zwalony pień i zamarła. Intruz nad zwłokami nie był niedźwiedziem ani wilkiem, nawet nie lisem. Znad sterty mięsa powarkując podniosła się potężna postać, niezadowolona z przymusowej przerwy w posiłku. Była ponad dwukrotnie bardziej masywna od Kotki, przewyższała ją o prawie metr i była dwa razy szersza w barach. I z pewnością była samcem - świadczyła o tym nie tylko imponująca postura lecz również grzywa, okalająca pysk i opadająca na ramiona. Oniemiała Kotka nie śmiała się poruszyć - pierwszy raz w życiu widziała innego Kota od kiedy jej matka zostawiła ją tutaj aby opanowała swoje terytorium. Oto stało przed nią rozwiązanie zagadki pożartego wieśniaka - ten Kot z pewnością pochłaniał potężne ilości mięsa. Nie miała szans konkurować z nim. A nowy właściciel terenu z pewnoscią nie ustąpi.
Postąpiła krok naprzód. Ostrzegawcze warknięcie. Kolejny krok. Grzywa Kota najerzyła się, znowu warknął, tym razem wyzywająco. Skoczyła, lecz przeciwnik okazał się nadzwyczaj szybki. Uskoczył i zdołał jeszcze w locie chwycić ją za tylną łapę tak, że straciła równowagę przy lądowaniu. Natychmiast znalazł się za nią, lecz wyraźnie nie docenił jej widząc niepowodzenie przy pierwszym ataku. Gwałtownie wykręciła się i uderzyła łapą rozcinając mu głęboko prawe ramię. Kłapnął wściekle szczękami. Zabawa się skończyła. Skoczył próbując przygnieść ją swoją masą. Jakoś zdołała się wywinąć i próbowała kontorwać. Nie dała rady. Był większy, szybszy i silniejszy. Przy którymś uniku zobaczyła jedynie jego łapę pędzącą w kierunku jej głowy. Potem była ciemność. Tracąc świadomość poczuła jeszcze, że jej ciało powraca do postaci, do której przyzwyczaiło się od długiego w niej przebywania. Zmieniała się spowrotem w człowieka. Ostatnim, co do niej dotarło gdy leżała już na ziemi był zbliżający się znowu odległy stukot kopyt i dziwnie bliski, ostry zapach końskiego potu, który nauczyła się rozpoznawać podczas swojej dotychczasowej podróży.
Obudziła się w tym małym przenośnym domu, owinięta ciasno kocem. Głowa wciąż ją bolała, mnóstwo mniejszych stłuczeń i zadrapań też dawało o sobie znać, ale nie była w żaden sposób poważnie ranna. Wstając odkryła, że znowu jest w swoich ubraniach - teraz podartych i trochę poplamionych po tym jaj je zdarła, jednak znów miała je na sobie. Nieco niepewnie wyszła na zewnątrz. Świtało. Wszyscy zbrojni, którzy przeżyli walkę ze zbójami siedzieli w pobliżu Lorda (jak się do niego zwracali) i wysłuchiwali relacji z jego nocnej wyprawy. Jeden z mężczyzn opatrywał mu rozcięcie na prawym ramieniu. Poza tym wyszedł chyba cało z potyczki. Opowiadający gestem zaprosił ją by usiadła z nimi. Ktoś dał jej coś do jedzenia - nie sprawdzała, co to. Była wygłodzona, zjadła wszystko, a na niezdarną wciąż prośbę dostała więcej.
Nie przegapiła chyba zbyt wiele z opowieści, a część z tego, czego nie słyszała znała. Gonił - tych dwóch - nie znalazł. W nocy - szukał - wrócił - coś - ręka - znalazł - wrócił. Wciąż jednak nie rozumiała zbyt wielu słów żeby pojąć całą historię, a wiele szczegółów, które znała, sprawiało, że wydarzenia stawały się jeszcze bardziej niejasne. Wyjaśnienia musiały jednak poczekać. Zbyt wiele wysiłku jednej doby i wcześniejsze niedospane noce sprawiły, że czuła się słaba. Lord chyba to zauważył, bo sam wstał i pomógł jej wrócić na posłanie. Wychodząc życzył jej dobrego snu i uśmiechnął się przyjaźnie, a w jego oczach coś znajomo błysnęło, choć prawdopodobnie było to wschodzące słońce, a efekt wzmocniony został przez poruszjące się wokół gałęzie drzew. Kotka znów zapadła w sen.
Ufff... thek trochę mi zmienił koncepcję, ale może być i tak - coś wymyślimy O qurde - miałam się uczyć do sprawdzianu, a tymczasem od trzech godzin siedzę i to piszę... No nic, jakoś to będzie... |
_____________________________________________________________________
| Gauri napisał/a: | Wpisuję Cię na listę osób, którym Kalia może niechcący urwać głowę przy samych kostkach |
Oh, I love this job...
Polecam: http://takbardzozle.blogs...2-pisownia.html |
|
|
|
 |
thek [Usunięty]
|
Wysłany: 2008-02-04, 19:45
|

|
|
Zobaczymy Kalia jak sobie poradzisz z tym...
Zbrojni szli opieszale. Czasem któryś spoglądał, to na Durin-el-Thana, to na Ilkrę. To były niespokojne czasy a z tym "czymś" szli wolniej niż powinni. Niektórzy szemrali, że jeśli takie tempo się utrzyma, to do lasu który widzieli, zdążą napotkać połowę drabów z całej okolicy. Niektórzy sugerowali nawet że wszystkich. "Po co ją wieźć?" pytali niektórzy, ale pewna część siedziała cicho, jakby ich to nie interesowało. Czasem dało się zauważyć, że patrząc na nią wykazują pewne reakcje. Nawet dziwny uśmieszek przemykał im przez twarz. A może to było tylko złudzenie? Szli dalej w stronę wzgórz ale było pewne, że nie zdążą przez nocą do granicy lasu. To stwarzało pewne problemy, ale z drugiej strony na otwartym terenie mało kto odważyłby się zaatakować zbrojnych. Tym bardziej, że byłby szybko zauważony. Gdy jednak zaczęło zmierzchać przyspieszyli nieco. Po skwarze dnia chłodniejszy dotyk nocy dodawał sił. Dopiero wczesną nocą otrzymali rozkaz postoju i rozbicia obozowiska. Zrobili to z nieskrywaną ochotą. Wędrówka przez większość gorącego dnia jednak potrafiła zmęczyć nawet lekkozbrojnych. Szybko postawiono namioty i rozpalono ogniska, z których po pewnej chwili dało się słyszeć bulgotanie i uniósł się zapach strawy z zawieszonych nad nimi kociołków.
Ilkrę usadowiono przy jednym z tych źródełek światła, które zapewne dało się z dala zauważyć. Krzaki i nieliczne drzewa na pewno by nie ukryły tego blasku. Nie mogli sobie więc pozwolić na beztroskę i trzymali warty do samego rana. Spoglądali na siedząca przy ogniu kobietę co jakiś czas a ona na nich. Można było odnieść wrażenie, że czuwa podobnie jak oni. Tylko na co? To sprawiało, że nie czuli się zbyt pewnie. Zmieniając się szeptali niektórzy, żeby uważać, czy aby nie rzuca jakiegoś uroku. Część jednak słysząc to uśmiechała się. Oni wiedzieli swoje...
Ranek przyniósł ze sobą ciepłe promienie zwiastujące gorący dzień. Na niebie brak było chmur zwiastujących jakikolwiek chłodzący deszcz. Choćby krótki. Ruszyli więc szybko, zanim dopadnie ich największy skwar. Las widoczny w pewnej odległości mógł dać rozkoszny cień i tym bardziej kusił do szybszego kroku. Nie zwracano większej uwagi na wyraźnie niewyspaną istotę, która kiwała się w siodle z co jakiś czas opadającą głową. Niektórzy nawet się z tego widoku podśmiewali. Ale drzew nie zwiększały się szybko naigrywając z ich marszu. Z czasem jednak pojawiało się więcej samotnych rzucających choć minimalny cień na drogę. Do pierwszych linii lasu dotarli wczesnym popołudniem. Za późno by skryć się w trwającej już spiekocie dnia, ale i stanowczo za wcześnie by rozbić się na jakiś wypoczynek. Było jednak znacznie przyjemniej i chłodniej niż w szczerym polu. Zapachy otaczającej ich przyrody łagodnie atakowały nosy. Roztaczały się przed nimi bardzo przyjemne wonie i nawet kobieta w siodle się ożywiła, kręciła nieco niespokojnie. Uszli jeszcze jakiś kawałek, ale dalszą drogę zagrodziło im zwalone drzewo.
-Panie, wozy nie przejdą. Zawracamy?
-Nie, za dużo czasu byśmy stracili.
-Może o to właśnie chodzi...
-Też tak myślę. Cokolwiek byśmy nie zrobili mam złe przeczucia.
-Usuwamy więc?
-Tak. Wyprzęgnijcie parę koni i ściągnijcie to z drogi. A przede wszystkim miejcie oczy i uszy otwarte. Ostatnio nie było wichru zdolnego do powalenia takiego drzewa.
Zdążyli tylko zarzucić na pień liny. Nawet nie podeszli by je nimi obwiązać, gdy zza niego wychyliły się głowy. Żołnierze odruchowo sięgnęli do pochew. Ale Durin dał znak ręką do uspokojenia się. Jeden ze zbójów przysiadł na zwalonym kawale drewna a po ich bokach z krzaków wynurzyło się kilka postaci. Po chwili odezwano się do niego.
-Czego chcesz i czy to Twoja robota?
-Czego może chcieć wynędzniały człowiek, a przede wszystkim rozbójnik taki jak ja, w tych czasach? Pieniądze, sława i trochę rozrywki. Na to wszystko mi się właśnie tutaj zapowiada. Wozy nie wyglądają na puste, a o tej koło Ciebie trochę już słyszałem, choć nie wygląda inaczej niż każda inna dziewka jakich w swym łożu gościłem wiele. Ta pewnie też długo nie stawi oporu...
Pozostali zbóje ryknęli śmiechem.
-Chłopakom też się kości przyda rozruszać bo już dawno nie przejeżdżał tędy nikt oprócz wieśniaków, a to licha rozrywka. Co innego wy... Z wami rozprawa może nam dać nieco rozgłosu w okolicy i zapewni zabawę na więcej niż kilka cięć.
-Obyś się nie przeliczył. Nie wyglądasz mi ani na silnego, ani zbytnio rozgarniętego. Jak taki jak Ty może dowodzić? Chyba, że jeszcze bardziej cherlawymi...
Teraz żołnierze się roześmiali.
-No, no, no... Nie pozwalaj sobie panie. Czy myślisz, że wokół was nikogo więcej nie ma?
W tej chwili krzaki po bokach zaszeleściły i pojawiło się kilka nowych twarzy.
-Widzę, że słowa i tak tu nie zdają się na wiele... Do mnie i gotować się do walki!
-A ja widzę, że czeka nas chłopaki więcej przyjemności niż się spodziewałem - roześmiał się herszt.
Z lasu wyskoczyło więcej postaci. Całkowicie odcięli im możliwość ucieczki otaczając z każdej strony.
-Damy radę - powiedział bardziej do siebie niż innych Durin, gdy doskoczyło do niego kilku zbrojnych i dobyło broni by chronić swego pana.
Zbóje rzucili się na oślep, jakby chcieli samą ilością rozbić, zmiażdżyć broniących się. Jednak Ci nie byli tak niewprawni jak wieśniacy. Ustępowali powoli, cofając się ku wozom, które chroniły im tyły. Dowódca orszaku spiął konia, który przednimi kopytami zmasakrował twarz najbliższego napastnika. Będący za nim uskoczyli w bok, nie chcąc się dostać pod kopyta i licząc na zaatakowanie jeźdźca z boku. Ten jednak wyjął szablę i rzuciwszy okiem na walczących szarpnął lejce mocno. Koń zadrobił w miejscu, ostro skręcając ku grupce przy wozie. Jeden z wojaków przyparty do wozu przez dwóch drabów ledwo się bronił. Durin uderzył boki konia piętami i zaszarżował. Było zbyt ciasno by walczyć zwykłymi cięciami. Jego ostrze minęło o włos pierwszego, odskakującego z drogi szarżującego, ale nie tyle by uniknąć silnego kopnięcia w twarz, które zmiażdżyło nos i wbiło go do wnętrza czaszki. Drugi napastnik także nie miał szczęścia. Obrócona szabla cięła go od spodu wbijając się koło mostka i przebiwszy płuco prześlizgnęła się po żebrach by wyjść łamiąc obojczyk. Jak tylko sięgnąć wzrokiem walka zamieniła się w serię pojedynków. Nieraz dwóch lub trzech zbirów atakowało jednego piechura. Durin doskakiwał co chwilę tam gdzie jego zdaniem było ciężko i groziło złamaniem szyku. "Na szczęście nie mają łuków czy kusz" - pomyślał. Jego okuty w metal koń przelatywał nad ciałami, leżących miażdżył kopytami, a błysk szabli, coraz bardziej ociekającej krwią, malał. Odpierali atak. Rozejrzał się ponownie i nagle zauważył. Koń Ilkry wierzgał, ale nie miał na sobie jeźdźca. Wtedy usłyszał wrzask. Obrócił wzrok skąd dobiegał i zobaczył ją. Ściskana jeszcze chwilkę temu przez jakiegoś oprycha, który teraz wierzgał jak w ukropie by ją zrzucić, głowę miała na wysokości jego szyi. Gdy odsunęła ją w końcu od niej, z jej ust kapała krew. Durin uśmiechnął się. "Ta mała potrafi się bronić gdy jest do tego zmuszona.", przemknęło mu przez głowę. Zbóje na widok swego kamrata odskoczyli od niej w pierwszej chwili przerażeni. To był ten moment na który czekała. Nie myśląc skoczyła w gęstwinę otaczającą drogę. Gonił za nią krzyk i śmiech.
Durin się śmiał. Nie szukał nawet wzrokiem herszta tylko rzucił:
-Chciałeś sławy? Goń ją teraz po lesie. O ile wiesz gdzie... Ha! Ha!
Zbóje zwątpili, ale dobiegł ich głos "Za nią!". Jednak nie był to jeszcze koniec. Na to bowiem czekał el-Than. Szybko rzucił rozkaz by pewna część została przy wozach by bronić ich przed maruderami, inna by przeczesała pole bitwy, a on rzuciwszy kilka imion nakazał im ścigać uciekających. wraz z nim zanurzyli się w las... Nie minęło wiele chwil a tętent zmalał, na runie zaś dało się dostrzec co chwilę rzuconą bezładnie część opancerzenia. Tu skórzana, pikowana zbroja, gdzie indziej tunika lub półotwarty hełm. Było ich wiele a co pewien czas także leżała w runie porzucona broń. Tak jakby ktoś gubił w biegu wszystko. Tylko czy gubił? Jeszcze kilka chwil i powietrze rozdarły nieludzkie krzyki. Jeszcze kilkanaście razy przerywały otaczającą ciszę. Już niedługo zapadła kompletna cisza. Ucichły odgłosy walk, pogoni. Drzewa szumiały, nieliczne ptaki swym śpiewem zastąpiły tumult jeszcze niedawnej potyczki.
W wielu miejscach lasu leżały ciała. Można pomyśleć, że normalny widok po niedawnej walce. Ale gdyby ktoś się przyjrzał lepiej, zaniepokoił by się. Zwłoki nie miały cięć od jakiejkolwiek znanej broni. Były poszarpane. Głowa często zwisała bezwładnie lub oderwana leżała kilka stóp od ciała z przekrwionymi oczyma i twarzą zastygłą w grymasie przerażenia oraz bólu. Niektórzy jeszcze oparci o drzewo z wnętrznościami zwisającymi z rozpłatanego potężnym szarpnięciem brzucha. Inni wciąż dzierżyli krótki miecz. Każde z ciał opowiadało inną historię ostatnich chwil życia i śmierci. Ze złamanymi karkami, zmiażdżonymi krtaniami, zwisające z gałęzi i konarów na które zostały nabite. Czekały... Czekały na ostateczne pochłonięcie w żołądkach mięsożerców, ucztujących po nich padlinożerców lub zgnicie razem z otaczającą je przyrodą. A ci pierwsi już się zbliżali. I nie było w nich wiele ze zwierzęcej ostrożności. Człapali pewnie, jakby wiedzieli dokąd iść, gdzie czeka ich uczta. W świetle zachodzącego słońca ich pyski ociekały krwią a pazury i łapy także nią były pokryte. Zbliżali się teraz tam, gdzie porzucali swe ofiary goniąc za kolejnymi. Nadszedł czas uczty po udanym polowaniu...
Był późny wieczór, księżyc wisiał na niebie a słońce już jakiś czas temu schowało się za horyzontem. Na oświetlanej bladym światłem przesiece leżał kawał mięsa. Jeszcze niedawno był człowiekiem, ale teraz byłoby trudno rozpoznać w nim cokolwiek. Oderwana od tułowia głowa zmiażdżona silnym uderzeniem odsłaniała pogruchotane, białe kości czaszki a bezkształtna szara masa z niej jeszcze miejscami spływająca była w części pożarta. Oderwana szczęka zwisała na kawałku skóry, który był kiedyś policzkiem. Ciało nie wyglądało wcale lepiej. Złamana w kilku miejscach ręka wciąż trzymała miecz, ale była już poszarpana i pozbawiona w wielu miejscach skóry oraz z oderwanymi kawałkami mięsa, które gdzieniegdzie leżały obok niej. Przez tułów biegł ślad pazurów, które wbiły się w klatkę piersiową i rozszarpały ją rozrywając przy okazji skórzaną lekką zbroję. Ślad kończył się dopiero na miednicy, odkrywając poszarpane wnętrzności i wypływającą z tej głębokiej rany posoką. Jedynie nogi wyglądały na w miarę nietknięte, choć i na nich było widać ślady. Strzaskane udo na którym teraz siedział on. Był ogromny. Wysoki na jakieś pięć, sześć łokci, szeroki na dwa musiał budzić strach. Pochylony nad ciałem szukał najsmaczniejszych kąsków, które jeszcze ominął. Zszedł z ciała i chwycił szczęką za udo wyszarpując z niego ogromny kawał mięsa. Usłyszał szelest i zmierzył wzrokiem miejsce skąd dobiegł, jednocześnie warknąwszy kilkukrotnie ostrzegawczo i uniósłszy się ze zwisającym wciąż z pyska kawałkiem posiłku. Kto ośmielałby się mu przeszkadzać? Wtedy ją dostrzegł. Nisko osadzona na czterech łapach, przyglądała mu się. Zrobiła krok i przykucnęła na tylnych łapach. Szykowała się do skoku. Warknął ostrzegawczo ale znowu przesunęła się o krok, więc zjeżył grzywę i warknął wyzywająco. Czy zaatakuje? Skoczyła. Odbił się łapami, odwrócił w powietrzu i opadł tylnymi na pochylony pień chwytając jedną z przednich za tylną łapę intruzki. Zakołysała się i upadła przednimi w runo tracąc na moment równowagę. Puścił jej łapę i odbił sie z pnia doskoczywszy do niej z tyłu. Wykręciła się i skoczyła przed siebie rozcinając mu pazurami prawe ramię. Kłapnął szczękami chcąc chwycić nimi tę istotę, która nie ma dla niego za nic szacunku. Gdy tylko przednimi dotknął podłoża odbił się nimi kierując ku przeciwniczce. Gdy tylko tylne dotknęły gruntu ugiął je i wystrzelił ku niej. Przycisnął ją ciałem ale obróciła się na grzbiet i odepchnęła łapami od niego, starając uniknąć pyska a ciałem a jednocześnie sięgnąć tam pazurami lub wbić je w miękki brzuch. Polanka jeszcze chwilę widziała ich zmagania. Ale nietrudno było zgadnąć kto wygra ten pojedynek. Jeszcze kilkanaście skoków, wykrętów, uników i przeskakując koło niego trafił ją łapą w głowę. Siła uderzenia pchnęła ją na runo. Upadła obijając się lekko i zastygnąwszy w końcu w bezruchu... zmieniała się. W kobietę, którą znał i której szukał. Już po chwili usłyszał tętent kopyt. Ktoś się zbliżał. Wyciągnął nozdrza w tamtą stronę. Koń, krew, sierść - swoi. Uspokoił się.
Przesieka gościła teraz kilka postaci. Jedna leżała bez ruchu a wokół niej kilka podobnych stało i prychało oraz warczało. Nie trwało to długo gdy największy wydał jakiś pomruk i pozostałe rozpierzchły się po okolicy. On sam zaczął się zmieniać. Gdy przybrał ludzką postać zaczął nakładać leżące tu i ówdzie kawałki zbroi. Po jakimś czasie pojawili się żołnierze. Jeden z nich niósł kobiecą, nieco poszarpaną szatę, w którą odziali leżącą. Przerzucili ją przez siodło i zaczęli wolno iść.
-Do obozu trochę drogi. Zejdzie nam pół nocy ponad w tym tempie Lordzie. Może przyspieszymy? Wiesz, że damy radę.
-Ale tylko do najbliższego strumienia lub rzeki. Konia prawie zabiegałem gdy pędził za mną. Musi odpocząć, zwłaszcza że niesie ją na grzbiecie. Nam też się chwila postoju przyda. Spójrzcie na siebie.
Faktycznie. Wyglądali fatalnie. Zakrwawione twarze, dłonie, niedbale zarzucony i spięty pancerz. Wyglądali niewiele lepiej niż zbóje z jakimi niedawno walczyli.
-Co z nią zrobimy? Wie o nas?
-Nie martwcie się. Mam wobec niej pewne plany, o których nie musicie jeszcze wiedzieć. Właściwie to im mniej wiecie tym lepiej dla Was. I nie martwcie się o siebie. Widziała tylko mnie a i tak nie sądzę by powiązała pewne fakty. Jeszcze za wcześnie. Teraz skupcie się na ogarnięciu bo zbliżając się do obozu mogą Was i mnie wziąć za jakieś niedobitki a chyba nie chcecie poczuć żeleźca od środka. Nieprawdaż?
W ciszy przyznali mu rację. Niedługo zresztą dotarli do płytkiej rzeki o leniwym nurcie. Rozebrali się i umyli trochę a pancerze otarli wilgotnym mchem. Podobnie zrobił Durin upewniwszy się, że koń jest dobrze przywiązany. I jego "bagaż" także. Gdy już odpoczęli dał rozkaz wymarszu. I tak zamarudzili. Dotarli do obozowiska trochę przed świtem. Ilkrę owinięto kocem i przeniesiono do namiotu. Ludzie oblegli przywódcę i cieszyli z jego powrotu. Jemu i żołnierzom, którzy z nim dotarli szybko podano strawę oraz ustąpiono miejsca przy ognisku. Poprosił o raport. Nie był on może tragiczny, ale kilku zabitych to tak czy inaczej osłabienie orszaku. Ranni nieco poważniej póki co też do obrony na niewiele się zdają. Miał tylko nadzieję, że dotrą do celu zanim innym przyjdzie do głowy ponowny atak. Na razie rozbicie tych trochę czasu im dało. Ale jak wiele? Tego nie wiedział. Zaczęło świtać i zaczął ściągać fragmenty pancerza z siebie. Jeden z żołnierzy zauważył ranę na ramieniu. Podszedł i zaczął ją opatrywać. Dopytywali go jak przebiegł pościg więc zaczął im opowiadać. Zauważył też jak poruszyło się wejście do namiotu w którym zostawił Ilkrę. Skinął jej ręką by podeszła i usiadła a jednemu z żołnierzy rzucił by przyniósł jej coś do jedzenia.
-Gdy tylko uciekła - dając do zrozumienia o kim mowa - ruszyłem za ścigającymi ją dwoma zbójami. Szybko ich dopadłem, ale nie było jej z nimi. W okolicy też jej nie znalazłem. Nawet gdy nadciągnęła noc nie przestałem szukać. Tych, którzy byli ze mną kazałem iść w szeregu dość szerokim. Liczyłem, że uda nam się znaleźć ją szybciej. W drodze dobijaliśmy tych, którym udało się zbiec. Szliśmy kawalkadą i po jakimś czasie jeden znalazł fragment szaty jaką miała ubraną. Domyśliłem się, że musi być niedaleko, więc kazałem im rozejść się w każdym kierunku ale wrócić w to samo miejsce gdy będzie już późno. Nie chciałem by wpadli w pułapkę zastawioną przez zbójów. Sam także ruszyłem. Po pewnym czasie usłyszałem jakieś dziwne odgłosy i udałem się tam. Zauważyłem, że wracam się po czyich śladach. Gdy dotarłem tam gdzie zdawało mi się coś słyszeć zobaczyłem coś dziwnego. Pierwszy raz w życiu to coś widziałem. Było duże i nie bało się człowieka. Zaatakowało mnie i zraniło mnie w rękę. Na szczęście koń był szybszy niż ja i kopytami zaatakował. Chyba zranił to zwierzę bo uciekło. Wtedy ją znalazłem. Leżała niedaleko jakiegoś trupa. Wysforowałaem się dość daleko, ale niedługo dotarł jeden z mojego oddziału. Zabraliśmy ją na grzbiet konia. Gdy dotarliśmy na miejsce zbiórki, okazało się, że każdy już wrócił i teraz tylko na mnie czekali. W drodze powrotne nie napotkaliśmy już nikogo. Ale teraz pozwólcie, że się zdrzemnę. Nasza uciekinierka też chyba ma jeszcze dość.
Wstał i pomógł jej się podnieść. Zaprowadził ją do namiotu a wychodząc życzył jej dobrego snu uśmiechając się przyjaźnie. Już świtało, wszyscy zaś są zmęczeni. Oświadczył piechurom, że dziś jeszcze odpoczną przez większość dnia i ruszą przed wieczorem. Z niechęcią ale wydał rozkaz utrzymywania wart. Na wszelki wypadek. Nie chciał być zaskoczony przez nikogo. Nie w sytuacji gdy dopiero co odparli silny atak. Kazał też pilnować namiotu gdzie spała Ilkra. Po chwili sam ciężko, w swoim namiocie, padł na skóry robiące mu za posłanie.
Nie spał długo, a już na pewno nie dobrze. Wiedział, że sen nie był przyjemny, lecz nie mógł sobie przypomnieć co w nim widział. Miał jednak pewność, że to było coś ważnego, coś co mogłoby mu pomóc. Nie było jeszcze południa gdy wychynął zza płótna i zobaczył krzątających się to tu, to tam, wojaków. Przynajmniej Ci wyglądali na lepiej wypoczętych niż on sam. Spojrzał na obozowisko jeszcze dość leniwe i senne. Trudno wymagać by po wydarzeniach poprzedniego popołudnia było już gotowe się zbierać do drogi. Gdy wyszedł kilku najbliższych żołnierzy stanęło na baczność ale dał im znak, że mogą siąść. Po chwili ktoś przyniósł mu chleba i nieco gorącej zupy. Siadł przy ognisku by ogrzać nieco zziębłe ciało. Noce nie były już czasem ciepłe, zwłaszcza gdy mieszkało się na północy. Co prawda nie byli jeszcze daleko ale w nocy zdarzały się chłodne wiatry z majaczących na horyzoncie gór. Do tego ta przeklęta leśna wilgoć wdzierająca się wszędzie i wyziębiająca ciało. Gdy zjadł wstał od ognia i zajrzał do namiotu dziewczyny. Leżała zwinięta w kłębek na posłaniu i wtulona w koc. Niedługo potem zmieniła się warta. Wszyscy siedli przy ogniskach i zjedli nieco, po czym jedni ustawili się wokół obozowiska a reszta poszła zdrzemnąć. Część wartowników powoli zaczęła pakować co mniej potrzebne drobiazgi do wozów i nie zajęte namioty. Zawsze to mniej rzeczy do dopilnowania i przyspieszy zwinięcie obozu. Durin przeszedł przez obóz do koni. Wyglądały na spokojne i wypoczęte, spokojnie skubiąc runo. Na moment jedynie zastrzygły uszami i podniosły głowy gdy się zbliżał, ale szybko powróciły do swej poprzedniej czynności gdy go rozpoznały. Podszedł i sprawdził w jakim są dokładnie stanie. Gdzieniegdzie miały drobne cięcia, ale nic groźnego. Równie dobrze mogłyby to być zadrapania od cierni. Uspokoiło go to bo przed nimi jeszcze kawał drogi. Choć nie do stolicy jak wspomniał ojcu Marthenowi. Ich droga odbijała bardziej na północ, ku górskim szczytom. Gdy wrócił ujrzał strażnika usiłującego nie wypuścić z namiotu Ilkry. Podszedł i powiedział, że sam się zajmie nią. Odsunął płótno wejścia i pozwolił wyjść. Powoli podeszła do ognia. Skinął na jednego by podał jej coś. Po chwili nieco łapczywie jadła podany jej posiłek. Zbliżało się popołudnie. Spojrzał na nią i rzucił do stojącego wartownika by przyniósł jakieś odzienie żołnierskie pasujące na nią.
Gdy skończyła jeść dał jej je i powiedział by założyła. Jej było poszarpane, a choćby pikowana zbroja da jej lepszą obronę. Choćby przed komarami i innymi uciążliwymi owadami. Sam zaś wydał rozkaz zwinięcia obozu. Gdy się przebrała wszedł do namiotu i powiedział...
Nie spiesz się. Ja dopiero czas wolny w ten weekend znalazłem by troszkę siąść i popisać |
| Ostatnio zmieniony przez thek 2008-02-04, 20:21, w całości zmieniany 2 razy |
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
| Strona wygenerowana w 0,81 sekundy. Zapytań do SQL: 12 |
|
|